Wydanie bieżące

1 maja 9 (201) / 2012

Michał Paweł Urbaniak,

(LITERACKA) REWOLUCJA PRZEGRANA

A A A
Druga – po debiutanckiej „Wyjechać, nie wrócić” – powieść Tomasza Hildebrandta nie podlega łatwym klasyfikacjom. Czysty absurd sąsiaduje tu z dosadnym realizmem, przejaskrawienie towarzyszy zdumiewająco trzeźwemu przedstawieniu problematyki, komedia i dramat mieszają się ze sobą, a akcenty humorystyczne rozbijając tragizm, jeszcze bardziej go podkreślają. Jedno nie ulega wątpliwości: „Druga Polska” stanowi przykład tak zwanej „mocnej prozy”’.

Hildebrandt powołuje do życia cały tłum postaci (przeważnie Polaków), tworząc wyrafinowany, oparty na kontrastach przekrój przez wszystkie warstwy społeczne. Świat „Drugiej Polski” zaludniają nędzarze i bogacze, nastolatkowie i dorośli, bigoci i ateiści, hetero- i homoseksualiści, stateczne Matki-Polki i prostytutki, nimfomanki i abstynenci seksualni, wysoko postawieni politycy i dostojnicy kościelni oraz „zwyczajni” obywatele. Jednak na pierwszy plan wysuwa się trzech bohaterów: pustelnik Władek, który poddaje się stopniowemu zezwierzęceniu, aby dzięki temu stać się znowu człowiekiem, marzący o rewolucji Mariusz, pragnący walczyć w imię naprawy świata, nawet gdyby miał przegrać, a wreszcie Przemek o skrajnie nacjonalistycznych poglądach, ogarnięty poczuciem quasi-patriotycznej misji, stający na czele współczesnej krucjaty w obronie świętych wartości.

Wszyscy bohaterowie spotykają się w Szkocji w – jak się zdaje – przełomowym momencie dla historii i kultury polskiej. Oto pustelnik Władek nieoczekiwanie odkrywa wizerunek Matki Boskiej w zrujnowanej górskiej kapliczce, a jego młody towarzysz ulega rzekomemu cudownemu ozdrowieniu. Wkrótce kapliczka staje się miejscem kultu religijnego, a na wpół zdziczały samotnik zostaje okrzyknięty świętym. Do sanktuarium przybywają tłumy polskich pielgrzymów, często narażając życie. Niektórzy liczą na uleczenie, inni zaś wierzą w początek rewolucji i narodziny lepszego świata – ochrzczonego Drugą Polską – „bo ma ono [tzn. to miejsce – przyp. mój – M. P. Urbaniak] być lepsze od pierwszej Polski. (…) Wszystko pięknie, ludzie potrzebują nadziei”. Jednak lepszy świat szybko ukazuje swoje ciemniejsze oblicze, pielgrzymi zostają obdarci ze złudzeń, a uzdrawiająca rewolucja spływa krwią. Wszystko kończy się istną kupą rodem z Gombrowicza.

„Druga Polska” to kawał prawdziwie bezkompromisowej literatury. Hildebrandt jawi się jako wnikliwy obserwator współczesnych narodowo-ojczyźnianych bolączek. Na kartach swojej drugiej powieści bezlitośnie obnaża i błyskotliwie piętnuje narodowe przywary. Pod literacki ostrzał jego pióra dostaje się przede wszystkim przyzwolenie na dominację religii w polskiej codzienności i pokrewna mu obłuda (na tym właściwie opiera się fabularny trzon „Drugiej Polski”), ale także nadmierne celebrowanie spraw pozornie wzniosłych, a w swej istocie z góry przegranych (śmiertelna wędrówka w święte miejsce) oraz mylne przekonanie o narodowej wyjątkowości ze względu na gorliwą wiarę – wszak Polska nie bez kozery była dawniej nazywana „przedmurzem chrześcijaństwa” (fanatyczna ochrona rzekomo świętego miejsca przed „zagrożeniem”. Przemek tak motywuje krucjatę, którą dowodzi: „Zagnieździły się tam [tzn. w Drugiej Polsce – przyp. mój. – M. P. Urbaniak] męty: pedały, lewacy, brudasy, poeci. Dekadencja i wstyd naszego narodu (…) musimy temu zaradzić, musimy pozbyć się ich, rozgonić to całe towarzystwo. Niech przyjeżdżają dziadkowie i stare panny, dzieci i młodzież na oazy. Niech się modlą, może coś to komuś pomoże. Na pewno narodowi, na pewno sprzyja to krzewieniu wartości”). Ponadto tczewski prozaik nie waha się odważnie poruszyć problemów nierzadko trawiących dzisiejsze społeczeństwo (bezrobocie, bieda, brak perspektyw, masowa emigracja, alkoholizm, rozpad tradycyjnej rodziny, ksenofobia, nietolerancja, nieuczciwość polityków, utajone grzechy hierarchów kościelnych). Niektóre kwestie nabierają uniwersalnego (globalnego) wymiaru: wyścig szczurów, osiąganie sukcesów przez umiejętne wybieranie seksualnych partnerów, wszechogarniająca komercja, zanik więzi międzyludzkich (Władek lepiej czuje się dzieląc życie z owcą niż z kobietą), nieprawdziwość uczuć, „odgrywanie” swoich ról zamiast zwyczajnego życia (związek Mariusza i Sylwii, w którym nie ma miłości, jest tylko społeczny przymus „bycia z kimś” i wchodzenia w określone formy), nieszanowanie jednostki – to dotyka nie tylko Polaków. Fragmenty, w których Hildebrandt dokonuje rozliczenia z narzuconym przez świat stylem życia, okazują się wstrząsająco trafne i boleśnie aktualne: „Jak ci wszyscy nędzarze, urodził się nie dlatego, by realizować siebie, ale innych, by być dodatkiem do dumnych żyć tych drugich i trzecich, bogatych, pięknych, mądrych, potrafiących wszystko to, czego oni nie umieją i czego nigdy nie będą umieć. Mówiono w szkole: o, lubisz samochody. Będziesz dobrym kierowcą-mechanikiem. Albo: masz silne ręce, jak znalazł na kowala. A może ktoś będzie doktorem, prawnikiem, biznesmenem? Hmm, trudno, nauczyciele wzdychali z żalem, bo to było najbardziej prawdopodobne, pójdziesz do fabryki, kopalni, rzeźni, restauracji, sklepu. (…) Byle szybciej do pracy, do byle jakiej, bo w domu bieda, mieszkanie ciasne, a uczyć się dalej… magistry i tak idą na kuroniówkę”.

„Druga polska” przy całym nasyceniu czarnymi barwami jest przede wszystkim organizowana przez zjadliwą ironię. W tej powieści uznany za wyjątkowego mesjasz to ktoś, kto zupełnie wypiera się człowieczeństwa i w imię tego współżyje z owcą i maltretuje niewinnego chłopca. Z kolei odkryte przez niego „święte” miejsce, on sam początkowo bierze za „sporych rozmiarów kibel, z otworem na kał”, starą, zrujnowaną budę. Ironia króluje również w pobocznych wątkach powieści: Przemek zapamiętale walczący z homoseksualistami sam odkrywa w sobie pociąg do mężczyzn, rozstanie Sylwii i Mariusza jest starannie wyreżyserowaną grą, dziennikarze przygotowujący materiał o tęsknocie za ojczyzną natykają się na samych entuzjastów emigracji, miejsce święte zostaje przeobrażone na poły w kloakę, na poły w centrum orgii, cudowne uzdrowienie, które ściąga pielgrzymów do Drugiej Polski w rzeczywistości się nie zdarzyło, członkowie pokojowego zgromadzenia zaczynają pałać nienawiścią do tych o odmiennych poglądach, biskup rozgrzesza podopiecznych przez zmuszanie ich do stosunków seksualnych. Apogeum ironii Hildebrandt osiąga jednak dopiero w finale powieści – kiedy rewolucja, która miała być początkiem utopijnej Drugiej Polski, okazuje się fiaskiem, a szczytne idee zostają sprowadzone do krwawej zabawy. Jak mówi Mariuszowi Władek: „Bo nigdy nie zmienisz człowieka, jego historii, tradycji, kultury, bardziej lub mniej zasranej religii. Potrzeba tu nowych, innych ludzi, a nie nowego społeczeństwa tych samych ludzi”.

Niestety rewolucjoniści nie są jedynymi przegranymi w przypadku „Drugiej Polski”. Na tarczy musi wylądować również sam Hildebrandt. Odważne zaplecze ideologiczne blednie wobec ewidentnych braków warsztatowych autora „Wyjechać, nie wrócić”. Co można przede wszystkim zarzucić „Drugiej Polsce” to – eufemistycznie rzecz ujmując – kulawość konstrukcyjną. Powieść dość rozwlekła i nużąca, nabiera nie tylko tempa, ale przede wszystkim kunsztu właściwie dopiero bliżej końca, gdy dochodzi do odkrycia Maryjnego wizerunku. Hildebrandt początkowo zbyt dużo miejsca poświęca Władkowi czy Mariuszowi, aby później poprzestać na rozdziałach pokazujących wydarzenia naprzemiennie z perspektywy różnorakich osób (m.in. prezydenta, śmiertelnie chorej dziewczynki, dziennikarza, wyznającej seksualną wolność kobiety). Dzięki temu zabiegowi całość nabiera nie tylko wyrazu, ale i dynamiki, staje się też okazją do przedstawienia kilkunastu naprawdę fenomenalnych scen, świadczących o niewątpliwie dobrym piórze.

Pustosłowie właściwie jest największym (i niewybaczalnym!) grzechem tej powieści. Widać je przykładowo w najeżeniu zbędnymi środkami stylistycznymi. Hildebrandt zbyt często szafuje banalnymi porównaniami, używa tandetnych metafor i zbędnych personifikacji – a wszystko przeradza się w długie i nużące opisy: „Ta [słuchawka – przyp. mój – M. P. Urbaniak] zatańczyła na aparacie i spadła jak śmiałek, sprawdzający swoje limity, skacząc na bungee. Dosięgła niemal podłogi, naprężając kabel do jego granic, po czym wyskoczyła na górę, by znowu opaść, aż zawisła na dobre, spokojna, od czasu do czasu tylko obijając się o ścianę.”, „Wrócił z dwoma ociekającymi kuflami i postawił je na stole. Płyn zaczął spływać po powierzchni szkła, by zgromadzić się na blacie wokół denka, jak fosa broniąca dostępu do naczynia. Poszuka drogi ujścia, niech tylko jeszcze więcej się go zbierze. Popłynie strumykiem ku krawędzi stołu, odnajdując jak zawsze drogę. Spadnie wodospadem w dół, w przepaść kończącą się dechami podłogi, porytymi latami użytkowania, zmarszczkami starczej twarzy. Tam zniknie, wsiąkną go spragnione piwa deski. Chleją jak stare, pomyślał. To dopiero muszą być alkoholiczki, te dechy wyszczerbione. Dlatego tak dziwnie skrzypią, jakby były ciągle na haju. Nic dziwnego w takim miejscu. Doliczając do tego ciągłą poświatę dymu papierosowego, który też wchłaniały z przyjemnością i informacje, zdobywane podsłuchiwaniem rozmów przy stolikach… Stare, zapijaczone dechy (…). Obaj popatrzyli teraz na biały kożuch zalegający na czubku kufla. Jego cienka warstwa kołysała się leniwie w rytm nadany ruchem ręki Młodego. Coraz wolniej, niemal zatrzymywało się, pozostały tylko delikatne zmarszczki, powoli znikając na dobre. Kożuch wyglądał jak pleśń na powierzchni zapomnianej, niedopitej kawy”. Obok przydługawych opisów można znaleźć również pojedyncze zdania pozostawiające wiele do życzenia pod względem stylistycznym: (przykładowo: „Ale widywałem ją w wyobraźni pokrwawioną, z nożem wbitym w krtań, a krew sączy jej się z ust razem z niemytymi przekleństwami pod moim adresem”, „Słońce zaszło, więc nie uderzyło go z hukiem w czaszkę, jak to zwykło ostatnio robić”, „Mówiąc to, patrzył w ogień, który skakał po jego twarzy, z niej i na nią”). W gąszczu takich fragmentów i językowych dziwactw niejednokrotnie gubi się to, co naprawdę w tej powieści błyskotliwe i istotne.

Nie ma wątpliwości, że „Druga Polska” rości sobie prawa do miana wielkiego dzieła – niestety nim nie jest. Rozbudowana warstwa ideologiczna czy bezsprzecznie świetny zamysł nie wystarczą, skoro książka pozostaje zwyczajnie niechlujna językowo i nie dość przemyślana pod względem technicznym. Współobecność fragmentów słabych i naprawdę dobrych pokazuje, czym ta powieść mogłaby być dla rodzimej literatury, gdyby lepiej ją dopracowano: jeśli nawet nie polską epopeją dwudziestego pierwszego wieku czy współczesnym prozatorskim „Weselem” Wyspiańskiego, to na pewno pozycją na miarę fenomenalnych „Balladyn i romansów” Ignacego Karpowicza. Jednak Tomasz Hildebrandt nie podołał i dlatego te zestawienia stanowią właściwie już tylko koncert życzeń…
Tomasz Hildebrandt: „Druga Polska”. Wydawnictwo Oskar. Gdańsk 2011.