Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (204) / 2012

Roman Lewandowski, Paweł Korbus,

CHODZI MI O EMOCJE, DRESZCZ I MOTYLE W ŚRODKU

A A A
Roman Lewandowski: Jesteś performerem, aktorem, scenografem, a jednocześnie zajmujesz się także sztukami wizualnymi. To dość duży rozrzut. Skąd bierze się tak szerokie spektrum twojej działalności artystycznej?

Paweł Korbus: Właściwie robię wciąż to samo, bo przecież teatr, performance, sztuki wizualne to tylko różne formy i różne narzędzia. Nie uznaję granic między gatunkami sztuki i nie lubię się ograniczać. Poza tym nie pracuję w teatrze dramatycznym, lecz w miejscu (Teatr Chorea), gdzie zawsze chodziło o łączenie i wiązanie różnych aktywności. Teatr Chorea to trójjednia słowa, muzyki i gestu. Intensywnie pracujemy nad tymi wszystkimi elementami, a ja dołączam do tego jeszcze inne dziedziny wizualne. To się nawzajem przenika i łączy. Nie jestem kimś innym w teatrze a kimś innym w galerii. Chodzi mi o emocje, o wyrażanie, szukanie sensów i oczywiście o ten dreszcz i motyle w środku, które na szczęście czasem się pojawiają, mam nadzieję, że nie tylko u mnie.

R.L.: Czy uważasz, że w sztuce ważniejsze jest to, co artysta chce sam przekazać od siebie i o sobie, czy też winien on artykułować to, co dotyczy większości ludzi?

P.K.: Ważniejsze jest, by mieć w sobie poczucie wolności, swobody i robić to, co się lubi. Czasem marzy mi się praca na złomowisku albo bycie kierowcą. To nie jest gorsze… Dajmy sobie przestrzeń, aby się realizować.

R.L.: W twojej wystawienniczej realizacji w słupskiej Baszcie Czarownic odwołujesz się do historii tego miejsca na bardzo subiektywnym poziomie. Baszta – siłą rzeczy – jest związana z historią przemocy i ty na tej wystawie także pokazujesz futra zwierzęcego pochodzenia. Nie chodzi tu tylko o przemoc wobec ciała i nie tylko wobec człowieka… Naturą – zarówno florą i fauną – jak zapewne pamiętasz, zajmował się wcześniej Beuys. Czy uważasz, że tego typu sztuka jest dzisiaj ponownie światu potrzebna? I czym są dla Ciebie eksponowane w baszcie futra?

P.K.: Historia człowieka to w pewien sposób historia przemocy fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. Natura jest też okrutna… a ja nie obrażam się na rzeczywistość. To gdzieś zawsze będzie wypływać i nie zmienimy tego w całości, ale też można zadać sobie pytanie, jak my sami się w tym odnajdujemy, każdy z nas z osobna? Użyłem skór i futer z nutrii jako reprezentacji taniego szyku, odniesienia do przebrzmiałej mody, ale też okropności i obciachu. Opowiadałem o tym różnym ludziom i często krzywili się bądź wzdrygali. Te zwierzęta nie są już groźne, bo są przecież martwe. Można te futra głaskać po sierści jak oswojone koty czy psy. To zresztą dla niektórych jest przyjemne. Skóry są ciepłe na zimę, choć wszyscy wiemy, że zabijanie zwierząt jest okrutne. Ambiwalencja i praca na ludzkich odruchach jest moim tematem… Chciałbym przez to przebić się do świata większej równowagi, gdzie „wszystko” i „nic” jest naraz, gdzie można czuć się swobodnie, nie napiętnować i nie być napiętnowanym.

R.L.: Czy jest – według ciebie – jakaś artystyczna receptura i sposób postępowania wobec zjawisk przemocy i wykluczenia zachodzących we współczesnym świecie?

P.K.: Może jakieś ogólnoświatowe ćwiczenia relaksacyjne albo medytacja… ( śmiech) Może wystarczy częściej uśmiechać się, patrzeć na siebie bardziej życzliwie, słuchać i próbować zrozumieć innego, śmiać się, płakać, jeśli są powody. W teatrze Grotowskiego była taka piękna idea – idea spotkania…

R.L.: Poza działaniami stricte artystycznymi zajmujesz się także teatrem. Co daje ci ta działalność i czy możesz ją w jakiś sposób powiązać z tym, co pokazujesz na słupskiej wystawie?

P.K.: Czasami myślę, że jestem artystą ciała. W teatrze mam na co dzień bardzo intensywny trening fizyczny, wzajemnościowy, trening mocnego „bycia” – nie tylko na scenie, ale i poza nią. Nie chodzi o grę, ale o rodzaj doświadczania. Uruchomione ciało inaczej wygląda, inaczej myśli, jest w nim jakaś intensywność. Lubię być w akcji, lubię być w pełni, w zdarzeniu sztuki, lubię być w kontakcie. Na wystawie w Baszcie Czarownic też jestem.

R.L.: Jakie są twoje najbliższe plany i czy chciałbyś jeszcze kontynuować niektóre z wątków i tematów, jakimi zająłeś się na swojej wystawie w Słupsku?

P.K.: „Wszechniewiem, wszech nutria, wszech nic” w Słupsku to dla mnie początek, a droga do NIC jest daleka. Można będzie mnie spotkać w Łodzi, Warszawie, Lublinie, w pracach teatralnych i artystycznych. Mam nadzieje gościć też w Słupsku i Ustce, bo to miejsca szczególnie mi przyjazne.

Rozmowa pierwotnie została opublikowana na stronie Bałtyckiej Galerii Sztuki.