ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (204) / 2012

Piotr Bogalecki, Aleksander Nawarecki,

ZMIENNE TWARZE ŚWIATOWIDA

A A A
Piotr Bogalecki: Bardzo się cieszę, że – jako miłośnik i badacz literatury, ale równocześnie jako długoletni przyjaciel – przyjął Profesor zaproszenie do rozmowy o pisarstwie Marka Bieńczyka…

Aleksander Nawarecki: Zgadzam się chętnie, bo do tej roli mam upoważnienie od Marka i to na piśmie. Otóż, w jednym z pierwszych wywiadów jakie udzielił, zadano mu takie niby zabawne pytanie – co zabrałby z sobą, gdyby któregoś dnia przyszło mu stanąć na pomniku? Powiedział wtedy: „Wciągnąłbym na cokół Olka Nawareckiego”. Po czym dodał: „Bo zajmuje mało miejsca”. Więc od dwudziestu lat mam zaklepane miejsce u stóp pomnikowej postaci Bieńczyka, skąd widzę go trochę inaczej niż wszyscy, ale postawiono mi warunek: mam się nie rozpychać. Zacznę zatem skromnie, lokalnie i mikrologicznie – od Nissana Sunny. Zacznę tak dlatego, że rozmawiam z Panem, a nie z kimś innym: z Chorzowianinem, mieszkańcem osiedla Różanka, gdzie – nic o sobie nie widząc – mieszkaliśmy przez lata blok w blok. Podejrzewam, że już jako brzdąc mógł zobaczyć Pan ów mały czerwony samochodzik – jeśli tylko Pana mama spacerowała z wózkiem po okolicy. Bo od roku 1983 do końca tysiąclecia, kilka razy w roku Marek Bieńczyk – bo, ja się Pan domyśla, to on jest właścicielem rzeczonego Sunny – parkował przed moim blokiem. Jego samochód wielokrotnie towarzyszył nam we wspólnych podróżach: zawiózł nas w Pireneje, do Paryża, w Tatry, a najczęściej do Brennej, zaś droga wiodła przez Chorzów. Co ciekawe, jeździ do dziś – jeszcze w tym roku, w lipcu, zawiezie nas na spływ.

P.B.: Na ostatniej stronie „Melancholii” Chorzów nie pojawia się zatem przez przypadek.

A.N.: Był ważnym, bo niejako wspólnym miejscem, podobnie jak Sadowne nad Bugiem, Kamieńczyk w Górach Świętokrzyskich, Gdańsk i oczywiście Warszawa – to były nasze święte adresy, zwłaszcza te wakacyjne. Punkty kontaktowe grona przyjaciół, grupy wywodzącej się z seminarium Marii Janion. Ewę Graczyk, Dorotę Siwicką, Andrzeja Kotlińskiego, Marka i mnie połączyło „transgresyjne” doktoranctwo, a scementowały kajakowe wyprawy. Oni wszyscy często bywali też na Uniwersytecie Śląskim, a zwłaszcza na osobliwych, bo wspólnych sesjach pracowników i studentów; pewne tego ślady zostały w książkach – „Starość”, „Przez ok(no)”, „Nowoczesność” – ale Bieńczyk bywał najczęściej. Pierwsza – i chyba jedyna – promocja „Terminalu” odbyła się właśnie tu, z udziałem Eli Grodzkiej i nieznanego jeszcze, a już genialnego, „Kabaretu Mumio”. Pierwszy akapit tej powieści, na długo przed publikacją, przerabialiśmy na ćwiczeniach ze studentami między tekstami klasyków, a wkrótce pojawiły się też magisteria. Dopowiem przy okazji, że książka ta ukazała się znacznie później niż została napisana. Pierwsze kawałki usłyszeliśmy na spływie, przy ognisku – Marek nie chciał wtedy tego drukować, marzył raczej o czytaniu jej w odcinkach w radio. „Melancholia” też miała u nas happeningową premierę. Autor pięknie powiedział wtedy, że Katowice jako miejsce wspólnego myślenia i rozmowy stały się strefą obrony przed melancholią pisaną z małej litery. Chodziło o lata osiemdziesiąte, czas przedłużonego stanu wojennego, czyli straszliwej smuty.

P.B.: Już drugi raz wspomniał Profesor o spływach… Z Markiem Bieńczykiem dzieli bowiem Profesor nie tylko przyjaźń, ale i pasję, o której możemy przeczytać w „Księdze twarzy”. Czy Marek Bieńczyk wiosłuje tak samo, jak pisze?

A.N.: Pytanie, czy trzymanie pióra, czy trzymanie wiosła jest w naszym życiu ważniejsze jest dla mnie kłopotliwe, trochę w stylu: czy bardziej kochasz tatusia, czy mamusię. Faktem jest, że jedno z drugim jakoś się u Marka wiąże i nas przy okazji związało ze sobą. Od tego się zaczęła prawdziwa spółka i tam pewnie miały początek rozmaite akcje kolektywne, również teksty pisane razem, także z Dorotą Siwicką, choćby „Szybko i szybciej. Eseje o pośpiechu w kulturze” czy „Tajemnice zwierząt” z iblowskiego tomu „Tajemnice Mickiewicza”. Przyznam jednak, że o kajakach niespecjalnie chętnie mówię, to pole intymności; nie spieszno mi pisać sprawozdania z Arkadii.

P.B.: „Nigdy nie udaje się mówić o tym, co się kocha”?

A. N.: Coś w tym jest. Powiem tylko, że gdy Marek wiosłuje, to czasem się zastanawiam, czy w głowie układa mu się powieść, czy wręcz przeciwnie – przeżywa ten jedyny moment, kiedy nie kombinuje. Jest w nim sporo tajemniczości. Znam go od trzydziestu lat, a mimo bliskości pozostaje dla mnie nieprzewidywalny. Często tak się dzieje, że przyjaciele czy rodzina nie doceniają znakomitości, bo brakuje im dystansu. Otóż ja nie mam z tym problemu. Mój podziw dla tego, co Marek Bieńczyk robi, nie wygasa – także dlatego, że on wciąż mi umyka, jak Proteusz.

Proteusz z profilu

P.B.: Tytuł ostatniej książki Bieńczyka nawiązuje do portalu społecznościowego Facebook, na którym on sam ponoć profilu nie ma. Bez wątpienia coś go jednak z aktywnymi posiadaczami wirtualnych profili łączy. Tak jak na facebooku kolekcjonuje się znajomych, tak i Bieńczyk kolekcjonuje: nie tylko wytrawne trunki, ale przede wszystkim tematy. Czytamy na okładce: „Opowiadam tu o absurdach podróży, o meczu Polska-Anglia, o perfumach Angel, o wyglądzie Humphreya Bogarta, o wampirach melancholicznych, o fotografiach pisarzy, o stadzie malowanych tramwajów” – i tak dalej. Taki rozrzut nie może dziwić, jeśli pamiętamy, że Bieńczyk to zarówno historyk literatury z Instytutu Badań Literackich, jak i pisarz, prozaik, eseista, felietonista, uznany tłumacz Kundery i Ciorana (a także Barthesa czy Lanzmanna), znawca win, fenomenolog twarzy, tropiciel melancholii… Sporo jest zatem twarzy Marka Bieńczyka. Która z nich w największym stopniu kształtuje, zdaniem Profesora, jego profil? Który z jego tematów jest Profesorowi najbliższy?

A.N.: Ta wielość twarzy z okładki „Książki twarzy” jest symptomatyczna – pokazuje prawdziwą twarz Marka. Można by powiedzieć, że przypomina Światowida, ale to porównanie trafne jest tylko częściowo, bo nie da się wyrzeźbić Bieńczyka z czterema czy dwudziestoma czterema buziami. Kto go zna, ten wie, że taki portret jest niewykonalny, bo nie chwyta ruchu – u niego wszak jedna twarz płynnie przechodzi w drugą, nie wiedzieć kiedy i jak, ale zmienia się wyraźnie. To zagadkowy proces. Patrząc mu w oczy, nie jesteśmy w stanie odgadnąć, o czym myśli, co wkrótce stanie się jego nową pasją. Mnie w tej kwestii aż zżera ciekawość, bo choć przyglądam mu się z bliska, a czasem nawet latam dookoła, to i tak nie wiem. Nadzwyczajnie podziwiam tę zdolność metamorfozy, która zawsze wiąże się z odkrywaniem nowego świata. Ma to coś z romantycznej przemiany, ale nie jest gwałtownym zwrotem, stoi za tym „pozytywistyczna” robota, proces nieustannej pracy nad sobą i otoczeniem, wieczny ruch do przodu. „Książka twarzy” nie zapisuje tej dynamiki, ale skrupulatnie rejestruje wszystkie „profile” Autora, zbiera je i układa jak w albumie. Ale gdyby te obrazki ułożyć chronologicznie i bardziej dramatycznie, to wyłoniłby się zarys wyznania, spowiedzi. „Książka twarzy” jest przemieszczoną autobiografią. Wędrówka z Bieńczykiem po kolejnych stacjach-tematach, jest podróżą przez jego życie.

P.B.: Romantyk zatem i pozytywista w jednym. A może można spróbować powiedzieć to inaczej? W artykule „Oczy Bieńczyka” Przemysław Rojek pisze: „jest Bieńczyk autorem ponowoczesnym – ponowoczesnym, nie zaś postmodernistycznym; a zatem nie kimś, kto jedynego sensu literatury upatruje w jej ludyczności, w tekstualnej grze, lecz tym, kto traktuje ponowoczesność jako pewien szczególny stan kultury, w którym ludzka egzystencja uzyskuje wymiar wart osobnego opisania”. To fakt, że dowodów na ponowoczesność Bieńczyka można by odnaleźć wiele, przykładowo w sposób wręcz modelowy łączy on styl historyka literatury, filologa ze stylem prozaika, felietonisty, eseisty itd.

A.N.: Jeśli Bieńczyk jest pisarzem ponowoczesnym, to głównie dlatego, że jest pisarzem melancholijnym. Jako autor posiadający silne poczucie utraty dobrze reprezentuje ponowoczesną świadomość: wszystko już było, jesteśmy skazani na powtórki, żyjemy w momencie bezradności, braku nowych rozwiązań, skazani na smutek itp. Ale taka postawa wyczerpania, ubarwiona urokiem gry i tęczą intertekstualności, na progu lat osiemdziesiątych zdawała się i czymś absolutnie aktualnym, świeżym, modnym, światowym – i miała różne imiona zaczynające się od cząstki „post”. Pamiętam, że na katowickich sesjach prowadziliśmy zażarte spór o postmodernizm z Krzysztofem Uniłowskim i środowiskiem FA-artu; były to pierwsze dyskusje na ten temat w kraju. I wtedy Marek powiedział bardzo spokojnie, że cała problematyka postmodernizmu jest powrotem odwiecznej estetyki melancholii; skoro nie jesteśmy zdolni do żałoby po nowoczesności, która jakoś trwa – melancholizujemy. Dziś to prawie oczywiste, lecz wtedy nikt tak nie myślał, nawet tego nie rozumiał, a było to rozpoznanie genialne. Staroświeckie słowo „melancholia” wprowadziło nas wtedy stan osłupienia. Nic dziwnego, że jego głos został wówczas zignorowany.

Noś długie włosy, czytaj Krasińskiego. Literaturoznawczy thriller

P.B.: W powstałej wiele lat później „Melancholii” teza o melancholijnym obliczu ponowoczesności zostanie powtórzona. Napisze Bieńczyk: „Na długo przed Derridą melancholia opisała na swój niefilozoficzny sposób, że w jej świecie, który jest światem bez początku i bez końca, światem, w którym wszystko już było i wszystko zostało zapisane, i wszystko kręci się w kole powtórzenia […], nie ma imienia własnego”.

A.N.: O, to właśnie ten wątek. Ale choć Bieńczyka – nie bez oporu – można wcielić pod sztandar „melancholii”, a nawet „ponowoczesności”, to wolałbym nie, bo każda etykieta, nawet dobrze przyklejona coś utrwala, tymczasem istotą jego sztuki jest rozwój! A to słowo z zupełnie innej bajki. „Mój Bieńczyk” to sam ruch, zmiana, nieustająca ewolucja. Opowieść o jego proteuszowości przypomina mi thriller. Gdy poznałem go w 1983 roku, miał , tak jak ja, długie włosy (wszyscy mieliśmy) i podobnie jak ja (ale już nie wszyscy) zajmował się teorią literatury. Pamiętam, że po jakiejś imprezie, na tapczanie u Bożeny Mądrej (dziś: Shallcross) czytaliśmy z odbitki na zielonej bibułce jego pierwszy referat seminaryjny o krytyce tematycznej. Jednak jako romanista Marek wkrótce otrzymał od Marii Janion polecenie, by zająć się nieopracowanymi, francuskimi listami Zygmunta Krasińskiego. Chcąc nie chcąc, stał się zatem historykiem literatury, badaczem polskiego romantyzmu. Zmiana stawała się widoczna: zaczął tracić włosy, nos mu się zaostrzył, coraz bardziej upodabniał się do hr. Krasińskiego. Śnił nawet jego sny i odczuwał podobne dolegliwości somatyczne. Pewnie też od Zygmunta zaraził się melancholią. Myślałem wtedy, że do końca życia będzie zajmował się naszym romantyzmem, tak jak ja teorią literatury. Ale na spływie rozmawialiśmy o wydanej w podziemiu „Nieznośnej lekkości bytu” i postanowiliśmy zrobić mała sesję o Kunderze, co podchwycił Jurek Illg i dzięki temu w 1986 Katowicach odbyła się ta sławna konferencja prywatna, opublikowana nielegalnie w kraju, a potem w Londynie. Kiedy nastała wolność i Dorota [Siwicka – dop. P.B.] wyjechała na stypendium do Paryża, chodziła na seminaria Kundery i opowiedziała mu o Marku, który dla naszych potrzeb przełożył „Sztukę powieści”. Kunderze się to spodobało, zaakceptował ten przekład, potem zlecił Markowi „Nieśmiertelność” i tak zaczęła się ich przyjaźń. Kiedy Marek odwiedzał go w Paryżu, spotkał Lanzmanna, przetłumaczył „Shoah”, a wkrótce zabrał się za Ciorana. W mgnieniu oka historyk literatury Marek Bieńczyk stał się tłumaczem. Zdawało się, że to „amen” dla literaturoznawstwa, bo zaczął jeździć na zjazdy tłumaczy i godzinami mógł rozmawiać z Małgosią Łukasiewicz. Myślałem, że ruszył w zawody translatorskie z Boyem, a zatem znalazł sobie zajęcie do końca życia. Aż tu nagle wyciąga jakieś kartki, które okazały się jego własną powieścią. Po co tłumaczyć, skoro można napisać samemu? Niby logiczne, ale byliśmy całkowicie zaskoczeni, a on niebywale zawstydzony. Nie wiem, czy nie zdradzam tu jakiejś tajemnicy, ale Marek chyba najbardziej obawiał się opinii Kundery.

P.B.: Reakcja Kundery okazała się jednak entuzjastyczna; znana jest wszak jego recenzja francuskiego wydania „Tworek”. Czy to z powodu tej obawy publikacja „Terminalu” była przez Bieńczyka opóźniana?

A.N.: Tego nie wiem, ale kiedy krytyk czy tłumacz ogłasza swoje płody, to jest przekroczenie Rubikonu. A Kundera mógł patronować tej metamorfozie, bo „Terminal” opowiada o nieudanej miłości i dzieje się w Paryżu. Po dwóch latach przyszły „Tworki”, nominacje, nagrody i Marek Bieńczyk stał się „rasowym” pisarzem. Pojąłem, że całe życie do tego zmierzał: najpierw teoria literatury, potem jej historia, wreszcie tłumaczenie – coraz bliżej istoty – i w końcu twórczość własna. Czego chcieć więcej? Nie mogłem sobie wyobrazić dalszego ciągu, kolejnej stacji. Owszem mógł wszystkich zaskoczyć, ale nową powieścią. I wtedy do głosu doszła melancholia: od literatury melancholijnej przeszedł do praktyki i teorii melancholii. Podobnie jak Julia Kristeva, którą potem poznał, ale jej wpływ nie wchodzi w rachubę, bo to rachunek wewnętrzny. Zjazdy pisarzy niepostrzeżenie zastąpione zostały zjazdami psychoterapeutów. Marek zostawił słowa i poszedł za ciałem – i duszą też – jeszcze bliżej życia!

Jeż i lis

P.B.: No dobrze, ale teoria była przecież na początku, zaś ów gest „od literatury do ciała” da się odnaleźć u Krasińskiego. Czy aby nie zaczynamy poruszać się po kole? Mówimy o proteuszowości Bieńczyka, ale z drugiej strony obserwujemy pewne nawroty, powtórzenia czy, jak w najnowszej książce, enumeracje, będące wszakże – jak pisze on sam – „rzeczami melancholii”. W swojej książeczce o Tołstoju, odwołując się do enigmatycznej frazy greckiego poety Archilocha – „Lis wie wiele rzeczy, ale jeż jedną niemałą” – Izajasz Berlin zaproponował proste, binarne rozróżnienie myślicieli i pisarzy. Ci, którzy sprowadzają wszystko do jednego, mniej lub bardziej wyraźnie wyartykułowanego, systemu, do jednej nadrzędnej idei to jeże – jak, jego zdaniem, Dante, Dostojewski czy Proust. Myśl lisów cechuje z kolei wyraźna tendencja odśrodkowa, sprawiająca, że dążą oni do wielu celów wieloma drogami, jak Szekspir, Montaigne, Balzac czy Joyce. Czy zdaniem Pana Profesora Marek Bieńczyk to jeż czy lis?

A.N.: Oczywiście lis, bo miał rudą brodę, a w podstawówce to chyba dręczono go ksywą „Rudy”. Ale rzecz jasna, ta opozycja jest przez niego nieustannie dekonstruowana. Marek jeździ, lata, podróżuje, także w swoich tekstach. Taki nomadyzm wiąże się z lekceważeniem granicy, ale czy kiedykolwiek opuszcza on swoją domenę?

P.B.: Jeśliby więc spojrzeć na niego, jak na jeża i zaryzykować tezę, że Bieńczyk pisze wciąż jeden i ten sam tekst, to czy ów tekst nie miałby przypadkiem charakteru „pisania melancholijnego” (ecriture melancolique)? W taki sposób analizuje pisarstwo Bieńczyka Katarzyna Szalewska, której zdaniem – cytuję – to „melancholia pisze Bieńczykowi teksty, dyktuje [mu] zbiory esejów”, a swoje pióro macza on wyłącznie w kałamarzu z „atramentem czarnej żółci”. We wstępie do wznowionej niedawno „Melancholii” zauważa Bieńczyk, że „w ciągu tych piętnastu lat powstało w Polsce bardzo dużo książek melancholijnych i melanchologicznych i wydano wiele przekładów poświęconych melancholii”, przyznaje jednak równocześnie, że mimo tego „Saturnowy palec” do dziś nie przestał go „dźgać”. Czy melancholia nie wydaje się Profesorowi pierwszym tematem, a może nawet i uprzywilejowaną sytuacją pisania Bieńczyka?

A.N.: Sam to deklaruje, ale skoro taki z niego jeż, nocny wędrowiec, to czemu siatki nie da się postawić i go złapać? Powtarzam: nie sposób przewidzieć jego kolejnych ruchów. No, może jeden raz mi się udało, ale na tylko na chwilę, a i tak nie wiem, co będzie dalej…

P.B.: Czy zatem z przepastnej studni melancholii udało się Bieńczykowi wydobyć?

A.N.: Gdy weźmie Pan do ręki „Melancholię”, odnajdzie Pan, prawie na końcu, esej „Pomerol 1989”. Ten fragment ma swoją historię; byliśmy z grupą przyjaciół w regionie Bordeaux, razem weszliśmy na zamek i złożyliśmy się na „prawdziwe” wino dla Marka. To dzieje pierwszej butelki i pierwszego eseju o winiarskiego. Wszyscy wiedzą, że wino jest lekarstwem na melancholię – i Marek również leczył się w ten sposób. Przy okazji wrócił do romantyzmu i do Krasińskiego, po którym skądinąd została pełna piwnica. Bieńczyk do dziś ubolewa, że zmarnowało się tyle wyśmienitych trunków… Bo, teraz najbardziej genialne, cudowne i tajemnicze okazało się wino. I tak został enologiem, szybko zdobył zawodową wiedzę i uznanie, co było strasznie trudne, bo w tej branży startował od zera. Latał po winnicach, gadał z producentami, bratał się z rolnikami i inżynierami od beczek i przetwórstwa. I teraz – zamiast na sympozjach poświęconych depresji – gości na degustacjach, jako juror przyznaje winom medale i cieszy się międzynarodowym prestiżem. No i napisał trzy winiarskie księgi.

P.B.: W międzyczasie powstawała jednak „Przezroczystość”, w której – podobnie jak w wypadku obu książek o melancholii – trudno nie dostrzec silnej inspiracji krytyką tematyczną, by wspomnieć tu choćby odwołania do „Przejrzystości i przeszkody” Starobinskiego. Czy pisarstwa Bieńczyka nie odbiera Profesor jako długiego życia „krytyki tematycznej”, metodologii bliskiej także Profesorowi? Jak już wiemy, Bieńczyk – jak to na „Rudego” przystało – uprawia pewien metodologiczny pluralizm, ale czy fenomenologiczne z ducha myślenie obrazami, tematami nie jest mu mimo wszystko najbliższe?

A.N.: Tak, w latach dziewięćdziesiątych Marek redagował tom poświęcony tematologii, to miała być kontynuacja „Transgresji”, ale wydawnictwo „Glob” upadło; potem patronował przekładom Tomasza Swobody. „Tematyczne” wejście w literaturę to była wszak pierwsza miłość, poprzedzająca nawet fundamentalny wpływ krytyki fantazmatycznej Marii Janion. I ta miłość pozostała. W Szkole Genewskiej „temat” jest zawsze enigmatyczny i nieuchwytny, u Starobinskiego ma ścisły związek z ciałem, co Bieńczykowi bliskie; tłumaczył też Pouleta, ale jego ulubieńcem jest Jean-Pierre Richard – przez subtelność i koncentrację na szczególe.

W światło bramki

P.B.: Na jakiej stacji znajduje się teraz Marek Bieńczyk?

A.N.: „Przezroczystość” to był tylko przystanek dla wysiadających, świetny tom, ale jednak suplement do wina, poboczna medytacja nad strukturą szkła – butelki i kieliszka – że pozwolę sobie zażartować. Aktualna stacja nazywa się „Sportiva”, tak jak pierwszy rozdział w „Książce twarzy”. Wczoraj dostałem w mejlu elektroniczną wersję antologii „Dryblując przez granicę” (Wydawnictwo Czarne) z opowiadaniem Bieńczyka „Ostatni karny” – gorąco polecam! Myślę, że dostałem tę piłkę od Marka właśnie jako premię za to, że jeden jedyny raz udało mi się przewidzieć jego kiwkę. Ale sportowy temat od dawna wisiał w powietrzu, nawet „Przezroczystość” poniekąd go zapowiadała, wszak tytułowa jasność i świetlistość pojawi się w moim ulubionym eseju pt. „Światło bramki”. Ta opowieść o wspólnym oglądaniu meczów piłki nożnej z ojcem, to najbardziej intymna autobiografia Marka Bieńczyka. Nieoczekiwanie się tutaj odsłania: boisko, trybuny i szatnia mogą kojarzyć się z trywialnością i zapachem potu, a dla Marka to raczej świątynia, tu ciało jest paradoksalnie uduchowione, a cały tekst – parareligijny. Szczególnie ten tytuł, „Światło bramki”, rytualnie dwakroć powtórzony; powinni się tym zająć tropiciele kryptoteologii czy nawet religioznawcy.

P.B.: Zawsze wydawało mi się, że jest tu nawiązanie do książki Barthesa.

A. N.: Pewnie ma Pan rację. Tak jak „Światło obrazu” było wywoływaniem ducha matki, tak „Światło bramki” jest przyzywaniem ducha ojca. W obu tekstach świeci ciemne światło żalu, puste boisko tchnie melancholią, ale jest też obietnicą. I nawet widzę euforię – strzał w światło bramki, fantastyczne trafienie w „okienko”, tu już zaczyna się pisanie ikon… Styl Bieńczyka przypomina w tych sportowych miejscach literaturę mistycyzującą, światło ma wymiar duchowy, jest nie z tego świata – jak „kwadrat słońca na ścianie” w „Przezroczystości”. Jeśli spekulować, co będzie dalej, to albo Bieńczyk zajmie się optyką, albo pójdzie w stronę religijną, analogicznie jak Kristeva. Jeśli żyjemy w świecie zsekularyzowanym, bez Boga, bez ducha – to pozostajemy sam na sam z ciałem. Wtedy nieuchronne jest pytanie, co z tym ciałem zrobić? Można je trenować, przekląć, można uświęcić, choć niekoniecznie na drodze perwersyjnych transgresji Bataille’a.

P.B.: Czy w większym stopniu na drodze, którą w „Corpusie” i późniejszych książkach wytycza Jean-Luc Nancy?

A.N.: Mniej więcej. Choć jest dla mnie oczywiste, że literatura zawsze mówi więcej, głębiej, no i wcześniej niż filozofia. Mamy jednak masę tekstów filozoficzno-somatycznych, tymczasem literatura „sportowa” właściwie nadaje się dla młodzieży. Wierzę, że Marek to zmieni; próbkę mieliśmy na ostatnim Festiwalu Conradowskim, kiedy Bieńczyk streszczał jakąś zapomnianą czeską powieść futbolową dla dzieci. To był najbardziej wzniosły moment festiwalu. Marek przemawiał w absolutnym natchnieniu. Warto pamiętać, że nie jest on apologetą ciała, który tęskni za siłą, ponieważ – podobnie jak Nietzsche – sam jest cherlakiem. Przeciwnie, Marek czynnie uprawia kilka dyscyplin sportu, z piłką nożną i siatkówką włącznie. Co tydzień gra w tenisa, świetnie radzi sobie z ping-pongiem. I to jest jego wielka fascynacja. Przez lata wspominał nostalgicznie o „pinglu” na wczasach z rodzicami i na koloniach, aż kiedyś Piotr Sommer czy Michał Markowski po prostu zaprosili go do stołu – i zaczęło się! Dziś Marek grywa w lidze seniorów czy oldboyów i zdarza mu się wygrać set z młodszymi albo z emerytowanymi mistrzami Polski, co jest nie lada wyczynem. Znowu zaczął prawie od zera, bez doświadczenia, bez techniki, z właściwą sobie skromnością i pasją zarazem. I jak tego nie podziwiać? Chciałoby się za nim pobiec, ale wiadomo, że wkrótce gdzieś skręci. Tylko gdzie?

P.B.: Skoro ten jedyny raz, kiedy udało się Profesorowi przeczytać grę Marka Bieńczyka, miał akurat związek z piłką nożną, a już za moment biegniemy na mecz Polska-Rosja, może pokusi się Profesor o wytypowanie wyniku?

A.N.: Wytrwale trzymam się bohatera naszej rozmowy i jego opinii, a wiem, że ten kibic wybitny o naszych piłkarzach niestety myśli źle. Razem oglądaliśmy mecz z Grecją, próbowałem wciągnąć Marka do strefy kibica pod Pałacem Kultury, ale koniec końców trafiliśmy do enoteki, co jest dowodem, że pasje łączyć się mogą w sposób nieprzewidywalny… A przewiduję „piłkarskie szachy” – by użyć tej osławionej frazy Szpakowskiego – gdyż trener Smuda ogłosił wczoraj, że remis go zadawala. Jako uczniowie Marii Janion stoimy po stronie romantycznego ducha walki, bez którego sport staje się jałową kalkulacją. Jeśli zaatakujemy, będzie dobrze; jeśli będziemy bronić remisu i cieszyć się z dwóch zer – jesteśmy przegrani.

P.B.: Biegnijmy zatem. Bardzo dziękuję Profesorowi za rozmowę.

Rozmowa odbyła się 12.06.2012. Na zdjęciu Marek Bieńczyk i Aleksander Nawarecki nad Windawą na Łotwie.
    Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu: Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury