Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (203) / 2012

Katarzyna Szkaradnik,

„LUDOŻERCA”, KAPŁAN, EVERYMAN I PIEWCA ISTNIENIA – BIAŁOSZEWSKIEGO PORTRET ODCZUWALNY

A A A
„męczy się człowiek Miron męczy…” – aż nazbyt dobrze znamy to ze szkoły. „Człowiek Miron” jednakże nie męczy, chociaż daje czytelnikowi niezłą szkołę, pokazując, że być może Białoszewskiego – dziś przecież swego rodzaju klasyka – de facto nie znamy. Dodatkowo „biografia” ta (cudzysłów zaraz wyjaśnię) daje nam szkołę za sprawą nieprzejrzystej faktury: owszem, została precyzyjnie podzielona na 20 rozdziałów, lecz nie zachowuje porządku chronologicznego ani tematycznego, poddana meandrycznemu biegowi myśli autora. Tadeusz Sobolewski – w chwili poznania poety student polonistyki i debiutujący krytyk filmowy – nie ukrywa się za bohaterem swej książki. Nie tai, że podobnie jak wtedy, gdy należał do kręgu jego przyjaciół i „wyznawców”, tak też obecnie, prawie 30 lat po śmierci Białoszewskiego, poprzez niego poszukuje siebie; odsłania wprost autobiograficzne zaplecze owej fascynacji. Szczęśliwie jednak unika wykrzywienia perspektywy – na pierwszym planie bezsprzecznie pozostaje Mistrz Miron. Autor obiecuje sporo (wyznaje, że dopiero po jego śmierci zobaczył, kim Białoszewski „był naprawdę”), ale też ma świadomość karkołomności podjętego zadania. Powątpiewa, czy mógłby sądzić swojego guru teraz, skoro nie zdradził go za życia, z czego możemy wnioskować, iż będzie to obraz apologetyczny. Niemniej trudno brązowić kogoś, kto już dawno obnażył przed nami własne ułomności: „Białoszewskiego nie da się zdemaskować, bo on sam robił to w swojej twórczości niezliczoną ilość razy” (s. 123).

Stąd owa książka nie jest biografią sensu stricto – nie tylko dlatego, że mówi obszernie o szeregu osób z otoczenia głównego bohatera (jak wiemy, wokół „poety osobnego” przewijało się multum ludzi). Otóż sprawia wrażenie istnego kompendium na temat Białoszewskiego: po pierwsze – stanowi pendant do jego równolegle wydanego „Tajnego dziennika”, po drugie – zawiera sporo interpretacji jego twórczości, z których gros ma szansę stać się odczytaniami kanonicznymi. Napotykamy tu bowiem zgrabne, lakoniczne konstatacje; jak np. tę dotyczącą „Pamiętnika z powstania warszawskiego”: „A jednak żyje się, coś pichci na kuchence z cegieł, a nawet przeżywa duchowe uniesienia, pisze poematy na papierze kancelaryjnym znalezionym w rozwalonym biurze. Literatura występuje w swojej funkcji najbardziej pierwotnej, ocalającej. Białoszewski pisał pod bombami, tak samo jak później, (…) na stole reanimacyjnym, kiedy szukał słów, które udźwigną ciężar sytuacji, przezwyciężą lęk” (s. 27).

Oprócz interpretacji i wierszy czy krótszych próz Mirona znajdujemy w „Człowieku...” m.in. odwołania do „Tajnego dziennika”, wyimki z dziennika prowadzonego przez samego autora w latach 70., a także nawiązania chociażby do Junga, Kierkegaarda i Heraklita. Już na pierwszych stronach otrzymujemy zarówno anegdoty, jak i namysł nad całością dzieła Białoszewskiego. Właśnie z uwagi na ten bricolage kompozycja książki jest zagmatwana; nowe wątki pojawiają się często na zasadzie skojarzeń. Ale czy można postępować inaczej, podjąwszy się „zrozumienia walki, jaką przez całe życie toczył Miron: budował siebie, czerpiąc z innych, a jednocześnie siebie rozdając” (s. 172)?

Toteż autor proponuje nam bliższe poznanie ludzi związanych z Białoszewskim, aby spojrzeć na niego ich oczyma, jak również skonfrontować ich wizję rzeczywistości z tą, którą on opisywał (nie tylko na podstawie własnych spostrzeżeń, lecz także cudzych „donosów”). Wiele dowiadujemy się zatem o Leszku Solińskim („Le.”), jego współlokatorze i partnerze, dzięki któremu poznał wieś łemkowską, a w Żarnowcu pasał krowy, usiłując czytać „Dyla Sowizdrzała”; o Ludwiku Heringu („Lu.”) i jego grach z rzeczywistością; o „ludożerstwie” Mirona, czyli żywieniu się ludźmi i ich historyjkami (czego nigdy nie krył, utrwalając nawet pretensje o „natchnienia”). Ponadto Sobolewski cytuje listy Józefa Czapskiego i wspomnienia różnych osób, przywołuje też swoje rozmowy z malarką Ludmiłą Murawską (drugą „Lu.”). Na chwilę ożywa chora na raka płuc Baśka, którą Białoszewski uczył pisać, podczas gdy ona uczyła go umierać, oraz Jadwiga Stańczakowa – pod koniec życia powierniczka poety, której pomógł artystycznie przetworzyć utratę wzroku.

Oglądamy przeto „portret odczuwany” przez bliskich Mirona, a twierdzę, że odczuwalny zmysłowo również przez czytelników. Portret ten jednak w znacznej mierze zawarty już został implicite w jego wierszach i prozie: „Tworzy się na naszych oczach kolejnymi utworami, na kolejnych etapach życia. O krok wyprzedza swój stan intuicją zawartą w wierszu” (s. 217). Owe strzępkowe autoportrety oddziałują na następne pokolenia, co potwierdza rozmowa Sobolewskiego z licealistą piszącym o Białoszewskim na olimpiadzie polonistycznej. Trafna zdaje się uwaga autora „Człowieka Mirona”, iż dopiero współcześnie postrzegany jest on jako aktualny, inspirujący (o czym świadczy np. recepcja „Chamowa”) zarówno w młodzieńczym odczuwaniu świata, jak w antycypacji ponowoczesnej postawy i filozofii życiowej.

Na czym opierała się jego filozofia? Dużo w tej „biografii” napotykamy wzmianek o doznawanej przez poetę niezwykłości życia oraz podziwu dla jego „życiopisania” (i tego, że nie przyprawiło go o szaleństwo). Nie oznaczało ono wszakże upoetycznienia życia, lecz, jak bym to nazwała, udomowienie poezji. Przybliża się nam niebanalną „osobność” ówczesnego ekscentryka, abnegata i poniekąd surrealisty, który – uniezależniając się od rzeczy i izolując od napięć społecznych – axis mundi ustanowił we własnym pokoju, gdzie uprawiał „dziką świętość” i gdzie nawet pozornie bierny na swoim łóżku mógł napisać (cyt. za: s. 49): „mam spokój i leżeniowość nieskończoności”. Może to znamienne dla każdego dobrego poety, że dotykając teraźniejszości, trafia w to, co wieczne?

Sobolewski nie pomija znanych wątków biograficznych: w wyważony, lecz przekonujący sposób spogląda na homoseksualizm Białoszewskiego, pisze o jego podziwie wobec dawnych mistrzów muzyki, czy wreszcie o eksperymentach ze środkami stymulującymi, którymi poeta systematycznie rujnował swoje zdrowie. Wskazuje jednak głównie na autentyczność postawy Mirona i bezpretensjonalność nawet wówczas, gdy jego „pustelnię” odwiedzały takie sławy, jak Sartre czy Ginsberg. Opisuje uwarunkowania „apolitycznej autonomii” Mirona, będącego „wolnym mieszkańcem swego języka” – a właśnie wolności, przystani i akceptacji szukali na początku lat 70. młodzi, którzy utworzyli krąg przychodzący do niego na słynne „wtorki”. Poeta, sam spragniony przyjaźni, pilnował, by jego wielbiciele pozostali dobrymi odbiorcami sztuki, „nie zmieszczanieli”. Jak przyznaje Sobolewski, choć w obronie własnej tożsamości próbowali uwolnić się od jego uroku, wywarł na nich (a może i na zwykłych czytelników) wpływ niejako samoistnie: „Kiedy zaczynamy o nim mówić, mówimy jego językiem. Udało mu się przeciągnąć życie, z całym jego konkretem, na stronę mitu, tworząc opowiadanie o rzeczywistości, w którą chciałoby się wejść i w niej zamieszkać, tylko dlatego że on w niej żył i o niej opowiedział” (s. 123).

Co samemu autorowi dała ta zażyła znajomość? „Białoszewski pisze o sobie samym jak o kimś innym. Sens przygody, jaką było poznanie Mirona, polega więc nie na skupieniu się na nim czy na sobie, tylko na uwolnieniu się od siebie” (s. 42). Sobolewski stale podkreśla, że w twórczości Białoszewskiego chodzi o spotkanie z sobą samym jako innym (przypomina się oczywiście książka Ricoeura), o pogłębianie poczucie „ja”, by móc wyjść poza siebie – stąd paradoks egotysty solidarnego z innymi, który w obcym dostrzega bliskiego, siebie zaś ogląda z oddali. „Czytając w 1956 jego ody do pieca, podłogi, stołu, Miłosz nie widział, że Miron, pisząc o rzeczach, (…) poszukuje siebie, ponieważ wie, że »oglądane tworzy oglądającego«. Za pośrednictwem rzeczy zbliża się do siebie i oddala, odzyskuje i traci” (s. 238). Sednem okazuje się projekt siebie jako sobowtóra: rozdwojenie, a zarazem pragnienie pełni, wyzbycia się lęku oraz wstydu w związku z gorszym alter ego, przezwyciężenia dualizmów. Ostateczny wynik jest według Sobolewskiego pozytywny: twórczość autora „Oho” stanowi „świadectwo wewnętrznego wyzwolenia, uznania i ocalenia samego siebie” (s. 42).

„Człowiek Miron” to niewątpliwie gratka dla miłośników Białoszewskiego, a także dla wielbicieli inspirujących (ale nie sensacyjnych) biografii nasyconych refleksją egzystencjalną. Po jednokrotnej lekturze może jednak pozostać wrażenie „szumu” i „zlepu”, który nie układa się w żaden „ciąg”, toteż warto przeczytać tę pozycję raz od deski do deski, potem – na chybił trafił. Przecież cel jest jeden: „Poprzez pisanie chce [on] doprowadzić się do stanu, kiedy jego samego nie będzie już obchodziło, czy żyje. I w ten sposób odnajduje przejście na tamtą stronę, (…) chytrze kryje się w słowach, próbując »poodczuwać potencjalnie« to, »czego nie będzie czuł wtedy«, gdy jego wiersze, prozy, dzienniki, listy będą czytane” (s. 77).

A co odczuwa czytelnik tej książki? Może powinnam napisać, że „Miron” jednak męczy, choćby przez swą obszerność? Tylko jak ubrać życie, śmierć i twórczość – zwłaszcza równie przewrotne – w kilka słów? To potrafił chyba tylko Mistrz Miron, choćby w przywołującym ducha księdza Baki wierszu „Poeta w czasie reanimacji pisze tango dla Kici Koci zamówione przez nią pilnie o 3 dni wstecz w nastroju balowym”: „W mym półgrobie / Piszę Tobie / Zamówione tango // Póki żyłem / Nie zdążyłem / Teraz za to mam go”.

W „Człowieku Mironie” JEGO mamy na wyciągnięcie ręki, aczkolwiek nigdy go chyba nie „przyłapiemy”, gdyż skutecznie wymyka się zaszufladkowaniu. Nawet w swoim ostatnim wierszu zanotował: „jeszcze coś z czegoś wybieram / jeszcze się czają niemożliwości”.
Tadeusz Sobolewski: "Człowiek Miron". Znak. Kraków 2012.