Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (204) / 2012

Grzegorz Krzymianowski,

DRYBLUJĄC PRZEZ GRANICĘ

A A A
Na organizowanych w Polsce i Ukrainie Mistrzostwach Europy w piłce nożnej (co by o samym futbolu nie sądzić, wydarzeniu dla Polski wyjątkowym, przy którym nasza unijna prezydencja to doprawdy błaha sprawa, bo z całą pewnością doczekamy się jej szybciej niż kolejnej takiej imprezy) starają się zbić kapitał wszyscy, od polityków po organizacje w rodzaju Femen. Nic więc dziwnego, że z okazji postanowiło skorzystać też wydawnictwo Czarne, które zafundowało nam książeczkę o tytule, który nie pozostawia wątpliwości co do jej zawartości: „Dryblując przez granicę. Polsko-ukraińskie Euro 2012”.

Prawdę mówiąc — wybaczcie Państwo osobisty ton — odnosiłem się do tej lektury z rezerwą. Kiedy bowiem intelektualiści zaczynają rozprawiać o futbolu, zwykle mówią po prostu od rzeczy. Przykładem niech będą choćby wystąpienia kilku pań z tytułami naukowymi, znanych nade wszystko z perfekcyjnej umiejętności koncentrowania na sobie uwagi i wypowiadania się na dowolny temat, które zbliżające się Mistrzostwa Europy wykorzystały jako sposobność do przypomnienia się szerszej publiczności. Magdalena Środa i jej akolitki, bo o nich tu mowa, traktują piłkę nożną jako substytut męskiej potrzeby rywalizacji i symbol samczej dominacji nad światem i obawiam się, że akurat pod względem stosunku do sportu znalazłyby wspólny język z mnóstwem osób, z którymi zwykle obstrzeliwują się zza ideologicznych barykad. Współczesny polski inteligent ma bowiem głęboko zakorzenione przekonanie, że sport ogólnie, a piłka nożna w szczególności to rozrywka gminu, tłuszczy, motłochu czy jak by tam jeszcze nazwać tę ciemną masę zdzierającą gardła na stadionach. Nie jest to oczywiście postawa, której nie dałoby się zrozumieć. Polski inteligent — czy to, co z niego zostało — stłamszony przez popkulturę i upokarzany na każdym kroku ekonomicznie, o ile nie funkcjonuje w jakiejś twierdzy wzniesionej przez sobie podobnych, ma bez liku okazji, by odczuć pogardę otoczenia; analogiczny stosunek do masy jest więc reakcją obronną, zupełnie dobrze uzasadnioną psychologicznie.

Szczęśliwie zbiór tekstów wydanych przez Czarne został pomyślany nie jako inteligencka rozprawa z sensem czy bezsensem sprzeniewierzania publicznych funduszy na rozrywkę dla zgrai oszalałych samców, ale spojrzenie z boku na główne areny nadchodzących Mistrzostw Europy. Choćby dlatego — mimo pewnych rzucających się w oczy usterek — „Dryblując przez granicę” broni się samo, zwłaszcza że Czarne pozostało wierne swojej głównej linii programowej i skompilowało zbiór tekstów reportażowych. Bo w gruncie rzeczy to nie futbol jest pierwszoplanowym bohaterem tej pozycji; na plan pierwszy wysuwają się miasta, w których stanęły wzniesione specjalnie na Euro stadiony, te współczesne katedry dla szukających substytutu religijnych przeżyć mas. Większość pisarzy potraktowała opisywane przez siebie miejsca jak labirynty— historyczne, geograficzne, a nade wszystko futbolowe — po których prowadzą czytelnika. A ponieważ wydawnictwo do współpracy zaprosiło takich specjalistów od robienia w języku, jak Jurij Andruchowycz, Marek Bieńczyk, Paweł Huelle czy Serhij Żadan, to w ramach indywidualnych przygotowań do polsko-ukraińskiego Euro warto sięgnąć po tę pozycję.

Rzecz jasna, z tekstami pisanymi do okolicznościowych antologii jest pewien problem — jedne są lepsze, a drugie gorsze, powstanie tych pierwszych da się uzasadnić czynnikami pozaekonomicznymi, tych drugich zaś raczej nie. „Dryblując…” się od tej zasady, niestety, nie uchyliło. Szkoda, że wydawca zdecydował się na wybór autorów — zwłaszcza polskich — wedle klucza geograficznego, tak by o każdym mieście-gospodarzu pisał ktoś z nim związany. Co prawda Marek Bieńczyk to uznany koneser wina i futbolu, ale już zaangażowanie w ten projekt Nataszy Goerke wydaje się kompletnym nieporozumieniem — tekst, który wyszedł spod pióra znanej pisarki, „Piłka nożna a sprawa polska” (nawiązujący zresztą przewrotnie i autoironicznie do „Przedwiośnia” Żeromskiego i słynnej rozprawy „Słoń a sprawa polska”), naprawdę udowadnia, że zasada parytetu nie zawsze uzasadnia się sama przez się. Sama autorka „47 na odlew” nie ukrywa, że o futbolu nie ma bladego pojęcia, więc jej wysiłki idą w stronę bardzo ogólnych konstatacji na temat natury Polaków, natury poznaniaków i niedoborów polskiej architektury. Co gorsza, podawane przez nią informacje trącą banałem rodem z Wikipedii, zwłaszcza wtedy, gdy autorka — najwidoczniej niesiona lekkim poczuciem winy — usiłuje nawiązywać do futbolu i przedstawia poznańskie kluby, Wartę (ze szczególnym uwzględnieniem pięknej i operatywnej prezeski) oraz Lecha. W porównaniu z polską autorką Natalka Śniadanko, reprezentantka kobiet ukraińskich, wypada więcej niż ciekawie. Mimo że również przyznaje się do ignorancji futbolowej, to funduje nam zabawny i sympatyczny wykład z prahistorii piłki, przedstawiając choćby przebieg pierwszego meczu rozegranego we Lwowie w 1894 roku.

W ogóle uderza różnica w podejściu do zadanego tematu autorów polskich i ukraińskich. O ile ci pierwsi jakby się trochę swojego zainteresowania piłką wstydzili i sam futbol starają się obejść bokiem, zajść z ukosa albo, jak zrobił to Bieńczyk, po postu oddają głos innym, tak by nikt nie mógł posądzić ich o zbyt poważne traktowanie sportu, to Ukraińcy, zwłaszcza Andruchowycz i Żadan, wyraźnie organizują swoje teksty wokół własnych piłkarskich fascynacji. Może dlatego sprawiają wrażenie lepiej zorientowanych w naturze futbolu — nie kryją się za opowieściami, są w nich, wraz ze swoją pasją i pamięcią. Zaskakuje też, z jakim zrozumieniem podchodzą do całej okołomeczowej otoczki futbolu, która w polskim intelektualiście budzi zwykle absolutną grozę: „Wojny kibiców są chyba najuczciwsze. W każdej z nich można doszukać się przyczyn i trudno prognozować skutki. Wojny te nie zakładają totalnej likwidacji przeciwnika, raczej dążą do jego sytuacyjnego poniżenia. Każda z nich jest wewnętrznie umotywowana i nieunikniona. Chociaż z boku, z sąsiednich trybun, czasami trudno zrozumieć przyczyny tych heroicznych zmagań oponentów. Trzeba być częścią tego systemu, by dostrzegać wszystkie podwodne prądy” (Serhij Żadan).

Dlatego ukraińska część „Dryblując przez granicę” będzie dla zainteresowanych tematem dobrą okazją do poznania zarówno skomplikowanej historii futbolu naszych sąsiadów, jak i jego strony socjologiczno-politycznej, od której na Ukrainie uciec nie sposób. I choć teksty polskich autorów wydają się bardziej zróżnicowane, a pod względem literackim są może nawet bardziej ambitne (np. „S-L-A-S-K” Piotra Siemiona to chyba najlepszy literacko moment tej książki), to z punktu widzenia futbolowego entuzjasty (a nie podejrzewam, by ktokolwiek inny po to wydawnictwo sięgnął) w tym rozegranym na ponad 200 stronach meczu minimalne zwycięstwo należy się jednak naszym sąsiadom.