Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (203) / 2012

Marzena Boniecka,

ŻYCIE CHORE ZE SŁÓW

A A A
Pusto-stan


Tomik opowiadań „Płaski koń” Sandry Szczepańskiej to zbiór mikronarracji – dziwnych, trudnych, ale pozostawiających niedosyt. I właśnie ów brak staje się uczuciem „transkontynentalnym” łączącym czytelnika i tekst. Kosmicznym głodem zrozumienia treści, które pozostawiają sporą dozę wątpliwości. Począwszy od charakterologicznie niejasnych, męsko-żeńskich postaci tworzących w efekcie niespójny obraz siebie. Postaci wyblakłych jak fotografie. Na przemian opowiadających poszczególne historie, tworząc osobliwą rozmowę, dialog. Ale czy na pewno?

Tutaj nic (wbrew pozorom) nie jest oczywiste. Powodują to znakomite gry słowne, rozbijające łatwe, powszechne skojarzenia jak: „W mieszkaniu pełnym rododendronów dojrzewają nasze zachwyty. Nikt, oprócz zakochanych much, nie chciałby obok nas usiąść” („Płaski koń”). Co więcej przeżycia ludzi wtłoczone zostają w fakturę, osobliwość szczegółu i przedmiotów. Tak też na „złotej apaszce” zapisało się wspomnienie dziewczyny, „jedynej takiej w zakładzie, która wcale nie chciała wyzdrowieć” („Apaszka ze złotą nitką). Wydaje się, że wszystkie postacie naszkicowane przez Szczepańską są jak mgła, niewyraźny dźwięk. Słychać je, lecz nie widać ich zbyt dobrze. Dzieją się na „granicy trzeźwości”. Wegetując, przypominają powietrze, wpółżywe cienie, ulotne koszmary. Teksty przenika świadomość końca realizującego się „tu” i „teraz” w ludziach martwych za życia. Stąd jedyna możliwa relacja to dystans – także (a może przede wszystkim) pomiędzy treścią a czytelnikiem. Nie ma lekarstwa na pustkę, jeśli pustka jest we mnie, jeśli pustka jest mną. „Czym mieniłem się w obliczu Febry?” – pyta jeden z bohaterów tomu, by zaraz samemu sobie odpowiedzieć: „Zapewne odcieniami siniaków, bezznaczeń i obietnic”(„Febra”). Febra to nazwa baru, jednak w kontekście całości oraz poruszanych przez autorkę wątków odsyła do czegoś jeszcze. Choroby. Niewyobrażalnego ataku zimna. Niepowstrzymanego niczym (alkoholowego?) delirium. Dreszczy. Złagodzić je może ciężar i ciepło cudzych ciał. Tyle że nie ma tu nikogo, więc chłód przyjmuje stan naturalny. Ta perspektywa od wewnątrz promieniuje i kształtuje rzeczywistość dookoła. Brak istnieje na tyle intensywnie, że zużywa zapasy energii, pozostawiając suchość skóry i kości. „Na ostatnim Rynku Wodnym w Febrze sprzedałem swoją nadzieję. Jak każdy człowiek, w siedemdziesięciu trzech procentach składała się z wody” („Febra”). Nadzieja jak woda wyschła, opuściła ludzi. Płaskich jak papier.

Bezdomność

Fragmentaryczność obrazów (charakterystyczne graficzne wydzielenie akapitów), poetyckość języka podbudowana filozoficzną refleksją przypomina literacką estetykę utworów Debory Vogel – zwłaszcza tę prezentowaną w tomie „Akacje kwitną”. Choć pozornie opowiadania Szczepańskiej odznaczają się logicznym porządkiem i fabularnym rytmem, to sączy się z nich bezmiar oraz nicość: „siedzimy nigdzie, pijemy nic” („Apaszka ze złotą nitką”). Rozmywa się przestrzeń, tworzą się nieostre kształty ulic i miejsc: „Na piecu płowieje szarlotka. Wypływają z niej jabłka, kapią na blachę, blacha syczy, piec rumieni się, pogrzebacz rozpada. Stara gazeta z wyrokiem truchleje, porzucona szmata zajmuje się bez reszty. Kuchnia płonie porannym rumieńcem” („Koncert przeciwko skrzypcom”). Wszystko klei się do siebie, zastyga i babra w surrealistycznej masie. Poza przedmiotami kronikę ludzkich niedomagań współtworzy miasto. Przepełnione sennym, szarym klimatem rozmywa, upłynnia wszystko, co znajduje się w jego zasięgu. Tutejsi mieszkańcy zrastają się z jego oddechem, poszukując schronienia w ciemnych i ciężkich murach zakładów czy fabryk. Tak jak w przypadku złotej apaszki, „uczłowieczone” mury składają się na tożsamość jednostki. W nich kształtuje się osobowość „ja”. Człowiek sam dla siebie nie jest żadnym punktem odniesienia. Stąd też upadek starego, przemysłowego kombinatu na oczach bohatera grozi jego wewnętrznym i zewnętrznym rozpadem. Egzystencjalną bezdomnością. Bowiem świat w tekstach autorki to osierocona przestrzeń. Dom – tymczasowy, prozaiczny, zastępczy. Będący nim i nie-nim jednocześnie, ale łudzący bezpieczeństwem: „Może jednak mogłem tutaj zbudować swój dom, ale czy potrafiłbym w nim zamieszkać? Może to właśnie tutaj mogłem być na swoim miejscu, mogłem mieć miejsce na wszystko” („Kombinat”). Opuszczone budynki przyciągają do swego wnętrza równie opuszczonych ludzi. Niektóre, jak ten z opowiadania „Pomówienie”, przypominają grobowiec, w którym jeden z bohaterów odnajduje dzieci: „nieważne, zupełnie niczyje i często nijakie”. Dzieci zjawy „wyblakłe i odrzucone, odurzone rzeczywistością i odrażająco kalekie” („Pomówienie”). Równie nierealne co rzeczywistość. Równie niemożliwe jak bliskość czy szczęście. Sytuacje z pogranicza jawy i snu budzą czytelniczy niepokój. Wywołują dziwne wrażenie, że tekst uruchamia nasze własne głęboko skrywane lęki i koszmary.

Bezdomność posiada w narracjach Szczepańskiej jeszcze jedno bardzo ważne znaczenie. Stanowi objaw porzucenia w języku. Poharatana egzystencja postaci wynika więc z niemożności opowiedzenia siebie, o sobie. Sens, jak wszystko inne, uległ zużyciu. Upada wiara i komunikacja, pogłębiając samotność. Jednak paradoksalnie to jedyne uczucie spajające rzeczywistość opowiadań autorki, w których mówi się również o końcu poezji. Tytułowy „płaski koń” staje się wówczas metatekstową opowieścią. Współczesnym Pegazem wyczerpanego źródła lub papierowym, słownym tworem wyobraźni, jakąś dziecięcą historią osładzającą trudne dni. (Relacje rodzinne, a zwłaszcza figura ojca-despoty stanowią osobny, niezwykle ciekawy wątek). Abstrakcją, wariacją jak czas na obrazie Salvadora Dali. Jednak może być – całkiem przewrotnie – również metaforą wyższych pragnień, podświadomym uczuciem, przeczuciem czegoś nowego... Choć ostatecznie czytamy: „W końcu pęka jakaś błonka i koń znika jak nieporozumienie” („Płaski koń”).
Sandra Szczepańska: „Płaski koń”. Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Rita Baum” 2011.