Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (204) / 2012

Piotr Gorliński-Kucik,

ENCYKLOPEDIA MELANCHOLII

A A A
Gdyby początkujący adept wiedzy o literaturze czy kulturze, zapytał mnie o lektury odnoszące się do kategorii melancholii, odpowiedziałbym – nie tylko ja zresztą – jednym tchem: „Freud, Kristeva i Bieńczyk”. To oczywiście niezbędne minimum, punkt pierwszy na długiej liście lektur. Czemu akurat taki zestaw tekstów? Freud prezentuje klasyczne podejście psychoanalityczne, Kristeva znacznie wyraźniej zmierza w stronę kultury, natomiast Bieńczyk… No właśnie: na czym polega fenomenalny sukces książki „pierwszego polskiego melancholika”? A dowodem na ów sukces jest między innymi drugie wydanie „Melancholii” – absolutna konieczność w sytuacji, w której wydanie pierwsze jest praktycznie niedostępne: w drugim obiegu osiąga ceny zawrotne, a egzemplarze biblioteczne są dosłownie zaczytane.

Wydaje się, że sukces tej książki polega między innymi na tym, że przyciąga ona swoją niejednorodnością, że nie da się jej jednoznacznie określić. Jest i nie jest zarazem podręcznikiem, esejem, narracją. Opowiadającym jest melancholik, który w podróż zabiera (uwaga: projektowanie czytelnika!) także melancholika. A cóż to za podróż? Podróż w przestrzeni i w czasie zarazem, podróż przez kraje, epoki, książki i obrazy. W eseistycznym stylu Bieńczyk prezentuje imponującą wiedzę erudyty.

Zaczynamy od Baudelaire'a (to z jego „Łabędzia” pochodzi podtytuł: „O tych, co nigdy nie odnajdą straty”) i od lamentu nad miastem, które podlega ciągłej zmianie. Źródłem melancholii może być wszak także historia. Francuski poeta zapowiada przejście od żałobnika (który godzi się ze stratą) do melancholika (któremu nigdy się to nie uda). Nic dziwnego, że w książce Bieńczyka najczęściej przywoływany jest mimo wszystko Freud; autor „Tworków” krąży wokół jego pojęcia melancholii, rozkłada je na czynniki pierwsze i każdy wzbogaca o cenne konteksty.

Częstym gościem jest też Kierkegaard, którego rozważania przynoszą z kolei kategorię powtórzenia, tak ważną dla tej książki. Jest też, rzecz jasna, Krasiński, jest również Borges, do tego zaś, w pewnym sensie, Kartezjusz – bo podmiot melancholijny to podmiot anty-kartezjański: „im więcej myślę, tym mniej jestem”. Nie brak w końcu spojrzenia historycznego – choć oczywiście podanego nam w porządku niechronologicznym. Niekorzystny wpływ czarnej żółci zdiagnozowano wszak już w starożytności, próbowano rozwiązać w średniowieczu. Najpierw melancholię traktowano jako przypadłość fizjologiczną, następnie jako kwestię astrologiczną – to Saturn okazał się planetą melancholii.

Czy tytułowa bohaterka książki pojawia się wyłącznie pod osłoną nocy? Niekoniecznie, bowiem na słonecznym południu występuje w formie acedii – słonecznego demona kuszącego lenistwem. Psychologia nazwie go apatią, a teolodzy groźnym dla mnichów wypaleniem religijnym. Nieobce są Bieńczykowi również i marginesy melancholii: wspomina o ironii i humorze, które są odgrodzeniem cierpiącego od świata – ale w efekcie zamykają go w klatce ze samym sobą (wspomnijmy w tym miejscu szydzącego ze świata Hamleta). Melancholia graniczy też z wybujałym erotyzmem (tu z kolei na myśl przychodzi von Trier i jego „Antychryst”). Acedia to bowiem nie tylko „atrofia woli”, to także przecież „perwersja pragnienia”. Ileż na stronach „Melancholii” spotykamy masek podstępnego demona…

Nie chcę pisać o stylu „Melancholii”, ale czyż książka ta nie jest napisana tak, jak piszą melancholicy? Pełna jest enumeracji, pseudonimów, masek, powtórzeń… Po jej stronicach krąży ogarnięty czarną żółcią człowiek w kapeluszu (przypomnijmy sobie zdjęcie Bieńczyka z pierwszego wydania), który przegląda się w lustrach lub witrynach sklepowych (bowiem melancholik ma coś w sobie z narcyza) i popija wino (koniecznie Pomerol, rocznik 1989). Także i czytanie „Melancholii” jest jak krążenie po labiryncie. Choć przywołany zostaje ogrom definicji, określeń, opisów, rozróżnień, a Bieńczyk konstruuje swoją encyklopedię melancholii konsekwentnie, rozdział po rozdziale, ostatecznie nie dookreśla on swej tytułowej bohaterki. Czy da się w ogóle da zrobić? Nie, to po prostu „nic, które boli”.

Być może sukces tej książki – o ile słowo „sukces” jest tu w ogóle słowem odpowiednim – leży właśnie w jej naturze. W istocie, lektura „Melancholii” jest krążeniem po labiryncie, ciągłym powrotem i niemożnością osiągnięcia powtórzenia. Bieńczyk pokazuje nie tylko intelektualną dojrzałość estetyki smutku, ale także urzeka swą własną melancholią. Być może pisanie o „niczym, które boli” dobrze udaje się tylko tym, którym owo „nic” się przytrafiło, którzy zmuszeni są pisać atramentem czarnej żółci? I właśnie za pomocą pisma próbują je oswajać – oczywiście, bezowocnie. Chociaż tylko pozornie bezowocnie, bo oto książka „O tych, co nigdy nie odnajdą straty” jest takim właśnie – dziwnie pięknym – owocem.
Marek Bieńczyk: „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty”. Wyd. 2. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012.