Wydanie bieżące

1 lipca 13 (61) / 2006

Wiesław Kowalski,

NAJSILNIEJSI WĘGRZY

A A A
Kafka „w otchłani absurdu”

Twórczość węgierskiego reżysera Viktora Bodó jest w Toruniu bardzo dobrze znana. To tutaj festiwalowe laury zdobywały jego „Noże w kurach” ( I nagroda w 2002 roku) i „Top Dogs” (III nagroda w roku 2003). Tegoroczny KONTAKT pokazał kolejne oblicze tego utalentowanego artysty, młodego absolwenta Wydziału Reżyserii Teatralnej w Budapeszcie z roku 2000. Tym razem Bodó wraz z Andrásem Vinnai oraz aktorami Teatru Józefa Katony sięgnęli po „Proces”, „Dzienniki” i opowiadania Franza Kafki, w których odnaleźli zupełnie nowy świat, nowe życie i nową rzeczywistość. Ukazywany dotąd w mrocznych, ponurych oparach pesymizmu i alienacji Kafka zyskał tym razem zupełnie nową jakość. Ten inny wymiar węgierscy realizatorzy osiągnęli poprzez śmiech, pastisz i kabaret.

Przedstawienie ogląda się z ogromnym zainteresowaniem, gdyż wszystkie jego elementy funkcjonują jak w najbardziej precyzyjnie zakomponowanym mechanizmie. Barokowa scenografia jako popis kompozycyjno-plastycznej wyobraźni, kostiumy, poszczególne role i pomysły inscenizacyjne są najwyższej próby. Lavente Bagossy stworzył na scenie prawdziwy labirynt niezliczonej ilości drzwi, schowków, zakamarków, położonych wzdłuż długiego, wąskiego korytarza, potęgujący wszechobecność tajnego nadzoru – dyskretnego, ale trwającego nieprzerwanie. Ta swoista czeluść to wprost idealna konstrukcja dla ukazania Kafkowskiej wizji absurdalności świata, przefiltrowanej przez wisielczy komizm rodem z cyrku Monthy Pytona. Ale nie tylko. W węgierskim spektaklu odnajdziemy również bez trudu elementy poetyki dadaistycznej oraz cytaty z amerykańskich musicali („Chicago”, „Deszczowa piosenka”), filmów i telewizyjnych reklam. A wszystko po to, by – jak napisał Segor Hadzagic – „stworzyć karykaturę stereotypów i banałów, których używamy odczytując świat Kafki”.

Rzeczywiście, przedstawienie Bodó pełnymi garściami czerpie z form i gatunków charakterystycznych dla kultury masowej. To czyni z tego teatralnego widowiska rodzaj bardzo swobodnej wariacji, wykorzystującej w filmowo montowanych scenach cały arsenał tricków, gagów i chwytów dobrze znanych z komediowych arcydzieł Charlie Chaplina, z prowokacyjnych obrazów Tarantina, Almodovara i z dziecięcych kreskówek. Wszystkie elementy, zespolone w teatr absurdu pierwszej jakości, są jednocześnie porażająco śmieszne. Zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dominująca atmosfera „buffo”, bliska cyrkowej klaunadzie i dramaturgii wideoclipu, miast niwelować poczucie strachu w walce z systemem – tyleż niebezpiecznym i groźnym, co nierozpoznawalnym – potęguje nastrój osaczenia w zaklętym kręgu biurokratycznej machiny. Wielość użytych efektów, nawiązujących niejednokrotnie do kiczowatej konwencji operetkowej, do klimatu rozerotyzowanego kabaretu i paryskiej rewii, stanowi o prawdziwym fenomenie węgierskiego spektaklu. Tutaj przestrzeń, jej dziwność i cała aparatura tortur potęgują funkcjonowanie nadmiaru bezdusznej administracji, a inwigilacyjni urzędnicy mogą pojawić się w każdej chwili i wszędzie – w sądzie, adwokaturze, w banku, w nocnej knajpie czy w prywatnym mieszkaniu.

Najważniejsze jest to, że operowanie w „Zwariował po czym przepadł” zmiennością przerysowanych obrazów i nastrojów, często orgiastycznych, nie dewaluuje tego, co u autora „Zamku” najbardziej wartościowe i uniwersalne. Wręcz przeciwnie. Potęguje dramatyzm świata, zdominowanego informacyjnym chaosem i przeładowaniem. Nikogo zatem nie dziwi pojawienie się w tym spektaklu zespołu rockowego, hip-hopowych tancerzy czy też elementów charakterystycznych dla horroru i science-fiction.

Węgierscy aktorzy, znakomicie czujący lekkość kabaretowej formy, imponują fizyczną sprawnością i zaangażowaniem, wszechstronnym przygotowaniem akrobatycznym, wokalnym i tanecznym. I choć niemalże wszyscy wykonawcy tworzą postaci pod względem moralnym dziwne i dość dwuznaczne, to jednak nie pozbawiają swoich bohaterów charakterologicznej wieloznaczności, szalonej wyrazistości, budowanej z wystudiowania najdrobniejszych gestów, grymasów, min i póz. To nic innego, jak wielka kreacja zbiorowa ludzkich natręctw i obsesji, jakiej dawno nie było w teatrze. Dlatego też nikogo nie zdziwiła nagroda jury dla najlepszego aktora festiwalu, która trafiła do rąk odtwórcy Józefa K., Tamása Keresztesa. Ten utalentowany młody aktor posiada szczególny dar żonglowania gatunkami, stylami, nastrojami i teatralnymi konwencjami.


Czechow „obrany do kości”

„Mewa” Árpáda Schillinga to spektakl, który odziera Czechowa z dekoracji, kostiumów i rekwizytów, pozostawiając publiczność jedynie z elektryzującą czystością aktorskiego wyrazu. Jest to jednocześnie przedstawienie niezwykle współczesne, do bólu szczere i prawdziwe w próbie opowiedzenia historii człowieczego losu. Założyciel grupy teatralnej Krétakör z pełną świadomością i żelazną konsekwencją zrezygnował z jakichkolwiek inscenizacyjnych podpórek, z unowocześniających multimedialnych zapożyczeń, które zdominowały większość festiwalowych prezentacji. Węgierska „Mewa” to kwintesencja Czechowa, to teatralna asceza i prostota doprowadzona do maksimum, to perfekcyjnie zinterpretowana i zagrana klasyka, mieniąca się wielością odcieni naszego współczesnego życia, będąca wiwisekcją ładunku emocjonalnego, tkwiącego w każdym pojedynczym człowieku.

Ingerencja reżyserska w tekst jest naprawdę minimalna. Schilling zdecydował się tylko na przesunięcie kilku akcentów oraz zrezygnował z ról epizodycznych. Publiczność ogląda ten spektakl jak zahipnotyzowana. Bohaterowie Czechowa, usadowieni na pustej czarnej scenie, przeżywają wśród nas, mówią do nas naszym językiem. Osiągnięcie takiego absolutnego sprzężenia widzów i aktorów było możliwe dzięki wydobyciu przez Schillinga na plan pierwszy psychologiczno-emocjonalnej struktury dramatu autora „Wiśniowego sadu”. Temat tragicznej, nieszczęśliwej miłości, niewłaściwie lokowanych uczuć, porażającej samotności, nie mogących się zrealizować marzeń i tęsknot, obawy przed brakiem akceptacji drugiego człowieka, ma w każdej, nawet najmniejszej scenie, swoją dramatyczną siłę i moc.

Aż trudno uwierzyć, że wszystko to dzieje się na nagim skrawku sceny, pozbawionym jakichkolwiek atrybutów rosyjskiej obyczajowości, otoczonym z trzech stron krzesłami dla publiczności. Na tych samych krzesłach, obok nas, na wyciągnięcie ręki, siedzą lub siadają w trakcie spektaklu aktorzy, w półprywatnych ubraniach. Patrzą na nas, reagują, żyją, czasami ukradkowym spojrzeniem, gestem, grymasem twarzy komentują to, co akurat dzieje się na scenie. Ich ujawnianie się jest stopniowane. Bywa też, że jak Trigorin (Tilo Werner), zupełnie prywatnie, poproszą w języku polskim o długopis; bywa, że jak Arkadina (Eszter Cákányi) kokietują partnerów siedzących obok, informują nas także o zakończonym akcie i przerwie. Ta swoista dychotomia aktorskiej gry jest dla publiczności niezwykle absorbująca – pomimo tego, że przecież od początku nikt nie ukrywa, że oto jesteśmy w teatrze. Widownia, włączona w ten sposób w teatralny krwioobieg narracji, szalenie intensywnie odczuwa prawdę każdej łzy, każdego uśmiechu, każdej intencji, niosącej w sobie ludzkie niespełnienie w próbie obdarowania miłością drugiego człowieka.

Zaskakująco wybrzmiewa finał węgierskiej „Mewy”, w którym nie dochodzi do podarcia rękopisów i do zawsze oczekiwanego samobójczego strzału Trieplewa (Zsolt Nagy). Tym razem Konstanty rozpaczliwie i z nieukrywaną wściekłością rozdepcze na podłodze skrzypce, potem nagłym ruchem zgasi wszystkie światła. Następuje ciemność i brzemienna cisza. Publiczność siedzi nieruchomo porażona tak dojmującym potraktowaniem śmierci. Upłyną długie sekundy, zanim „martwą” ciszę przerwie stojąca owacja zauroczonych widzów.
Międzynarodowy Festiwal Teatralny KONTAKT , Toruń. 27 maja – 2 czerwca 2006. I Nagroda: Victor Bodó/András Vinnai „Zwariował po czym przepadł” - reżyseria: Victor Bodó; scenografia: Lavente Bagossy; kostiumy: Krisztina Berzsenyi. Teatr im. Józefa Katony – Budapeszt/Węgry. Grand Prix: Antoni Czechow „Mewa” – reżyseria: Árpád Schilling; scenografia: Márton Ágh, Tomás Bányai. Teatr Krékatör, Budapeszt/Węgry