Wydanie bieżące

1 maja 9 (201) / 2012

Monika Glosowitz, Robert Rybicki,

RELACJA Z ŁAWKI REZERWOWYCH DLA BRAMKARZY

A A A
Monika Glosowitz: Robercie, jak się ma poezja najnowsza?

Robert Rybicki: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Pierwszą trudnością jest jawiąca mi się przerażająca, choć przejściowa, polityzacja trendów poetyckich, co zaśmieca samą poezję. Gdyby jednak się przestać zastanawiać nad ową trudnością, ma ona się tak, jak tworzą ją poeci. Rzadko starsi autorzy zmieniają styl; w ich wypadku chodzi o lepszą lub gorszą książkę od poprzedniej, gdy mówimy o spadku mocy twórczej. O kondycji lub dynamice w świecie poezji świadczą debiuty lub autorzy świeżo po debiucie. I tutaj od paru lat coś się dzieje, ale orzec będę mógł dopiero wtedy, gdy na stadionie Górnika Czerwionki rozegra się mecz Francja–Holandia, co nastąpi za tysiąc lat. Powiem jak typujący wyniki. Z ostatnich pięciu lat, jeśli chodzi o tych, co już mają dwie książki, najmocniej się osadzili Julia Szychowiak i Konrad Góra. Zobaczymy, jak się rozwinie Jacek Kawecki. Z debiutantów już wydanych najmocniej u mnie stoją Waldemar Jocher, Marcin Bies i Tomasz Bąk. Czekam na to, co zrobi Kamil Brewiński. Zdaję sobie sprawę z tego, że się mylę, ale to jest fajne.

M.G.: Co dokładnie masz na myśli, mówiąc o polityzacji? Bo, na szybko, można by wyróżnić taktykę doraźną (Rymkiewicz, Grass), ale i implicytną (i tu przecież znalazłby się też wspomniany przed chwilą Góra).

R.R.: Góra i polityczność? Już widzę, jak się wścieka na tę kwestię. Bez przesady. Rymkiewicz jest do rymu, a Grass do lufy. Chodzi o tych, którzy walą w pręta. Młodzi „krytykowcy”. Albo Igor Stokfiszewski z jego „Zwrotem politycznym”. O! Ten to ma zdania! Czytaliśmy z Konradem Górą ostatnio niektóre exempla i się tarzaliśmy ze śmiechu z tego pseudoakademickiego wywodu. Ale to kwestia „krytyki”. Kiedyś się śmiano z Kochanowskiego, jak wygłosił mowę sejmową. Lewica? Prawica? Fuck off!

M.G.: Wszystko zależy od tego, jak się czyta „politykę” właśnie. A co do czytania – widzisz obiecujące debiuty wśród roczników 90. czy raczej erupcję epigonizmu?

R.R.: Pytanie zbyt szybko postawione. Jak dożyję meczu Brazylia–Kamerun na Stadionie ROW-u, będę mógł odpowiedzieć. Tyle że musiałbym 500 lat żyć. Przecież jeszcze roczniki osiemdziesiąte się nie wyszalały! Ale z roczników dziewięćdziesiątych największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze Tomasza Bąka i Katarzyny Fetlińskiej. A tam pewnie nowa ofensywa idzie, mam nadzieję, że nie pod sztandarem jakimś... Wierzę w młodych!

M.G.: Pewnie, ale to, że 80. się nie wyszalały, nie znaczy, że nie można zapytać o 90. Wierzysz w młodych, a masz jakiś pomysł na wskrzeszenie zainteresowania poezją w obliczu zgonów kolejnych czasopism kulturalnych czy literackich (casus „Portretu”, niepewnego losu „Opcji” etc.)?

R.R.: „Kresy”, „Tygiel Kultury”, „Studium”. Nie tylko „Opcje” i „Portret” istnieją na świecie. Mieliśmy rozmowy w związku z powołaniem jakiegoś porządnego czasopisma literackiego w Poznaniu z Mariuszem Grzebalskim i Szczepanem Kopytem, również z Romanem Bromboszczem. Szczepan nie wierzył w powodzenie, mówiąc, że czasopisma mogą funkcjonować tylko w internecie. Nic nie wyszło. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Niby są te „Arterie” łódzkie jako nowa inicjatywa, ale, w porównaniu z „Tyglem Kultury”, to jakoś mi zbyt hucpowo wygląda. W Lublinie startują z „Olsztynem Wschodnim”. Internet spsiał już kompletnie. Nie ma czasopism papierowych na wysokim poziomie, albo ambitnych, które chciałyby kreować nowe zjawiska, ryzykując wszystkim. Prawdopodobnie będę organizował alternatywne formy promocji literatury, gdy w Świerklanach i Jankowicach będą zimowe igrzyska olimpijskie, co tak prędko się nie stanie, za siedem tysięcy lat. Podczas tych Igrzysk wydam książkę „Skłot Bertolda Plecha”; będę śpiewał w zespole Wije.

M.G.: To zanim jeszcze zostaniesz piosenkarzem: podobno dojrzałeś do prozy. Czy to prawda i czy w związku z tym proza stanowi późniejsze ogniwo ewolucji twórczej?

R.R.: Podobno. Tyle że nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakobym powiedział, że wyrosłem z poezji. Myślałem o prozie, ale jednak myślę o prozie jako poeta i, szczerze mówiąc, pierwsza powieść powstanie, gdy na Odrze Wodzisław będzie śpiewał Jaskuła Zdzisław, co nastąpi za siedemset lat. Ale nie chciałbym tu obrażać Zdzisława.

M.G.: Od wielu lat snujesz też wizję Wydawnictwa Rybnickiego. Jakie są plany wydawnicze w jego ramach?

R.R.: Przestałem snuć, bardziej się snuję. Plan wydawniczy obejmował jedną książkę, lecz widmowi współpracownicy załamali się nerwowo po seryjnych tropieniach spisków wokół ministerstwa i urzędów. W regionie rybnickim założenie wydawnictwa związanego z literaturą jest szczytem autodestrukcji. Poszedłem po rozum do głowy dopiero wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że mecz Liechtensein–Luxemburg, który planowany jest za 130 lat na stadionie Górnika Radlin, zostanie przełożony z powodu złych warunków atmosferycznych.

M.G.: Wróciłeś na Śląsk, szykujesz jakąś karrambę?

R.R.: Myślałem, że coś wyszykuję, ale po początkowych rozpoznaniach terenu zdążyłem się zorientować, że nie jestem potrzebny na murawie i czeka mnie los reserveiros. Chodziło mi o coś innego niż o karamby. W takim wypadku wolę się odsunąć na blaszane zaplecze stadionu Energetyka, zrezygnować ze sportów zespołowych i spróbować sił w dyscyplinie nordic walking bez kijków.

M.G.: Powodzenia i dzięki za rozmowę.

R. R.: Również dziękuję i życzę udanego weekendu w Rybniku.