Wydanie bieżące

1 lipca 13 (61) / 2006

Ewelina Jędrasiak,

CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI… BRATEM?

A A A
Tytuł filmu może okazać się nie lada zmyłką dla potencjalnego widza. Nie chodzi bowiem o braci, ile o braterstwo, rozumiane ogólnie jako stosunek do drugiej, bliskiej osoby.

Zdawać by się mogło, że główni bohaterowie filmu to bracia – Michael (Ulrich Thomson) i Jannik (Nikolaj Lie Kaas). Choć łączą ich więzy krwi, wszystko inne dzieli. Podczas gdy Michael to żołnierz walczący o dobro kraju, ojciec rodziny i kochający mąż, Jannik to niedawny więzień, pijaczyna i rozrabiaka. Fakt, że pochodzą z jednej rodziny jeszcze bardziej uwydatnia dzielące ich różnicę. Koleje ich losu potoczą się zgoła odmienne od naszych przewidywań i ukażą przepaści ich dzielące. Prawdziwym bohaterem filmu jest rodzina, jej członkowie to przede wszystkim żona Michaela – Sara (Connie Nielsen), jego córki, matka i ojciec obu braci. Stąd ciekawe będą te procesy, które będą miały miejsce we wnętrzu rodziny a nie na zewnątrz.

Początek filmu to powrót syna marnotrawnego na łono rodziny. Jannik wychodzi na wolność i swój pierwszy wieczór spędza przy rodzinnej kolacji. Kolacji, która jest zarówno powitalną (co prawda przywitanie nie należy do najgorętszych) jak i pożegnalną. Podczas gdy jeden syn wraca, drugi – Michael, jak przystało na prawdziwego żołnierza, wyjeżdża, by walczyć w Afganistanie. Niestety bohaterowie nie mogą przeczuwać, że wyjazd Michaela będzie jego ostatnim. Samolot, którym poleci, ulegnie katastrofie. Śmierć postawi rodzinę w nowej sytuacji, a poszczególni jej członkowie zareagują na nią odmiennie. Jedni, jak Sara, szukać będą czyjegoś wsparcia i męskiego ramienia. Ironia losu sprawia, że jest to ramię brata niedawno zmarłego męża. Jednak mimo wszystko Sarę nawiedzać będzie przeczucie, że jej mąż żyje.

Czy rzeczywiście umarł? Z pewnością nie umarły uczucia i emocje bohaterów. Dopiero w tym momencie wychodzą na światło dzienne i odżywają. W ekstremalnych chwilach ludzie są nadzy, pozbawieni jakiejkolwiek osłony. Czasem zachowanie bohaterów dziwi – nie zamierzają oni trwać w traumie i nie są przytłumieni smutkiem – często na ich ustach gości uśmiech. I nie jest to uśmiech przez łzy, raczej na przekór losowi. Kiedy Sara ratuje Jannika przed rozwścieczonym właścicielem baru, bawi ją ta sytuacja. Choć chwilę później nie może powstrzymać się od płaczu. O ile zrozumiałe jest, że dziewczynki nie chcą przywdziać żałobnych szat i, by pocieszyć mamę, pieką naleśniki, o tyle zachowanie samej matki wydaje się trochę kłopotliwe. Być może trzeba zrzucić je na karb trudnej sytuacji, ale ten humor ma swoje przyczyny gdzieś indziej. Przy pisaniu scenariusza reżyserkę Susanne Bier wspomagał Anders Thomas Jansen – znany nam jako twórca nie tak dawno pokazywanej czarnej komedii „Jabłka Adama”. Nie pierwszy raz para Bier – Jansen współpracuje ze sobą. Zdarzyło się im to już w 2002 roku przy „Otwartych sercach”. Choć sama twórczyni broni się od wskazania konkretnego podziału pracy, łatwo jest domyślić się komu film zawdzięcza „szorstki humor”.

Jednak to nie humor miał być mocnym akcentem całej historii. Autorce chodziło raczej o pokazanie strony uczuciowej, braterstwa, wrażliwości człowieka i wskazania jej granic. Tematem przewodnim miała być miłość, stąd powtarzające się w całym filmie ujęcia płynącej rzeki, uginających się traw, zbliżenia dłoni oraz twarzy i wreszcie głos jednego z bohaterów, który powtarza, że zawsze będzie kochał Sarę. To jedyna wiedza, jaką posiada. Historia miała być o miłości z przeszkodami, jednak ten wątek nie wyszedł dostatecznie przekonywująco. Bardziej uwypuklone są perypetie rodziny, których centrum i symbolem staje się kuchnia. Po śmierci Michaela staje się miejscem, które ułatwia przetrwanie i poradzenie sobie z nową rzeczywistością. Jej odnowienie, a potem całkowita dewastacja odzwierciedlają stan, w jakim znajduje się rodzina. Stan rozpadu.

Przyczyn tej sytuacji autorka nie upatruje bynajmniej w niszczącym skutkach wojny. Kontekst polityczny, mimo drobnych uwag o słuszności zabijania i śmierci na wojnie, jest słabo zaznaczony. Na pierwszy plan wysuwają się tematy winy i kary. Winy wobec bliźniego i kary wymierzanej sobie samemu – własnemu otoczeniu. Tu braterstwo, wspólna więź ludzi pomagających sobie w trudnych chwilach, zanika Jednak tylko po to, by odżyć w innych aspektach. Niestety wniosek jest gorzki – na ludzkie uczucia stać nas tylko w ludzkich warunkach. Humanizm może być odbudowany tylko dzięki uczuciom i trosce innych. Kontrastowo pokazany jest ten problem między braćmi, którzy próbują odkupić winy. Jannik trafił do więzienia z powodu napadu na bank, jego ofiarą stała się kobieta tam pracująca. Po tragicznym wydarzeniu nie mogła dojść do siebie, dopiero stanięcie twarzą w twarz z oprawcą, pozwoliło jej wrócić do równowagi. Spotkanie z własną ofiarą stanie się również udziałem Michaela. Jednak nie doprowadzi ono do rozwiązania. Stanie się początkiem końca.

A koniec to nie najlepszy. Po wyjściu z filmu i podczas jego trwania irytuje w nim brak jednej perspektywy i punktu widzenia. Odbiorca pozbawiony jest konkretnego punktu odniesienia. Historia, która miała opowiadać o relacjach między braćmi, zamienia się w relację mąż-żona i… brat. Tak samo jak Michael mówi, że świat nie jest ani dobry, ani zły, tak i historia zdaje nie być ani dobra, ani zła. Za mało w niej konkretyzacji i ograniczeń, by uznać ją za dobrą, za mało słabych scen i niekonsekwencji, by uznać za złą.
„Bracia” (Brodre). Reż.: Susanne Bier. Scenariusz: Susanne Bier, Anders Thomas Jansen, Występują: Ulrich Thomson, Nikolaj Lie Kaas, Connie Nielsen. Zdjęcia: Morten Søborg. Gatunek: dramat. Dania 2004, 110 min.