Wydanie bieżące

1 maja 9 (201) / 2012

Daria Bruszewska,

ODRODZENIE W KATASTROFIE

A A A
Najpierw świat wypełnia ciężkie powietrze. Pachnie ono zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Pojawiają się pierwsze ostrzeżenia o huraganie. Ludzie próbują upchnąć w samochodach całe swoje życie. Zaczynają panikować. Pierwsze uderzenia wiatru wzbudzają trwogę, która obezwładnia. Świat milknie. Niebo pęka.

Wraz z nadejściem huraganu rozpada się życie bohaterów najnowszej powieści Laurenta Gaudé. Czarnoskóra Josephine Linc. Steelon wydaje się gotowa na nadejście kataklizmu, który przeczuwała szybciej, niż – wyposażeni w najnowsze narzędzia – meteorolodzy. Długie życie zaczyna jej ciążyć. Doświadczyła w nim zbyt wielu tragedii, kolejna – tym razem zgotowana przez siły natury – staje się dla niej szansą na symboliczne domknięcie losu. Zupełnie inaczej jest w przypadku pary innych bohaterów – Rose i Keanu dzięki kataklizmowi mają możliwość swój los nie tyle przypieczętować, ile odmienić. Rozdzieleni kilka lat wcześniej, przekonani o tym, że przegrali swoje szanse na szczęśliwe życie, odnajdują drogę do siebie. Żywioł daje im kolejną sposobność do tego, by spróbowali złożyć w całość swoje połamane życiorysy i serca.

Samotność, będąca dla Rose i Keanu elementem codzienności, wydaje się także doświadczeniem wyjątkowo dobrze znanym księdzu, który w krótkiej opowieści twórcy „Słońca Scortów” pozostaje bezimiennym. Rezygnacja autora z nadania imienia duchownemu sprawia, że postać ta staje się amalgamatem pewnych funkcji i kulturowych wyobrażeń. Jego historia to historia człowieka zagubionego, poszukującego swojej roli w sztuce reżyserowanej przez Boga. Przeraża go wcielanie się w postać epizodyczną, więc w huraganie upatruje szans na awansowanie do miana głównego bohatera.

Kataklizm zmienia także sytuację więźniów, wśród których znajduje się Buckeley. Pozostawieni na (nie)łasce żywiołu, próbują odwrócić koleje swojego losu. Huragan nie tylko daje im wolność, ale tę wolność także zadaje. Przyjdzie im na własnej skórze przekonać się „gdzie kończy się solidarność” (s. 104) oraz jak trudno, na nowo, zdefiniować granicę między dobrem a złem.

Już początek lektury daje czytelnikowi pewność, że losy pięciorga bohaterów muszą się połączyć. Wiemy, że znajdą się punkty wspólne, że ich drogi się przetną. Mamy świadomość, że takie rozwiązanie fabularne jest schematyczne i niezbyt wyszukane. Nie zmienia to jednak faktu, że ta pozorna banalność nie irytuje – doskonale bowiem wiadomo, że ma to służyć czemuś więcej.

„Huragan” to nie tylko historia o tym, jak wielka jest moc żywiołu, jak trudno z nią walczyć i jak słabi jesteśmy wobec niej my, ludzie. To także refleksyjna opowieść o ludzkich dramatach. Losy bohaterów mogą natomiast posłużyć także jako punkt wyjścia do rozważań na temat problemów współczesności. Niemal stuletnia czarnoskóra Josephine jest niczym sejf przechowujący doświadczenia rasizmu. Codziennie podróżuje autobusem tylko po to, by „umrzeć przeżywszy więcej dni z przodu autobusu niż z tyłu” (s. 11). Upokorzenie nie minęło, stanowi wciąż palącą bliznę, o której nie sposób zapomnieć. Rose, o wiele młodsza od Josephine, dobrowolnie godzi się na jazdę z tyłu autobusu. W tym geście nie ma niczego symbolicznego. Dla niej problemem są jej własne emocje. Wychowuje syna, którego nie może pokochać. Jest samotna i nieszczęśliwa, wbrew banalnym teoriom o nieustannej radości towarzyszącej macierzyństwu.

Keanu jest postacią, która pokazuje, jak wyniszczające jest poczucie winy i bezsensu własnego jestestwa, Buckeley i jego współwięźniowie – jak trudno rozpocząć nowe życie i zmienić stare przyzwyczajenia. Ksiądz, pragnący udowodnić siłę swej wiary, jest dowodem na to, jak łatwo można ulec obłędowi i złudnemu przekonaniu o wyjątkowości.

Huragan staje się pretekstem do przewartościowania własnego życia i postawienia pytań o sprawy fundamentalne i ostateczne. Sytuacja zagrożenia obnaża ludzi i stawia ich w pełnym świetle. Ekstremalne doświadczenia są zwierciadłem dla ukrytych obaw, pragnień i win.

Gaudé dokonał czegoś, co zasługuje na uwagę – w krótkiej powieści zawarł wiele różnych problemów i poddał je refleksji. Jego oszczędny, chłodny język doskonale współgra z atmosferą książki. Nie będzie naiwnego happy endu, bo być go nie może – dobrze wiemy, jakie były skutki huraganu Katrina, trudno oczekiwać banalnego optymizmu w kontekście zatrważających statystyk informujących o ilości ofiar. Nie oznacza to jednak, że lektura „Huraganu” nie będzie z sobą nieść żadnej nadziei.

Nowy Orlean w powieści Laurenta Gaudé staje się ringiem, na którym rozegra się wiele walk. Większość z nich dokona się jednak w głowach bohaterów. Nikt nie wyjdzie z tego doświadczenia bez szwanku. Można tylko wierzyć w to, że będą silniejsi, lepsi. Huragan jest siłą niszczycielską, ale ma też moc stwarzania. Okazuje się bowiem, że rozbicie może prowadzić do scalenia, a katastrofa – do ocalenia.
Laurent Gaudé: „Huragan”. Przeł. Hanna Igalson-Tygielska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].