Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (203) / 2012

Sławomir Iwasiów,

RANY

A A A
Opowieść Stiga Dagermana pod tytułem „Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech” zaczyna się w miejscu, którego niekoniecznie spodziewalibyśmy się po wojennej czy też powojennej narracji. Razem z autorem „zwiedzamy” (to słowo brzmi nieadekwatnie, ale tak jest w istocie – to przecież „podróż” dziennikarza) zrujnowane Niemcy, gdzie ludzie żyją w warunkach skrajnego ubóstwa i głodu. Dagerman był korespondentem szwedzkiej gazety (często mówi się o korespondentach wojennych, a tu mamy do czynienia z korespondentem powojennym); ponadto zasłynął jako autor kilku poczytnych powieści, sztuk teatralnych, wierszy – zginął śmiercią samobójczą tuż po trzydziestce (otruł się spalinami w garażu). „Niemiecka jesień” to jedno z najbardziej docenianych dzieł pisarza; wbrew podtytułowi, zawiera kilkanaście krótkich tekstów, które spaja obraz niemieckiej klęski i zapowiedź stopniowego wygrzebywania się z ruin. Elfride Jelinek uprzedza we wstępie do książki: „Nie mogę jednak powiedzieć, co tu jest napisane, dlatego że autor już to powiedział i nikt nigdy nie powie tego w taki sposób” („Niemiecka jesień”, s. 7). Na czym polega niezwykłość relacji szwedzkiego pisarza?

Jesienią 1946 roku głód osiąga w Niemczech rozmiary niewyobrażalne – autor stwierdza jednak, że mimo ekstremalnej okropności tej sytuacji jest w stanie wszystko wiernie odtworzyć. Pisze w tekście tytułowym („Niemiecka jesień”): „Lekarze, którzy opowiadają zagranicznym korespondentom, jak żywią się całe rodziny, twierdzą, że trudno opisać, co ludzie wkładają do garnka. Ale i to, tak samo jak ich egzystencję, da się opisać” („Niemiecka jesień”, s. 12). Oczywiście, Dagerman odwraca tutaj znaczenie powiedzenia, że „coś jest nie do opisania”. Dziennikarz powinien być zawsze przygotowany na obiektywne przedstawienie obserwowanych wydarzeń – jak okropne by one nie były. Łatwo w takiej sytuacji ześlizgnąć się w cynizm albo ironię: Dagermanowi to się jednak nie zdarza, być może dlatego, że zawsze pokazuje zdarzenia i postaci, które biorą w nich udział, z różnych punktów widzenia. Tak jest również z toposem niewyrażalności: Dagerman pokazuje różne „wersje” niewyrażalnego, sytuacje, których ten topos dotyczy. Pisze dalej: „Mięso niewiadomego pochodzenia, które w ten czy inny sposób udaje im się zdobyć, lub brudne jarzyny, Bóg jeden wie skąd wzięte, można opisać, są nad wyraz nieapetyczne, ale nieapetyczne daje się opisać” („Niemiecka jesień”, s. 12). Jakbyśmy „tego” nie nazwali – okropność, horror, niewyobrażalne – to wszystko, według Dagermana, jest „opisywalne”, bo przecież dzieje się, tu i teraz, w różnych sytuacjach. Nie ma tutaj mowy o niewyrażalności wojny – taką postawę wobec rzeczywistości Dagerman wyraźnie odrzuca.

Jeszcze inną wersję dałoby się wyczytać ze słów reportażysty: może to właśnie „dzięki” ekstremalnej okropności obserwowanych wydarzeń i trudnych (do wyobrażenia) losów ludzkich udało się nakreślić przekonujący portret „pokonanych”. Sprawa nie jest jednak prosta, ponieważ to nie zawsze są „pokonani” Niemcy (większość bohaterów książki nie brała udziału w działaniach wojennych) i trudno ich za cokolwiek winić. Za to, że byli podlegli władzy, albo za to, że tej władzy się nie przeciwstawili w odpowiednim momencie? Takie dylematy moralne napotykamy na każdym kroku u szwedzkiego pisarza; z takimi pytaniami, o prawdziwość, odpowiedzialność, honor, on sam musi sobie radzić.

Dagerman podejmuje wyzwanie przedstawienia cierpienia (z której strony ono pochodzi, kogo dotyczy, kogo dotyka bezpośrednio, a kogo pośrednio – to są kluczowe zagadnienia); natomiast trudno powiedzieć, żeby zajmował wyraźne stanowisko w kwestiach moralnych. Jelinek stwierdza we wstępie: „Dagerman jest źródłem, lecz nie takim, które tryska, raczej po prostu wypływa, bo inaczej nie umie” („Niemiecka jesień”, s. 9). Coś w tym jest – pisarz bez emocji odsłania kolejne obrazy zniszczenia i upadku wartości. Autor raczej wskazuje, że w ekstremalnych warunkach wyczucie moralne może być – jeśli w ogóle jest obecne – stępione, wypaczone, tutaj to słowo wydaje się odpowiednie – niemożliwe. Nie zawsze wiadomo, co będzie uznawane za słuszne czy właściwe. Dagerman porównuje: „Pytano Niemców w piwnicy, czy było im lepiej za Hitlera, a oni odpowiadali: tak. Jeśli zapytać tonącego, czy było mu lepiej, gdy stał na brzegu, odpowie: tak. Jeśli zapytać kogoś, kto głoduje, jedząc dwie kromki chleba dziennie, czy było mu lepiej, kiedy głodował przy pięciu kromkach, na pewno usłyszy się to samo” („Niemiecka jesień”, s. 15). Podczas lektury mogą się pojawić i takie wątpliwości: czy autor nie staje przypadkiem po niewłaściwej stronie? A gdzie znajduje się właściwa strona? Czy nie tam, gdzie są pokrzywdzeni?

Dagerman obserwuje zalane piwnice Kolonii, Hamburga, Frankfurtu i notuje: „Od ludzi, którzy dopiero co przecierpieli tę niemiecką jesień, żądano, by swoją niedolę traktowali jak nauczkę” („Niemiecka jesień”, s. 18). W takich momentach, kiedy pisze nie tylko o głodujących rodzinach i zrujnowanych miastach, ale także dotyka spraw społecznych, politycznych czy etycznych, „Niemiecka jesień” od reportażu przechodzi dość płynnie do eseju – aktualnego, z częstymi odwołaniami do sytuacji pisania, podkreślającego bardzo wyrazisty punkt widzenia autora. Dagerman nie tylko przedstawia fakty, ale też, przeważnie, „na miejscu” je interpretuje. O polityce na przykład pisze tak: „Przez całą jesień w różnych regionach Niemiec odbywały się wybory. Udział w nich był wprawdzie liczny, lecz aktywność polityczna ograniczała się do oddania głosu. Ze względu na panującą sytuację należy rezultat wyborów traktować z największą ostrożnością” („Niemiecka jesień”, s. 20). Polityczne analizy dotyczą (nie tylko w reportażu tytułowym, ale i w całej książce) przede wszystkim napięć między partiami i ich sympatykami. Jak to się stało, że wygrali socjaldemokraci? Czemu nie komuniści, obiecujący ludziom chleb? Dagerman rozstrzyga na gorąco: społeczeństwo chyba jednak obawiało się zbyt dużej ingerencji Rosji i wybrało, wbrew wszelkiej logice, „bezpieczny” głód.

Oprócz polityki, tematem, który od początku przykuwa uwagę, są miasta – obserwowane w niezwykłych okolicznościach. Trudno powiedzieć o zbombardowanych i spalonych Hamburgu, Essen czy Hanowerze (albo jakimkolwiek innym dużym ośrodku w Niemczech), że wciąż są „wielkimi” miastami. W tekście „Ruiny” Dagerman przedstawia charakterystyczny obraz miejski: „Przed budynkiem dworca w Hanowerze król Ernest August siedzi na ostatnim tłustym koniu w całych Niemczech, praktycznie jedynym, który ostał się w mieście, gdzie mieszkało niegdyś czterysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi” („Niemiecka jesień”, s. 23). Z kolei: „Essen straszy upiornym widokiem nagich, marznących żelaznych konstrukcji i rozszarpanych fabrycznych murów” („Niemiecka jesień”, s. 23). A: „W Kolonii trzy mosty na Renie zawaliły się już dwa lata temu, a katedra stoi ponuro i samotnie pośrodku zwałów ruin z raną ze świeżej czerwonej cegły w boku, która o zmierzchu wygląda, jakby krwawiła” („Niemiecka jesień”, s. 20–21). Czasami przerysowane uosobienie miast i ich swoistych przestrzeni (jak pomniki i budynki) zwraca uwagę na „rany”, jakich doznały Hanower, Essen czy Kolonia. Miasta też krwawią i należałoby je traktować – podobnie jak ludzi – ze współczuciem i szacunkiem. Historię opowiadają zatem nie tylko ludzie, ale też miasta – także i tę stronę „niemieckiej jesieni” Dagerman przedstawia przekonująco. Miasto jako (przypadkowa) ofiara? Chyba tak można interpretować „rany” zadane murom. Wojna poczyniła ogromne spustoszenie i to, co do niedawna mogło uchodzić za symbol nowoczesność, teraz, tuż po wojnie, wygląda jak pustynia: „Kolejka jadąca normalną prędkością przemierza to rozległe pustkowie w ciągu kwadransa i przez ten czas ani ja, ani mój milczący cicerone [Dagerman podróżował przez Niemcy, jak wynika z narracji, między innymi z przewodniczką – przyp. S.I.] nie dostrzegliśmy przez okno żywej duszy w niegdyś najgęściej zaludnionej części Hamburga” („Niemiecka jesień”, s. 25). Autor pisze, że każdego obcego zdradza zainteresowanie tymi „postapokaliptycznymi” widokami – autor „przybliża” je czytelnikom poetyckimi opisami. Poetyckość narracji (nagromadzenie metaforyki związanej z cierpieniem, ranami, śmiercią) pojawia się właśnie przy opisach miast i raczej nie jest obecna w innych wypadkach (o ludziach, jak w powyższych przykładach, Dagerman pisze „obiektywnie”, bez wyraźnego nagromadzenia środków stylistycznych). Pozostaje po lekturze tych opisów zranionych miast pytanie: czy zniszczone miasto wciąż jest miastem? A jeśli tak, to dlaczego? Ponieważ ma określoną nazwę? Hanower, jak widać, nie jest tym samym Hanowerem – wyludnił się, zmalał, skruszał. Może to „byłe miasto”? Rozpad to jeden z motywów przewodnich „Niemieckiej jesieni” – tak samo dotkliwy zarówno dla ludzi, jak i dla ich otoczenia.

Trudno czytać tę książkę, nie zadając sobie tych wszystkich pytań, które krążą wokół pojęcia wojny. Kto jest zwycięzcą? Jak sądzić winnych? Komu należą się odznaczenia? Dagerman zdradza czasami sympatię dla punktu widzenia, który nazwałbym „socjalistycznym” (nie jestem przekonany, czy to określenie jest tak samo odbierane, jak mogłoby być odbierane tuż po wojnie – wtedy pojęcie „walki klas” miało inne znaczenie). Autor pisze w jednym z reportaży („Tort biedaka”), że wprawdzie angielskie bomby nie wybierały sobie, kogo chcą zniszczyć, ale na pewno nie zniszczyły kont bankowych („Niemiecka jesień”, s. 38). Są zatem tacy, którzy, mimo wszystko, ucierpieli bardziej – najbiedniejsi. Nie znaczy to jednak, że mają prawo do wszystkiego, do podłości, niegodziwości, sprzedajności.

W tekście „Sztuka upadania” zaglądamy z Dagermanem do Berlina (na marginesie jestem ciekaw: czy nie korciło go, żeby „zajrzeć” do Polski?), gdzie przy życiu trzyma ludzi świadomość o tym, że... nie mają za co umrzeć. „Ale jest też zadziwiająco wielu takich, którzy są skłonni pójść na wszystko, byle tylko przeżyć” – zauważa autor („Niemiecka jesień”, s. 43). Z lektury tych reportaży wyciągniemy chyba i taki wniosek: nie można stawać w obronie tych, którzy obmyślili plany wymordowania całych narodów, ale też (a nawet bardziej) nie wolno być obojętnym wobec jakichkolwiek przejawów niesprawiedliwości, okrucieństwa, braku poszanowania praw człowieka.
Stig Dagerman: „Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech”. Wstęp: Elfride Jelinek. Przeł. Irena Kowadło-Przedmojska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012 [seria: Reportaż].