Wydanie bieżące

1 maja 9 (201) / 2012

Radosław Kobierski,

NAD BRZEGIEM UTRATY

A A A
Odpalam Google Maps i szukam przedmieścia Mokre. Polna wygląda jak wykres EKG albo zapis wariografu. Kiedyś podobno była to najdłuższa ulica w Toruniu. Łączyła Chełmińskie z wysypiskiem śmieci na Katarzynce. Kiedyś tu kończyło się miasto. Dalej były bazy Ruskich, piach, tory kolejowe i dzikie pola. Zryte wszystko przez bomby lotnicze. Jeszcze przed stanem wojennym strach tam było chodzić. Wszędzie niewypały. Znosiliśmy cały ten złom przez lata. Sto razy mogliśmy wylecieć w powietrze. Czyli jednak byliśmy odważni? A może to tylko błazenada była? Czy niektórym z nas to chojractwo weszło w obieg krwi? O czym myślał Koniucha, kiedy tuż za Łysomicami rozpędzał swoją hondę do 160 km na godzinę, i And – kiedy całą fiolkę barbituranów zapił gorzką żołądkową? Że jeszcze raz uda się uciec życiu, a potem, jakby nic do niego powrócić? Grudziądzka, Batorego, Dębowa, Wielki Rów. Zupełnie wykreślone z naszych map i naszego czasu. Na jedno wychodzi…

Rozumiem sens takich narracji. Nazwy ulic, nazwy miejsc, powracające jak fale, niczym refreny z pieśni Boba Dylana. Po to, żeby jeszcze raz wytyczyć środek, zakreślić obszar, nie zgubić się. Ta prześwieca, przebija się z mojego życiorysu, ale przecież nie o nią chodzi. Tym razem. Ale „Grochów” Andrzeja Stasiuka tak właśnie na mnie działa. W jakimś sensie dotyczy również mojej pamięci. W jakimś sensie dotkliwie stawia moje własne pytanie. Czy tylko w perspektywie utraty możemy zająć „jakieś stanowisko” względem życia? Czy literatura nie jest jak ów sęp na fotografii Kevina Cartera (za którą Carter słono, krwią zapłacił)? Tadeusz Kantor powiedział kiedyś, że do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Stasiuk, przywołując postać pisarza Augustyna Barana, pisze, że literatury również nie uprawia się bezkarnie. I zapewne nie myślał jedynie o wyobcowaniu, jakie w sposób nieuchronny towarzyszy tej profesji. Wydaje mi się, że to zdanie więcej mówi o Stasiuku niż o pisarzu z Izdebek. Poprawka: więcej o nas samych. O tym mianowicie, jak jesteśmy bezradni wobec faktu umierania. Albo milczymy albo zagadujemy umieranie na śmierć. Jako pisarze jesteśmy w tym niezrównani. Te wszystkie metafory, porównania, asocjacje, mitologizacje itd. Wspólne wspomnienia. Bo przecież wspólnie dzierżawionego teraz już nie ma. Nie mówiąc już o przyszłości. Słowa są śmieszne, za małe, słowa są karykaturą tego, czym mogłyby być. Jest więc „Grochów” nie tylko hołdem oddanym istnieniu, post mortem, ale także świadectwem ucieczki. Stasiuk napisał to jeszcze mocniej – dowodem tchórzostwa.

Carter umierającej dziewczynki nie zaniósł do punktu pomocy humanitarnej. To już wiemy. Ale jednym zdjęciem zwrócił uwagę świata na klęskę głodu w Sudanie (to, czy świat zajął się Sudanem, to już inna sprawa). Stasiuk oczywiście takiego problemu moralnego nie miał. Zrobił, co mógł. Także – powiedział, co mógł. Więcej najwyraźniej się nie dało. Ale jednocześnie wiedział, że to za mało, że zawsze będzie za mało. Pierwszą lekcję przewagi symbolu nad rzeczywistością odebrał bardzo wcześnie. Czarna, kościelna chorągiew, powiewająca przed domem, w którym umarła babka, znaczyła więcej niż sama śmierć. To znak budził lęk, nie zaś to, co znaczył. Stworzyliśmy symbole, te wszystkie alegorie śmierci, ale ich drogi w którymś momencie rozeszły się. Znak wyemancypował się, my zaś dalej trwamy przy znaku. Nie potrafimy nawet w odpowiednim momencie powiedzieć „śmierć”, „wiem, że umrzesz”. Teraz „Grochów” łopoce nad popiołami jego bohaterów i jest oczywistym dowodem klęski, jaką ponosimy na płaszczyźnie egzystencjalnej w starciu z doświadczeniem umierania.

Pamiętam dzień, w którym mój ojciec doznał rozległego udaru. Wzrok, który nicował mnie na wskroś. Jakbym był powietrzem. „To były jego oczy, ale nas nie widział. Patrzył na nas, ale to nie byliśmy my”. Afazja, amnezja, aporia, atrofia. Wszystko naraz. Atrapa człowieka. Pamiętam, kiedy on nowa uczyłem go słów, potem – kiedy szukałem jakiś punktów stycznych, miejsc wspólnych. Oczywiście we wspomnieniach. Trzeba było jakoś ojca na powrót zakotwiczyć. Nie wiem, czy robiłem to dla niego, czy dla siebie. I jego ostatnie dni, najpierw na neurologii, później na geriatrii. Wszystkie te banały, którymi próbowałem upchać przepaść między nami. I obrzydzenie, jakie czułem do samego siebie, kiedy po raz pierwszy pomyślałem, że chcę o tym opowiedzieć. Sęp i ojciec. Zabrakło tylko Kevina Cartera.

„Kiedy wsuwali cię do pieca, wiedziałem już, że będę chciał to wszystko opisać. Ponieważ nie mogłem zrobić nic innego”, pisze Stasiuk w tytułowym opowiadaniu. Jedyne, co można zrobić, to kontynuować opowieść, którą kiedyś, w dzieciństwie zaczęła babka. Liczyć na to, że gdzieś między wyrazami, między obrazami odsłoni się sens, przez przetarcia, perforacje w tkaninie czasu (i narracji). I okaże się, że wszystko, co już zdążyliśmy pożegnać, gdzieś trwa, być może całkiem niezmienione. Babka razem z jej umarłymi, Augustyn, Olek, nawet wierna suka. Bliski jest w tym miejscu Stasiuk Nowosielskiemu, tradycji ikony. Owe przetarcia bowiem to są momenty, kiedy dociera do nas obraz, mocno jeszcze zakłócony, rzeczywistości przemienionej. Innymi słowy, trwamy ciągle tacy, jacy byliśmy, ale to nie jest już stan permanentnej katastrofy.

Póki co zostaje nam Google Maps, szukanie śladów, tropów, wypalonych kręgów po ogniskach. Beznadziejne, bo nie widząc ich, tracimy wiarę w to, że cokolwiek naprawdę się wydarzyło.
Andrzej Stasiuk: "Gróchów". Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012.