Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (199) / 2012

Andrzej Ciszewski,

W STARYM KINIE

A A A
Ponoć Michel Hazanavicius od dawna pragnął nakręcić film, który byłby hołdem złożonym klasycznemu kinu hollywoodzkiemu, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji powstałych jeszcze przed przełomem dźwiękowym. Marzenie to francuskiemu reżyserowi oraz scenarzyście udało się spełnić w ubiegłym roku, kiedy to rozpoczął prace nad „Artystą” – dziełem, które z miejsca stało się absolutnym faworytem członków Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.

Absolwent École Nationale Supérieure d’Arts de Paris-Cergy swoją przygodę z X muzą rozpoczął od przygotowywania dla stacji Canal+ filmów reklamowych oraz scenariuszy programów telewizyjnych. Pierwszym znaczącym sukcesem zapalonego filmowca były pastisze „OSS 117: Kair, gniazdo szpiegów” (2006) oraz „OSS 117: Rio nie odpowiada” (2009), nawiązujące do popularnego cyklu powieściowego zapoczątkowanego przez Jeana Bruce’a oraz jego filmowych adaptacji (takich jak „OSS 117 w natarciu” André Hunebelle, 1963), opowiadających o sensacyjnych przygodach asa francuskiego wywiadu, Huberta Bonisseur de La Bath.

W postać agenta ukrywającego się pod tytułowym kryptonimem z powodzeniem wcielił się Jean Dujardin, który 26 lutego bieżącego roku zaliczył najbardziej spektakularny awans w swojej karierze: stał się pierwszym w historii francuskim aktorem uhonorowanym Oscarem za pierwszoplanową rolę męską w dziele, które (pomimo nieanglojęzycznej proweniencji) otrzymało także statuetkę w najważniejszej kategorii – dla najlepszego filmu. Co sprawiło, że czarno-biała „niema” produkcja, w warstwie fabularnej oraz ikonicznej odwołująca się do tradycji amerykańskiego kina schyłku lat dwudziestych, spotkała się z tak gorącym przyjęciem w Fabryce Snów?

„Nie powiem! Nie powiem ani słowa!” – dramatyczny okrzyk ukazujący się na kinowym ekranie Anno Domini 1927 stanowi wyraz heroicznej postawy bohatera przeciwstawiającego się swoim oprawcom. Równocześnie jednak przemienia się w artystyczne credo odtwórcy głównej roli w prezentowanym dreszczowcu, George’a Valentina (Jean Dujardin) – hollywoodzkiego bożyszcza i gwiazdy filmów niemych, pod żadnym pozorem niezamierzającego dostosowywać się do epokowych przemian w obrębie kinematografii. Przypadkowe spotkanie George’a z jedną z fanek, Peppy Miller (Bérénice Bejo) sprawia, że życie obojga ulega diametralnej zmianie. Zauroczony młodą tancerką Valentin pomaga jej stawiać pierwsze kroki w niełatwej branży. Rezolutna dziewczyna błyskawicznie odnajduje się w krainie filmowej ułudy, z łatwością wspinając się po szczeblach kariery napędzanej przełomem dźwiękowym. Kiedy wraz ze zmieniającą się koniunkturą popularność George’a zaczyna mocno przygasać, panna Miller ochoczo wyciąga do niego pomocną dłoń. Czy jednak rozgoryczony, lecz konsekwentnie nieustępliwy Valentin zechce ją przyjąć?

Nagrodzony Oscarem za najlepszą reżyserię Michel Hazanavicius przyznał w jednym z wywiadów, że świadomie wybrał dla swojego sentymentalnego dzieła formę melodramatu, ponieważ, jak sam stwierdził, to właśnie filmy tego gatunku najlepiej wytrzymały nieubłaganą próbę czasu. Gruntownie studiując dramaturgiczną, narracyjną oraz wizualną specyfikę amerykańskiego kina lat 1927-1932 (taką bowiem cezurę przyjął w „Artyście”), francuski reżyser uruchomił szeroki asortyment środków kinematograficznej mimikry. Wykorzystując odpowiednie soczewki, klucz oświetlenia oraz specyfikę ujęć (dokonując rejestracji w tempie dwudziestu dwóch klatek na sekundę zamiast standardowych dwudziestu czterech), Hazanavicius, razem ze swoim etatowym operatorem, Guillaume Schiffmanem, stworzył nienaganną pod względem estetycznym stylizację, przywołującą wspomnienie zarówno konkretnych dzieł filmowych, na przykład „Fantômasa” Louisa Feuillade’a, jak i twórczości Josefa von Sternberga, Ernsta Lubitscha, Kinga Vidora, Fritza Langa czy nawet Billy’ego Wildera oraz Orsona Wellesa. W trakcie prac nad scenariuszem reżyser poszukiwał inspiracji także w dziełach Friedricha Wilhelma Murnaua („Wschód słońca”, 1927), Toda Browninga („Demon cyrku”, 1927) oraz Charlie’ego Chaplina („Światła wielkiego miasta”, 1931).

Hazanavicius proponuje widzowi grę w skojarzenia, oferującą jednak zróżnicowane poziomy trudności. Z jednej strony w „Artyście” nie zabrakło dość wyrazistych „smaczków”, takich jak przywoływany przez kompozytora Ludovica Bource’a (również laureata tegorocznych Oscarów) motyw muzyczny autorstwa Bernarda Herrmanna wykorzystany w „Zawrocie głowy” Alfreda Hitchcocka (1958) czy fragment nieznacznie spreparowanego „Znaku Zorro” Freda Niblo (1920) z pamiętną kreacją Douglasa Fairbanksa. Mało kto jednak zauważy, że filmowy dom Peppy Miller jest autentyczną rezydencją należącą onegdaj do Mary Pickford. Podobnie fizyczny profil George’a Valentina jawi się z jednej strony jako wypadkowa cech Rudolfa Valentino, Gene’a Kelly’ego oraz Clarka Gable, z drugiej jednak budzi wspomnienie zmarłego w 1936 roku Johna Gilberta. Amerykański aktor był wielką gwiazdą kina niemego, po przełomie dźwiękowym nie potrafił jednak odnaleźć się w nowym repertuarze (pomimo woli pomocy ze strony wieloletniej kochanki, Grety Garbo), popadając w alkoholizm skutkujący przedwczesną śmiercią.

Atrakcyjny klucz narracyjno-estetyczny „Artysty” z pewnością ma szansę zjednać sobie sympatyków „starego kina”, choć dla znawców tematu nie będzie niczym nowym. Podobny zabieg wykorzystywali już przecież z lepszym rezultatem Mel Brooks („Nieme kino”, 1976) oraz Guy Maddin w eksperymentalnych fabułach pokroju „Dracula: Pages from a Virgin’s Diary” (2002), „Cowards Bend the Knee” (2003) czy „Piętno na umyśle” (2006). Prościutka, ckliwa fabuła dzieła Michela Hazanaviciusa, okraszona urokliwą, lecz z pewnością nie wykraczającą poza artystyczną przeciętność kreacją Jeana Dujardina, do pewnego stopnia sprawdza się jako ciekawy wyimek z historii kina, w tym konkretnym przypadku zakończony obowiązkowym happy endem.

Realizując swoje (jak dotąd) najważniejsze dzieło, francuski autor zadbał o to, aby odtwórcy głównych ról jak najlepiej wczuli się w klimat epoki. Dlatego na planie nieustannie odtwarzał ścieżki dźwiękowe starych hollywoodzkich przebojów, skazując równocześnie swoich aktorów na kilkumiesięczne lekcje tańca, umożliwiające brawurowe wykonywanie dynamicznych układów choreograficznych. O tym, że ów trud się opłacił, może zaświadczyć finałowa scena, którą notabene nakręcono w tym samym studio, gdzie przed laty Debbie Reynolds i Gene Kelly trenowali przed występem w „Deszczowej piosence” (1952), skądinąd również poświęconej dalekosiężnym konsekwencjom przełomu dźwiękowego.

Najprawdopodobniej to właśnie (samo)świadomość „Artysty” dotycząca cyklicznych przemian technologicznych od dekad zachodzących w świecie filmu, jak również przenikający dzieło duch refleksji na temat aktualnej kondycji kina skutecznie urzekły członków Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, dostrzegających w skądinąd europejskiej, lecz tak naprawdę do cna amerykańskiej produkcji Hazanaviciusa sentymentalne, choć ciągle pobudzające wyobraźnię memento. Sam reżyser określił swoje dzieło mianem „listu miłosnego” do kinematografii. Jednak „Artysta” przypomina bardziej sentymentalną pocztówkę nadesłaną prosto z Bulwaru Zachodzącego Słońca. Powszechna supremacja kina 3D nasuwa bowiem uzasadnione pytanie – świetnie podtrzymywane przez innego oscarowego zwycięzcę, Martina Scorsese, w „Hugo i jego wynalazku” (2011) – o przyszły (a w zasadzie teraźniejszy) kierunek ewolucji branży filmowej. Ewolucji, która ostrożnie, choć konsekwentnie, anektuje trzeci wymiar nie tylko na potrzeby urozmaicania cyfrowych feerii, ale także przekształca go w coraz istotniejszy składnik nowoczesnego języka filmu.
„Artysta” („The Artist”). Scenariusz i reżyseria: Michel Hazanavicius. Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, James Cromwell, John Goodman, Penelope Ann Miller, Malcolm McDowell i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: Belgia / Francja 2011, 100 min.