Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (204) / 2012

Magdalena Piotrowska-Grot,

CZYTAĆ… PRZY LAMPCE

A A A
Wszelkie opinie o znacznym wpływie wina na kulturę i historię wydają się już wypłowiałą, zużytą frazą. Trunek ten towarzyszy wielkim upadkom i wspaniałym zwycięstwom, rozpaczy i uniesieniom, żądzy i przyjaźni. Zdaje się nawet, iż napój bogów i biesiadników na dobre zadomowił się nawet na polskich stołach, które stereotypowo kojarzą się raczej z trunkiem zdecydowanie bardziej – nomen omen – przezroczystym i procentowo bogatszym.

Tak naprawdę jednak wino cały czas kryje swoje tajemnice na dnie starych beczek. Jest zmienne, kapryśne, wybredne, raz wpływa na spożywającego pozytywnie, innym razem potrafi zbudzić uśpione demony… W jego głębokim smaku i zapachu jest coś, co sprawia, że sposoby jego wytwarzania są po dziś dzień (i będą na wieki) skrupulatnie studiowane, a prawdziwi znawcy na zbliżenie się do istoty wina potrafią poświęcić życie.

Różności
„Kronik wina” i „Nowych kronik wina” nie można właściwie polecić komuś, kto chciałby na ich podstawie zacząć kolekcjonować czy tym bardziej zawodowo degustować wino, tudzież próbować otworzyć własną winiarnię lub wręcz winnicę. Z drugiej strony każdy, kto wchodzi z tym wyjątkowym, tajemniczym napojem w jakiekolwiek stosunki, powinien niezwłocznie przeczytać książki Marka Bieńczyka. Pierwsza z kronik zdaje się znacznie bardziej profesjonalnym przewodnikiem po świecie win, wiele tu nazw i charakterystyk, informacji o uprawach, owocach, z których dane wino powstaje – wszystko oczywiście wpisane jest w anegdotyczną, humorystyczną formę eseju. To właśnie owa forma stanowi esencję obu omawianych książek. Nawet ktoś, kto nie interesuje się winem, a nawet go nie pija, może z powodzeniem odnaleźć przyjemność w lekturze Bieńczykowych „Kronik”. Należy jednak zaznaczyć, że autorski kunszt Bieńczyka niewiele wspólnego ma z tyleż przemyślaną, co wysubtelnioną, trzymającą się ścisłych reguł i przesyconą wyszukanym słownictwem formą – polega on w moim odczucie na czymś zupełnie odwrotnym. Trudno to właściwie wyjaśnić, ale czytając zgromadzone w „Kronikach wina” eseje, nie wiadomo do końca czy to dopracowane i przemyślane teksty, czy żywy, spontaniczny zapis myśli lub interesującej rozmowy. Właśnie na tym zdaje się polegać mistrzostwo eseistycznych utworów Bieńczyka – na swoistej naturalności, swobodzie, anegdotyczności, pewnej nieokreślonej magii, czarowaniu słowem, które sprawia, że ciężko zauważyć tu jakiekolwiek niedogodności. Natura owych tekstów jest równie niedookreślona, jak wielowymiarowy smak wybornego wina. Zupełnie zatarte zostały granice pomiędzy odautorskimi opiniami, fikcją literacką, która przecież również obecna jest w owych kronikach, a historycznymi faktami i profesjonalną wiedzą o winie. W efekcie „Kroniki wina” są dziełem na wskroś sylwicznym: poruszane są tu tematy przeróżne, a one same funkcjonować mogą jako dokładna mapa związanych z winem myśli, idei i skojarzeń, silnie naznaczonych jednocześnie przez osobę autora, który obecny jest w każdym niemal zdaniu „Kronik”. Jest to więc nie tyle przewodnik po świecie win, co w większym stopniu przewodnik po świecie Bieńczyka, tudzież wykreowanego przez niego podmiotu autorskiego – konesera win, ale też znawcy literatury, sztuki i filozofii. Wszystko to daje bardzo ciekawą mieszankę, na którą czytelnik nie jest w stanie się chyba w żaden sposób przygotować, a jeżeli zasiada do lektury omawianych książek w jakimś konkretnym celu i z odgórnymi wymaganiami wobec ich treści może się rozczarować: nie jest to podręcznik typu „Wine for dummies”, czy „Wino. Zrób to sam”. Nie są to także „Kroniki” pisane specjalnie dla potomnych czy dla sławy; jest to raczej dzieło, które dało autorowi przestrzeń na zebranie i powiedzenie wszystkiego, co trapi go i cieszy, co kołacze mu się po głowie, kiedy odbywa kolejną podróż, spędza czas z bliskimi, czy po prostu odkorkowuje butelkę dobrego wina – to osobista kolekcja myśli i spostrzeżeń z różnych części tego prywatnego świata i z przeróżnych roczników.

Owa wielość tematów i myśli zebranych zwłaszcza w „Nowych kronikach wina” – obszerniejszych i znacznie bardziej zróżnicowanych oraz przesiąkniętych subiektywnym opiniami autora w znacznie większym stopniu – może miejscami przypominać specyficzny klimat nieco chaotycznych opowieści biesiadujących przy winie, a często i pod jego wpływem. Jednak kiedy wczytamy się w kroniki i spojrzymy na nie jako pewną całość, widać, że nie do końca mamy do czynienia z naturalnym, pozbawionym zamysłu, zapisem myśli. Nie można dać zwieść się podobnemu złudzeniu; w istocie bowiem autor jedynie stwarza pozory oralności, ze znawstwem inkrustując tekst sygnaturami polszczyzny mówionej. Nadal jest to dzieło literackie – nie uniknął autor wpisania go w pewne ramy, a anegdotami rządzi ukryty porządek – w którego strukturze jest znacznie więcej, niż mogłoby się początkowo wydawać. Wszystko porządkuje wstęp do pierwszych „Kronik wina”: „Gdy mówimy o winie, najczęściej zawracamy w druga stronę, ku przeszłości: tyle w nim tajemnicy chwil, które minęły, tyle zagadek starości, tyle czasu, który nie zgubił się i nie zmarnował, tyle kontaktu z dawnymi latami, z datami, które w odróżnieniu od dat dziejowych nie smakują popiołem i piołunem. Ale w swej istocie wino, jak myślę, otwiera w nas i przed nami zwłaszcza ten inny wymiar czasu – czas przyszły. Jeśli istnieje cudowne działanie wina, to polega ono właśnie na tym. Na tym, że w sposób, którego nie potrafię ani też nie chcę jeszcze opisać, wino prowadzi nas w to, co niestałe…” („Kroniki wina”, s. 5).

W taki oto sposób Marek Bieńczyk łączy w swoich kronikach – obecnych już na rynku wydawniczym ładnych parę lat, a mimo to aktualnych, niewietrzejących – różne dziedziny, tematy i myśli: wszystko, co z winem i narosłymi wokół niego legendami, kulturą i filozofią związane. Wino ma bowiem moc łączenia kulturowych pograniczy.

Pogranicza
Wino jest zjawiskiem specyficznym, napojem pogranicza. Jest przede wszystkim trunkiem, ale także ideą, spowitą mrokiem legend, tajemnicą nie tylko koneserów, ale i wytwórców. Tym samym zmierzamy do innego zestawy skojarzeń, wino bowiem jest jednocześnie źródłem przyjemności, rozrywki, darem dla zmysłów, ale też wynikiem wysiłku, ciężkiej pracy i ryzyka. Od wieków towarzyszy zbrodni, wojennym zmaganiom, królom i biedakom, rozpaczy po stracie i uniesieniom zakochanych – zawsze przechodząc jednak przez spracowane ręce chłopa.

Być może uniwersalność i wyjątkowość wina polega właśnie na takim zmieszaniu przeciwieństw. Nawet jego smak jest wynikiem takiego połączenia – słodyczy, goryczy, odrobiny kwaśnego smaku, specjalnie wybieranych i zbieranych w jasno określonym momencie dojrzewania, owoców. Jest to napój alkoholowy, w związku z czym łączy ze sobą jeszcze dwie sfery. Luksus, kulturę, eleganckie przyjęcia, kieliszek odpowiednio dobranego gatunku wina do wykwintnej kolacji, jednocześnie zaś trudno nie kojarzyć alkoholu – nawet jeśli alkoholem tym jest wino – ze zwykłym pijaństwem, momentami przemieniającym się w ordynarne libacje. Oczywiście, nie zdarza się to zapewne kolekcjonerom i smakoszom, ale granica pomiędzy tymi diametralnie odmiennymi światami wydaje się być bardzo cienka.

Największymi jednak przeciwieństwami, które w winie znajdują wspólną przestrzeń, są sacrum i profanum. Symbol, który w trakcie przeistoczenia wskutek wypowiadanych przez kapłana słów konsekracji, staje się Krwią Chrystusa, znajduje się w centrum celebracji Eucharystii, staje się najświętszym przedmiotem religii chrześcijańskiej. Jednocześnie zaś pozostaje przecież jak najbardziej przyziemnym wytworem pracy ludzkich rąk i rozkoszą dla zmysłów.

Podobnie jak wino – rozumiane bardziej jako idea niż trunek – tak i książka Marka Bieńczyka łączy zagadnienia graniczne: powiązane ze sobą w pewien sposób, ale nadal odległe i odmienne. Należałoby ulokować ją gdzieś pomiędzy literacką kreacją, zbiorem beletrystycznych opowiadań a profesjonalnym przewodnikiem, poradnikiem, pamiętnikiem. W związku z tym przechodzimy do kolejnej opozycji – pomiędzy intymnością a światem zewnętrznym – książka bowiem zawiera komentarze i opowieści Bieńczyka pisarza, obserwatora, podróżnika, ale także zwierzenia, osobiste przemyślenia i wspomnienia prywatne: „Rodowód zdawał się szlachetny, całość stylowa, w sam raz, by uświetnić naszego sylwestra w naszych polskich górach. (…) Zapadło głuche milczenie, smutek i nuda wisiały w powietrzu jak siekiera Raskolnikowa, a śniegi dokoła wsysały w swą cichą biel każdą żałosną próbę wskrzeszenia zabawy i poprawienia humoru. Wreszcie wybiła dwunasta, szampan Jaggera czknął ochoczo i spłynął przejrzystą strugą do pustych szklanek. (…) I wówczas, niczym w powieści akcji, coś się nagle stało. (…) Ruszyliśmy hurmem do tańca, który trwał tyle, ile trwała noc…” („Nowe kroniki wina”, s. 87-88).

Znaleźć można w książce Bieńczyka jeszcze jedno „pomiędzy” – pomiędzy lekkim i przyjemnym, gawędziarskim tonem historii – o winie, życiu i zabawie – a podpadającym nieco pod szlachetny snobizm niesłychanie nabożnym szacunkiem wobec trunku.

Rozbieżności
Głęboko zsubiektywizowany świat win sprawia, że nie sposób nie dostrzec osobistego stosunku autora do tematu. Nie jest to oczywiście wadą omawianej książki, ale czasami prowadzi do interesujących rozbieżności. Pomimo przytaczania wielu historii związanych z nie zawsze dobrymi skutkami nadmiernego spożycia, Bieńczyk zdaje się na przykład zapominać, że wino to nie tylko idea czy świętość, bukłak pełen tajemnic i wspomnień przeszłości, ale też, zwyczajnie i przyziemnie rozumując, alkohol. Według autora „Kronik”, a właściwie według bohatera jednej z anegdot Jima Harissona, po winie nawet kac jest przyjemny, a to już chyba lekka przesada – jest to raczej niemożliwe i fizjologicznie wykluczone (chyba, że według odmiennego od kanonicznego rozumienia pojęcia przyjemności…). Kolejny sprzeciw wywołać może opinia, że każdy człowiek związany z kulturą (i kulturalny) powinien opanować choć podstawową wiedzę związaną z winem. Idea, owszem, piękna, a gdyby tak jeszcze dzięki niej wino zastąpiło na polskich stołach czyste alkoholowe wyroby zbożowe… Jednak przyznać trzeba, że nauka to nie tylko praco- i czasochłonna, ale przede wszystkim kosztowna – trudno opanować winiarskie podstawy bez degustacji, zaś większość ludzi nie może wpisać w domowy budżet butelki dobrego Merlot tygodniowo. Jeżeli zaś mogą sobie pozwolić zamiast tego na butelkę czegoś mocniejszego, to jest to już kwestia gustu i ani Bieńczyk, ani nikt inny nic tu nie poradzą.

Jednym zdaniem „Kroniki wina” i „Nowe kroniki wina” to po prostu wino: oczami, ustami i piórem Marka Bieńczyka – i jako takie można je albo zaakceptować, albo nie. Ze swojej strony zapewnić mogę, że niepowtarzalny charakter tych esejów, czytanych najlepiej przy lampce wina, gwarantuje najwyższe doznania.
Marek Bieńczyk: „Kroniki wina”. Wydawnictwo Sic! Warszawa 2001. Marek Bieńczyk: „Nowe kroniki wina”. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2010.