Wydanie bieżące

1 lipca 13 (61) / 2006

Ryszard Chłopek,

SIEKIERĄ I PIÓREM

A A A
Sierpień 1984. Grupa punków pod ścianą jednej z jarocińskich kamienic trze ramoneskami o mur. Chcą się pozbyć wypisanej na kurtkach nazwy zespołu The Exploited. Obok stoi puszka z farbą i pędzel. Za chwilę będą malować napis „Siekiera”. Grupa Tomasza Adamskiego właśnie zeszła ze sceny po debiutanckim występie w stolicy rodzimego rocka. Tak ostro nikt w Polsce jeszcze nie grał. Surowa, agresywna do bólu muzyka. Apokaliptyczne, ale i poetyckie teksty. Wszystko autorstwa lidera. Do tego charczący, groźny Tomasz Budzyński na wokalu. Tak przechodzi się do legendy.

Październik 1984. Występ w klubie Stodoła w Warszawie, ledwie piąty koncert Siekiery i ostatni w pierwotnym składzie. Od zespołu odchodzi Budzyński. Razem z Robertem Brylewskim zakłada właśnie osławioną, mistyczną Armię. Odchodzi też perkusista Krzysztof Grala. W latach 90. zostanie omyłkowo zastrzelony w Puławach przez rosyjską mafię. Kończy się pierwszy, punkowy okres działalności Tomasza Adamskiego. Jedyna dokumentacja dokonań wczesnej Siekiery to amatorska rejestracja koncertu z Jarocina. Z powodu jakości nagrania niewiele na niej słychać.

Rok 1986. Ukazuje się płyta „Nowa Aleksandria”. Jedna z najważniejszych i jednocześnie najciekawszych płyt polskiego rocka. To już inna, nowofalowa Siekiera. Monotonna, transowa muzyka, wzbogacona brzmieniowo między innymi dzięki poszerzeniu instrumentarium o klawisze. Teksty Adamskiego tym razem są lakoniczne (czasem ograniczają się jedynie do czterech czy pięciu wyrazów), ale nadal poetyckie. „Nowa Aleksandria” to propozycja artystyczna pełna sprzeczności. Jednocześnie agresywna i łagodna, zbuntowana i liryczna, monotonna, ale pełna ornamentów. Tak nikt w Polsce jeszcze nie grał. W ten sposób przechodzi się do historii.

Rok 1987. Adamski jeszcze raz pragnie zmienić oblicze Siekiery. Tym razem chce grać space-rocka. Muzykę kosmiczną, w której dominować ma rytm, wprowadzający słuchacza w trans. Tak nikt w Polsce jeszcze nie grał. Lider ponownie zmienia skład i zespół się rozpada. U szczytu swoich możliwości artystycznych. Właściwie nikt nie wie, dlaczego.

Rok 2005. Po dziewiętnastu latach milczenia ukazuje się tomik poetycki Tomasza Adamskiego „Za czarną szybą”. Na okładce wykorzystano grafikę Alka Januszewskiego, która zdobiła niegdyś „Nową Aleksandrię” – schematyczny rysunek twarzy człowieka, wpisany w figury geometryczne, wszystko to na czerwonym tle. Zamierzenie wydawcy (Lampa i Iskra Boża) jest zrozumiałe. Liczy na sentyment miłośników Siekiery, dla których ta grafika nie jest obojętna – będzie na nich patrzeć z księgarskich półek swoim obojętnym wzrokiem, a być może sporej części z nich nie pozwoli zachować obojętności. Tak się odcina kupony i zarabia pieniądze. Przypuszczam, że niewielkie, ale jednak. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdyby nie fakt, że nazwisko autora okładki nigdzie w książce się nie pojawia.

Od czasów Jima Morrisona trwa wśród muzyków moda na wydawanie książek poetyckich. U nas swoje tomiki napisali między innymi Stanisław Sojka, Grzegorz Ciechowski, Muniek Staszczyk, a wcześniej Marek Grechuta. Mimo sporej różnorodności poetyk, z taką literaturą zawsze jest ten sam kłopot – poziom. No niby nie jest zupełnie źle, da się jakoś brnąć z wersu na wers, ze strony na stronę i nawet doczytać do końca. I to w nie takich znowu okropnych męczarniach. Ale też nie ma przebłysków, olśnień. Pojawia się tu i ówdzie coś oryginalnego, nawet ciekawego, ale większość tekstów ociera się o banał lub zwykłą warsztatową nieporadność.

Nie inaczej w przypadku Tomasza Adamskiego. Co gorsza książka opiewa na przeszło dziewięćdziesiąt stron, a na każdej z nich potrafi się gnieździć nawet do trzech wierszy. Nie liczyłem, ile tych tekstów jest razem, ale na własny użytek postanowiłem wybrać czterdzieści przyzwoitych. Udało się! To mógł być dobry tomik, gdyby wprowadzono selekcję. Najważniejszym narzędziem pracy poety jest bynajmniej nie długopis, lecz kosz na śmieci. Adamski albo go nie ma, albo nie używa. Wychodzi na jedno.

„Za czarną szybą” składa się z pięciu części – Wiersze I, Wiersze II, Wiersze III, itd. W podtytułach autor informuje, że dana część jest wyborem z takich to a takich lat. Co? – myślę sobie zdumiony. – Debiut literacki i od razu pięć wyborów wierszy?! Ten trzeba przyznać dość pretensjonalny zabieg chyba dobrze ilustruje świętobliwą cześć, jaką autor żywi do wszystkiego, co wyjdzie spod jego własnego pióra. Tkwi w tym zabiegu również sugestia, że Adamski nie widziałby nic niewłaściwego w tym, aby opublikować dokładnie wszystko, co zdarzyło mu się napisać od „przed 1987” do 2003.

To książka pisana z pozycji kogoś, kto już czuje się klasykiem, kto zresztą poniekąd nim jest. Jeżeli znajdzie czytelników załapujących się na ową klasyczność, trafi na ich półki i będzie czytana. Paradoks polega na tym, że w „Za czarną szybą” nie jest ważna sama poezja, ale to, co było wcześniej – Siekiera. Adamski na przeszło dziewięćdziesięciu stronach nie popełnił nic tak kiepskiego, aby czytelnika odstręczyć. Nie napisał też nic, co mogłoby go olśnić.

Nie ma powodów, aby pastwić się nad autorem. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję więc, że wiersze Tomasza Adamskiego z lat „przed 1987” – 2003 pokazują jego ewolucję od swoistego symbolizmu (trochę nawiązującego do Lorci) do poezji narracyjnej, od form lakonicznych do opisowych, od wierszy krótkich do prozy poetyckiej. Że bohater tych tekstów przygląda się rzeczywistości z pewnego dystansu. Tak właśnie, jakby patrzył przez czarną, jednostronną szybę (tzw. „lustro weneckie”). Nawet jeżeli rozmawia, spaceruje, pisze, przebywa w szpitalu psychiatrycznym, to nie wchodzi w żadne relacje z nikim, ani z niczym.

Z poezją rodzimych rockmenów zawsze jest ten sam kłopot. Niby nie jest zupełnie źle, da się jakoś brnąć z wersu na wers, ze strony na stronę i nawet doczytać do końca. I to w nie takich znowu okropnych męczarniach. Można też analizować i opisywać. Można krytykować. Tylko po co?
Tomasz Adamski: „Za czarną szybą”. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2005.