Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (199) / 2012

Grzegorz Krzymianowski,

SPOSOBY ISTNIENIA

A A A
Żyjemy w świecie nadmiaru, w którym podaż przekracza często popyt, co ma tę zasadniczą wadę, że nie tylko zjawisk przeciętnych, ale i tych, które wyraźnie się ponad średnią wybijają, zasadniczo nie sposób ogarnąć. Do tego o ile jeszcze w takiej piłce nożnej stosunkowo łatwo wymierzyć, kto jest od kogo lepszy, to już w przypadku literatury mamy do czynienia z sytuacją bardzo dla naszych lubujących się w hierarchiach umysłach niekomfortową — no bo jakimi kryteriami oceniać na przykład sukces literacki? Czy tak jak chciałyby tego nasze cudnie zafiksowane na punkcie ekonomii czasy — ilością sprzedanych egzemplarzy? A może szumem informacyjnym, który dana pozycja zdołała spowodować? Czy raczej znaczeniem otrzymanych nagród? Wiadomo jednak, jak to jest, zarówno z medialną wrzawą, jak i estetycznymi hierarchiami — pierwsza aż nazbyt często ma jakieś nieprzyjemne związki ze środowiskowymi piekiełkami, a i w przypadku drugich nic łatwiejszego, niż je podważać.

Kiedy więc trafiamy na pisarza, który wyróżnia się z hałaśliwego tłumu co najmniej dobrych, a bywa że i bardzo dobrych twórców, to chyba znak, że mamy do czynienia z kandydatem na naprawdę istotnego autora. A tak właśnie dzieje się w przypadku Juliana Barnesa, zdobywcy zeszłorocznej nagrody Booker Prize; wydany przez Świat Książki zbiór opowiadań „Puls” — i to mimo nierównej formy, jaką prezentuje brytyjski prozaik w poszczególnych utworach — potwierdza fakt, że mamy do czynienia z pisarzem, którego poznać po prostu należy.

„Puls” nie jest może tomem wybitnie spójnym, bezbłędnie ułożonym, prowadzącym nas od opowiadania do opowiadania w takt jakiejś wewnętrznej konieczności. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że poszczególne utwory nie zawsze wypadają pod względem konstrukcyjnym nadzwyczajnie, nie zapierają tchu w piersiach wyrafinowanymi konceptami, fabularnymi meandrami ani szczególną finezją pomysłów. Również na poziomie zdania nie uświadczymy tu sensacji, Barnes bowiem zadowala się frazą wybitnie anglosaską — powściągliwą, przezroczystą, nie przesłaniającą treści. Największym jego formalnym atutem pozostaje zaś rzadka umiejętność operowania dialogiem, który skrzy się żywotnością i dowcipem, a przy całkowitych pozorach prawdopodobieństwa ma w sobie cudowną lekkość i wyrafinowanie, nie do uświadczenia w rzeczywistych rozmowach.

Tyle że kwestie „techniczne” nie mają przy ocenie „Pulsu” zasadniczego znaczenia, bo siła tej prozy tkwi w tym, co — a nie jak — zostaje powiedziane. Barnes wie, że literatura ma przypominać życie, ale nie je naśladować; że ma nie tyle powielać istnienie, co wyciągać z niego substrat, zagęszczać je tak, by dało się je przedstawić w perspektywicznym skrócie. Przy okazji taki sposób komponowania poszczególnych utworów stanowi doskonałą pochwałę literatury — bo nie co innego, jak właśnie literatura zbiera nas do kupy i czyni takimi, jakimi chcielibyśmy się widzieć: zwartymi, koherentnymi, spojonymi w jedno. Cóż byśmy zrobili z naszymi biednymi istnieniami, przypominającymi potłuczone lustra, gdyby nie jej cudownie scalająca moc?

Nie znaczy to, że w swym zbiorze opowiadań Barnes tworzy jakieś skończone całości; przeciwnie, koncentruje się raczej na fragmentach egzystencji swoich bohaterów, jakichś skrawkach z ich życia, może nawet niespecjalnie decydujących, ukazuje głównie przeciętność i jej nienachalne trwanie. Metoda autora „Papugi Flauberta” to metoda wejrzeń, punktowego naświetlania szczegółów; ma on bowiem wybitny talent do rejestrowania wszystkich tych minigestów, drobiazgów składających się na codzienność. Bo Barnes posiada jeszcze jedną stosunkowo rzadką spotykaną (nie tylko wśród pisarzy) cechę — świadomość, ze przeciętne życie przeciętnych ludzi trudno rozpisywać jako dramat, że jego istotą jest to, że powoli i niezauważalnie dla samych zainteresowanych rozłazi się w szwach, że miłości stygną, fascynacje pokrywają się śniedzią, życie z innymi rozkłada się w jakichś drobiazgach, wytłumianych nieporozumieniach, zbędnych dyskusjach, słowach wygaszanych jak pety, a czasu, który się w ten sposób straciło, nie da się niczym zastąpić.

W prozie Barnesa do głosu dochodzi przekonanie, że egzystencja człowieka, niezależnie właściwie od jej składowych i tego, jak przebiega, ma w sobie jakąś skazę, szczerbę, niedobór całkowicie niezwiązany z wyborami i uczynkami człowieka, bo czego ten ostatni by nie zrobił, ostatecznie i tak nie wyjdzie na swoje. Brytyjski pisarz konstatuje ten fakt bez rozdzierania szat, z dystansem, niekiedy wręcz drwiną. Nie ma w nim śladu gnostyckiej wściekłości na świat i jego ułożenie — po prostu w jego optyce życie to ciąg drobnych rozczarowań i jeszcze drobniejszych przyjemności.

Tak jest na przykład w jednym najlepszych opowiadań w tomie, „Pójść do łóżka z Johnem Updikiem”, którego bohaterkami są dwie leciwe już pisarki, które „odniosły sukces większy, niż się spodziewały, jednak z perspektywy czasu mniejszy niż ten, na jaki w swoim przekonaniu zasługiwały”. Podróżują pociągiem i wyglądając przez okno, mierzą się ze swoją wieloletnią przyjaźnią, w której to, co dramatyczne, przeplata się wciąż z komizmem. Podobnie ma się rzecz z małżeństwem z innego opowiadania, które z niedomówień uczyniło sztukę, a wszelkie wzajemne animozje i pretensje wyładowuje w zaciekłej rywalizacji o zagospodarowanie kilkunastu metrów kwadratowych przydomowego ogródka. Kontrapunktem dla podobnych historii są utwory w pełni oparte na dialogu, które w pierwszej części „Pulsu” stanowią rodzaj przerywników między poszczególnymi opowiadaniami — kilkoro przyjaciół dyskutuje o paleniu, polityce, seksie i wszystkim tym, o czym gada się podczas wieczorów suto zaprawionych alkoholem, przy czym ton tych rozmów bywa zwykle frywolny, niepoprawny i prześmieszny.

Jeśli więc niekiedy wybór laureatów różnego rodzaju nagród wydaje się kontrowersyjny czy niezrozumiały, to w przypadku Juliana Barnesa o nieporozumieniu nie ma mowy (choć to oczywiście nie za ten zbiór opowiadań otrzymał Booker Prize) — to naprawdę pierwszorzędny prozaik, jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy, autor, dla którego literatura — jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało — jest nadal medium, za pomocą którego człowiek może starać się dojść do tego, na czym to nasze życie polega. Czy trzeba dodawać, że czyta się „Puls” po prostu znakomicie? Jeśli to pomoże Państwu podjąć decyzję, by po książkę sięgnąć… Ostatecznie, twierdzi Barnes, w życiu — nie tylko miłosnym, ale i na zdecydowanie szerszym planie — wszystko sprowadza się do tego: „wybieramy, jesteśmy wybierani, nie jesteśmy wybierani”. Cała reszta to już tylko konsekwencje tej nadrzędnej zasady.
Julian Barnes: „Puls”. Przeł. Jan Kabat. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2011.