Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (203) / 2012

Przemysław Pieniążek,

SZTUKA KRADZIEŻY

A A A
Cieszące się do dziś niesłabnącą popularnością produkcje spod znaku heist (ich nazwa podchodzi od zniekształconego słowa hoist oznaczającego w amerykańskim slangu sklepową kradzież) to specyficzna odmiana filmu gangsterskiego, której głównym wątkiem jest – mówiąc oględnie – „skok na kasę”. Precyzyjnie zaplanowana akcja przeprowadzana jest przez grupę zawodowców (speców od włamań, zaklinaczy sejfów, królów podkopów czy ekspertów od materiałów wybuchowych), biorących na cel kasyna / muzea / banki / prywatne skrytki należące najczęściej do osób, z którymi (anty)bohaterowie mają na pieńku. Pragnienie wyrównania rachunków lub pokusa / konieczność przeprowadzenia „ostatniego skoku”, mającego zapewnić uczestnikom dożywotnią stabilizację finansową, to sprawdzone, choć rzecz jasna nie jedyne katalizatory dramaturgii caper movies, konstruowanej przeważnie z zachowaniem podziału na trzy, nie zawsze chronologicznie uporządkowane, akty. Opracowanie kolejnych etapów planu, skok „właściwy” (który prawie zawsze obfituje w komplikacje, skrajnie zaś w przypadki nieoczekiwanej zdrady lub śmierci) oraz ucieczka z trofeum to często wykorzystywana przez filmowców fabularna triada, w zależności od przyjętej konwencji prowadząca protagonistów do szczęśliwego finału lub przed oblicze sprawiedliwości.

Rebelianckie początki tej emocjonującej odmiany kryminału sięgają jeszcze czasów sprzed przełomu dźwiękowego, kiedy to na ekrany kin wchodziły kolejne adaptacje sztuki Paula Armstronga „Alias Jimmy Valentine” (opowiadającej o perypetiach króla kasiarzy), które reżyserowali między innymi Maurice Tourneur (1915) czy Jack Conway (1928). Rozwiązania charakterystyczne dla późniejszych heist movies znalazły podatny grunt w produkcjach wpisujących się w konwencję filmu czarnego, czego dobrymi przykładami były dzieła takie jak „High Sierra” (1941) Raoula Walsha, „Asfaltowa dżungla” (1950) Johna Hustona, „Rififi” (1955) Julesa Dassina, „Ryzykant” (1956) Jean-Pierre Melville’a czy „Zabójstwo” (1956) Stanleya Kubricka. Do najambitniejszych propozycji z tego nurtu, kładących nacisk na budowanie aury egzystencjalnej matni, nawiązywały zrealizowane wiele lat później „Taśmy prawdy” (1971) Sidneya Lumeta, „Gorączka” (1995) Michaela Manna czy „Podejrzani” (1995) Bryana Singera. Ekspansywna natura heist movie umożliwiła przemycenie jego topiki także do innych gatunków filmowych, w tym westernu („Dzika banda” Sama Peckinpaha, 1969), szpiegowskiego dreszczowca (kinowy cykl „Mission: Impossible”, 1996-2011) czy produkcji fantastycznonaukowych („Incepcja” Christophera Nolana, 2010).

Caper movie wykrystalizował także swój lżejszy, bardziej humorystyczny wariant, czego koronnymi przykładami były dzieła pokroju „Jak zabić starszą panią” (1955) Alexandra Mackendricka, „Ten szalony, szalony świat” (1963) Stanleya Kramera czy „Topkapi” (1964) Julesa Dassina, przecierające szlak późniejszym pastiszom na czele z „Rybką zwaną Wandą” (1988) Johna Cleese’a oraz Charlesa Crichtona, „Hudson Hawk” (1991) Davida Lehmanna czy „Drobnymi cwaniaczkami” (2000) Woody’ego Allena. Także nasza rodzima kinematografia może poszczycić się kilkoma nietuzinkowymi propozycjami wpisującymi się w konwencję „filmów o skoku”, w których grupie prym wiedzie kultowy dyptyk „Vabank” (1981-1984) Juliusza Machulskiego, nawiązujący do klasycznego dziś „Żądła” (1973) George’a Roya Hilla, jak również zrealizowany przed ośmioma laty „Vinci”.

Współczesne Hollywood także dostrzega dramaturgiczną atrakcyjność oraz fabularną pojemność heist movies, chętnie sięgając po sprawdzone patenty, czego żywym dowodem jest olbrzymia popularność wyreżyserowanej przez Stevena Soderbergha trylogii Danny’ego Oceana (2001-2007), inspirowanej „Ryzykowną grą” (1960) Lewisa Milestone’a oraz przyzwoity wynik kasowy „Włoskiej roboty” F. Gary’ego Greya (2003), będącej odświeżoną wersją brytyjskiego hitu Petera Collinsona z końca lat sześćdziesiątych. Pełnometrażowy debiut fabularny duńskiego dokumentalisty Asgera Letha (syna reżysera Jørgena Letha, pamiętnej ofiary pięciu nieczystych zagrań Larsa von Triera) potwierdza żywotność tego rodzaju filmów, łącząc w sobie cechy dystynktywne caper movie z elementami sensacyjnej łamigłówki.

Zagadkę „Człowieka na krawędzi” inicjuje tajemniczy mężczyzna (oszczędny, choć sugestywny w swej roli Sam Worthington), który pod fikcyjnym nazwiskiem melduje się w nowojorskim hotelu, by po wystawnym śniadaniu w apartamencie na dwudziestym pierwszym piętrze skrupulatnie zatrzeć za sobą wszelkie ślady (zostawiając jedynie odręcznie napisany list) oraz wyjść na gzyms z domniemanym pragnieniem popełnienia samobójstwa. Prawdopodobieństwo wykonania skoku, do którego bez ogródek zachęca go gromadzący się na dole tłum gapiów, bohater uzależnia od natychmiastowego przybycia policyjnej negocjatorki, Lydii Mercer (przekonująca Elizabeth Banks). Próbując ustalić motywację enigmatycznego desperata, funkcjonariuszka policji odkrywa, że jest nim zbiegły z więzienia były policjant, odsiadujący wyrok za kradzież klejnotu należącego do wpływowego biznesmena, Davida Englandera (diaboliczny Ed Harris).

W filmie Asgera Letha wątek finezyjnej kradzieży oraz negocjacji z potencjalnym skoczkiem splatają się w intrygującą całość (aczkolwiek nie pozbawioną logicznych usterek oraz uroczo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności), oferując widzom przyzwoity poziom aktorstwa, dynamiczne tempo akcji, dobrze budowane napięcie oraz kilka (nie)spodziewanych zwrotów w rozwoju wydarzeń, uatrakcyjniających rozrywkowy charakter dzieła. Jednak w „Człowieku na krawędzi” – w którym tytułowa postać stanowi punkt przecięcia emocji oraz dążeń pozostałych bohaterów filmu, takich jak brat skoczka, Joey (solidny Jamie Bell) czy detektyw Mike Ackerman (trafnie obsadzony Anthony Mackie) – nie zabrakło również naskórkowych refleksji na temat społecznych konsekwencji gospodarczego kryzysu, mechanizmów sterowania zachowaniem tłumu czy tabloidyzacji mediów, uosabianych przez (dosłownie!) żądną krwi reporterkę, Suzie Morales (barwny epizod Kyry Sedgwick).

Dramaturgiczny koncept polegający na umieszczeniu bohatera na wąskim występie muru nie jest specjalnie odkrywczy – podobne rozwiązanie oferował ubiegłoroczny „The Ledge” Matthew Chapmana czy nowelowe „Oko kota” (1987) Lewisa Teague, w którym jeden z epizodów bazował na opowiadaniu „Gzyms” Stephena Kinga. Jednak jako całość „Człowiek na krawędzi” stanowi przykład dopracowanego pod względem estetycznym widowiska (okraszonego ambientową muzyką Henry’ego Jackmana), w którym kluczową rolę odgrywają sugestywne ujęcia Paula Camerona, mającego w swoim dorobku pracę przy „Kodzie dostępu” (2001) Dominica Seny czy „Człowieku w ogniu” (2004) Tony’ego Scotta. Pomimo dość chłodnego przyjęcia ze strony zachodniej krytyki, dzieło Asgera Letha sprawdza się jako niegłupia zabawa z gatunkiem, zapraszająca widza do wspólnego układania filmowych puzzli. Dlaczego nie?
„Człowiek na krawędzi” („Man on a Ledge”). Reżyseria: Asger Leth. Scenariusz: Pablo F. Fenjves. Obsada: Sam Worthington, Elizabeth Banks, Jamie Bell, Anthony Mackie, Ed Harris, Genesis Rodriguez, Edward Burns, Kyra Sedgwick, Titus Welliver, William Sadler. Gatunek: kryminał / sensacja. Produkcja: USA 2012, 102 min.