Wydanie bieżące

15 marca 6 (198) / 2012

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

NOWE LOSY TOŁSTOJA

A A A
Najnowsza przetłumaczona na język polski powieść Wiktora Pielewina, autora głośnej „Generacji P”, nosi tyleż prosty, co enigmatyczny tytuł „T”. Wydawca chciałby w niej widzieć jeden z bestsellerów tego roku, w ziszczenie tego pragnienia jednak powątpiewam. Dlaczego jestem kobietą tak małej wiary w sukces finansowy i artystyczny publikacji tego znanego już dobrze pisarza, doskonale wpisującego się w postawę kwestionującą miałkość współczesnej kultury? Po pierwsze z racji autotematyzmu powieści, który dominuje nad warstwą przygodową, powiastką filozoficzną, scenariuszem gry komputerowej i wszystkim tym, czym jeszcze ta książka może być. Po drugie mamy do przebrnięcia kilkaset stron naszpikowanych rozważaniami filozoficzno-religijnymi, gdzie co rusz autor unieważnia powagę dyskursu, każąc bohaterowi przeżywać nieprawdopodobne przygody. Tworzy mieszankę wybuchową, w której bawi nawiązaniami do innych tekstów, a rusofilów aluzjami do współczesnej Rosji.

Jeśli wydaje ci się czytelniku, ze to pomieszanie z poplątaniem, to masz słuszność. Od pomysłów fabularnych w „T” aż iskrzy, tym bardziej, że im dalej w las, tym problemy filozoficzne staną się bardziej ważkie, akcja zaś bardziej zwariowana, czego próbkę oddaję w tytule tej recenzji. Po przeczytaniu książki nasuwa się cały szereg podobnie ekscentrycznych etykiet rodem z prasy sensacyjnej. Nieprzypadkowo w tytule tej recenzji chodziło mi o zaciekawienie odbiorcy, gdyż problemem bohaterów powieści jest przyciągnięcie współczesnego czytelnika do tekstu precyzyjnie zaprogramowanego na sukces. O ile powieściowy produkt schlebia pospolitym gustom, koncentrując się na dostarczeniu przemocy i seksu, o tyle odbiorca Pielewina musi również orientować się w podstawach kultury europejskiej, być zainteresowanym literaturą sensu largo jako formą stwarzania nowych światów.

Wszystkiego jest w tej książce dużo – cudownych ocaleń z tarapatów, czarnych charakterów, nade wszystko zaś aluzji literackich. Poczynając od pierwszej sceny, w której poznajemy antagonistów – hrabiego T. oraz ścigającego go policjanta Knopfa, która jest odwołaniem do początku „Idioty” Fiodora Dostojewskiego. Pojawiająca się w tej scenie nazwa – Pustelnia Optyńska, została zaczerpnięta z „Braci Karamazow” tegoż. I tak przez kilkaset stron odbijamy się od Tołstoja do Dostojewskiego, traktowanych bezceremonialnie jako „nosicieli” ważnych dla historii literatury nazwisk. Pielewin żeruje na życiorysie Tołstoja, kpiąc niemiłosiernie z jego zamiłowania do prostego życia chłopów, nieodznaczającego się tężyzną fizyczną Dostojewskiego czyni bohaterem gry, bohaterem o cechach wampirycznych polującym na „martwe dusze”. Hrabia T. przeżywa rozterki – jest człowiekiem z krwi i kości czy bytem książkowym stworzonym przez niejakiego Ariela Edmundowicza Brachmana, który z razu przedstawia się jako demiurg, aby potem obwołać się jednym z autorów książki, w zakończeniu zaś okazuje się jeszcze kimś innym? Nie zdradzę, kim, bo zakończenie, a raczej ostatnie kilkadziesiąt stron, ożywiło mnie znudzoną passusami o Sołowjowie; dla nich warto było przetrawić niekiedy ciężkostrawne strony. Zaczęłam współczuć pisarzom – pisanie musi być zajęciem niezwykle wyczerpującym, a takie dziewiętnastowieczne kolubryny wymagały już z pewnością zajęcia od rana do wieczora i nawet pomoc kilkunastu murzynów, jak to robił Aleksander Dumas, niewiele dawała, jeśli trzeba było dostarczyć nowy, ekscytujący odcinek do redakcji. Z tych doświadczeń powieści popularnej czerpie Pielewin pełnymi garściami – na różnych poziomach. Po pierwsze – konstrukcja bohatera.

Lew T. przypomina Fantomasa – bohatera kultury masowej znanego raczej z serii filmów z Louisem de Funesem, niż powieściowego pierwowzoru, z którym łączy go umiejętność wydostawania się z zasadzek przygotowanych przez policję. Fantomas był geniuszem zbrodni, Lew T. chce zaś dowiedzieć się, czym jest Pustelnia Optyńska i do niej dotrzeć, ewentualne ofiary ludzkie stanowią więc konieczną do zapłacenia scenę. Wyposażony jest w różnego rodzaju akcesoria obronne – bo oprócz noży i pistoletów dysponuje ostrzami ukrytymi w gęstej brodzie, które działają niczym gilotynki, czy miniaturowymi bombami. Jest trochę gadżeciarskim pre-Jamesem Bondem bez licencji na zabijanie, ale za to z wyrokiem śmierci wydanym przez władze, które nie chcą dopuścić do pojednania Tołstoja z Cerkwią. Na kobietach robi wrażenie niczym Bond albo Arsene Lupin – dżentelmen ,włamywacz, jedna z nich zdąży napisać kilka książek o wspólnie spędzonych (dosłownie) chwilach. Jak widać, można w bohaterze odnaleźć co najmniej kilka postaci w zależności od własnych młodzieńczych lektur. Po drugie – sensacyjność fabuły z nieoczekiwanymi zwrotami akcji odwołuje się do powieści w odcinkach, w których, jak twierdzą złośliwcy, zmiana akcji wynikała po części z zapomnienia autora o tym, co było w poprzednim epizodzie.

Nie sposób jednak podejrzewać autora o podobną dezynwolturę wobec czytelnika i choć narracja nie zawsze jest bardzo serio, wyjątkowo akcentuje rolę czytelnika w stawaniu się tekstu, zakładając ponadprzeciętne kompetencje lekturowe. I tak zawstydził mnie Wiktor Pielewin, gdyż jako czytelniczce nieobeznanej z filozofią Władimira Sołowjowa trudno mi odnieść się do sporego wątku związanego z osobą i poglądami tegoż dziewiętnastowiecznego myśliciela, którego „Tołstoj” nie spotyka osobiście, lecz który zostaje uwikłany w intrygę mającą potwierdzić nieprawomyślność poglądów Sołowjowa. Styka się z grupą jego akolitów, wymienia poglądy w dyskusji o rzeczywistości, poznaje kulisy rzekomego spisku na życie filozofa, wreszcie w więzieniu spotyka jego samego, proponującego inną, odwróconą interpretację historii hrabiego T.: „czytelnik, czytający teraz tę książkę, jest takim samym widmowym fantomem jak pan i ja. I prawdziwa rzeczywistość nie istnieje”. W tym miejscu czytelnik (przyjmijmy, że jednak istniejemy) i recenzent (zapewniam, że Mirella Mikoda nie jest fałszywką z facebooka) powinien kojarzyć: Baudrillard – ale ponieważ to zupełnie nie jest moja opowieść, wątek ten pozostawię w zawieszeniu.

To nie jest moja historia podwójnie – nie przyjęłam jej za własną. Nie znam wcześniejszych książek Pielewina, choćby „Generacji P”, nie zostałam wielbicielką Pielewina i choć znawcy jego twórczości twierdzą, że nie jest to najlepsza z jego powieści, raczej poczytam sobie oryginalnego Tołstoja.
Wiktor Pielewin: „T”. Przeł. Ewa Rolewska – Olejarczuk. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012.