Wydanie bieżące

1 lipca 13 (205) / 2012

Przemysław Pieniążek,

DOBRZY, ŹLI I MŚCIWI

A A A
Tobey Maguire w opinającym ciało kostiumie Człowieka Pająka radośnie skacze między monolitami biurowców. Nicolas Cage wręcz pali się do tego, aby karzącym spojrzeniem Ghost Ridera spopielać dusze grzeszników. Zielonoskóry Hulk o aparycji Erica Bany skutecznie obala mit szlachetnego dzikusa. Ray Stevenson jako Punisher przemienia ulice Nowego Jorku w strefę prywatnej wojny, zaś Ben Affleck bezskutecznie stara się zrozumieć powód, dla którego przyjął rolę ociemniałego mistrza sztuk walki zwanego Daredevilem. Utrzymująca się od kilku dobrych lat koniunktura na (mniej lub bardziej udane) adaptacje klasycznych dzieł wydawnictwa Marvel Comics potwierdza nieustającą żywotność graficznych opowieści, których charyzmatyczni protagoniści – herosi rodem z postmodernistycznych mitów – stanowią nieodłączny element zachodniej popkultury umacniającej fundament amerykańskiej tożsamości.

Ubrani w kolorowe trykoty, niejednokrotnie skrywający swe oblicza (super)bohaterowie pełnią role lokalnych/globalnych stróżów prawa i porządku, emisariuszy konstytucyjnych ideałów, poręczycieli społeczno-politycznego bezpieczeństwa, a kiedy zachodzi taka potrzeba, stają się zdeterminowanymi, skutecznymi w swych działaniach mścicielami. Olbrzymi sukces „Avengers 3D” – historii o „drużynie marzeń” skompletowanej na potrzeby ratowania Ziemi przed zakusami sił Zła, wobec których zawodzą militarne zdobycze ludzkości – jest kolejnym dowodem na to, że w adaptacjach marvelowskiej klasyki tkwi niebagatelny potencjał marketingowy. Trzeba go jedynie umiejętnie wykorzystać.

Zgromadzenie w jednym filmie głównych bohaterów niezwykle popularnych komiksów oraz zrealizowanych na ich podstawie głośnych blockbusterów, takich jak „Iron Man” (2008) Jona Favreau, „The Incredible Hulk” (2008) Louisa Leterriera, „Thor” (2011) Kennetha Branagha czy „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” (2011) Joe Johnstona, tylko pozornie wydaje się prostą drogą do stworzenia kinowego superprzeboju. Każda z wyżej wymienionych postaci posiada bowiem niezwykle wyrazistą osobowość, nieco odmienną motywację oraz „motorykę” działań, nie wspominając o czasem trudnych do zaakceptowania przez innych kwestiach światopoglądowych. W dodatku wszyscy są swego rodzaju indywidualistami, a ich cechy dystynktywne zarówno wyróżniają ich, jak i konsolidują tożsamość grupy, opierającej się na nieustannym przezwyciężaniu przeciwieństw.

Na szczęście tego (całkiem poważnego) zadania podjął się Joss Whedon – amerykański scenarzysta, producent, reżyser i kompozytor, twórca telewizyjnych szlagierów „Buffy: Postrach wampirów” (1997-2003), „Firefly” (2002-2003) czy „Dollhouse” (2009-2010), będący również drugim reżyserem na planie wspominanej już adaptacji „Thora”. Jako wielki fan „The Avengers”, zapoczątkowanej w 1963 roku przez Stana Lee oraz Jacka Kirby’ego serii stanowiącej odpowiedź na słynną „Ligę Sprawiedliwości” wydawaną przez konkurencyjną DC Comics, Whedon przepracował pierwotną wersję scenariusza (autorstwa Zaka Penna, twórcy skryptu do „The Incredible Hulk”), przemycając doń jak najwięcej nawiązań do oryginalnego cyklu. Równocześnie jednak pozwolił sobie na wprowadzenie kilku zmian w stosunku do graficznego pierwowzoru. W filmie to Nick Fury (Samuel L. Jackson), szef międzynarodowej agencji bezpieczeństwa S.H.I.E.L.D., staje się formalnym założycielem grupy Mścicieli, którzy jako jedyni są w stanie udaremnić niecny plan adoptowanego brata Thora, Lokiego (Tom Hiddleston). Przewrotny Asgardczyk zawarł bowiem przymierze z pozaziemską rasą Chitauri, przekazując Innym Tesseract (artefakt będący potężnym źródłem energii) w zamian za militarne wsparcie niezbędne do podboju niebieskiej planety.

Joss Whedon w równym stopniu skoncentrował się na przygotowaniu hollywoodzkiego widowiska w najlepszym tego słowa znaczeniu, co na psychologicznym „pogłębieniu” postaci swoich bohaterów. I chociaż film nie osiąga poziomu noirowych reinterpretacji legendy Mrocznego Rycerza autorstwa Christophera Nolana, to świetnie zaprezentowane interakcje między postaciami (przybierające formę zarówno żywych dialogów, jak i efektownych pojedynków), w tym ich wzajemne „docieranie się” oraz niełatwe kompromisy, nie pozostawiają widza z uczuciem niedosytu.

Zaangażowanie oryginalnych odtwórców głównych ról w najsłynniejszych ostatnimi czasy adaptacjach komiksów Marvela nie stanowiło problemu, wszak większość aktorów już wcześniej zadeklarowała gotowość wystąpienia w potencjalnych kontynuacjach. Co najważniejsze, w „Avengers 3D” żaden z aktorów nie wypada poniżej swoich możliwości. Nick Fury w interpretacji Samuela L. Jacksona jest twardym, bezkompromisowym obrońcą globalnego bezpieczeństwa, który dla osiągnięcia wytyczonego celu nie waha się przed wykorzystaniem nieczystych zagrań, wyznając zasadę wyboru „mniejszego zła”. Robert Donwney Jr. jako Tony „Iron Man” Stark („Geniusz, miliarder, playboy, filantrop” – jak przedstawia się grany przez niego bohater) niezmiennie przekonuje swoją naturalnością, nonszalancją oraz niewymuszonym dowcipem. Hollywoodzki gwiazdor ukazuje równocześnie powolną przemianę Starka (zachodzącą także dzięki jego uczuciu do Pepper Potts, ponownie granej przez Gwyneth Paltrow) z do bólu egocentrycznego sobka w zasadniczy, choć nie najważniejszy (z czym musi się pogodzić) element struktury wyższego rzędu, jaką stanowią The Avengers.

Na potrzeby roli w filmie Whedona Chris Hemsworth znów zadbał o przyrost tkanki mięśniowej (żywiąc się głównie drobiem, nabiałem, stekami oraz rybami), tym razem jednak ukazał Thora jako jednostkę bardziej zdyscyplinowaną, angażującą się w walkę przede wszystkim z osobistych pobudek, wśród których nie bez znaczenia pozostaje sympatia Asgardczyka dla Ziemian, w tym dla starego przyjaciela, astrofizyka Erika Selviga (niezawodny Stellan Skarsgård). Postęp widać także w kreacji Chrisa Evansa (niegdysiejszego Johnny’ego Storma / Ludzkiej Pochodni z dyptyku „Fantastyczna Czwórka” Tima Story’ego), którego Steve „Kapitan Ameryka” Rogers – wyraźnie konkurujący z Iron Manem o supremację w grupie – jest zmęczony oraz rozczarowany nową rzeczywistością uświadamiającą mu, że świat, który znał, bezpowrotnie odszedł.

Joss Whedon sprawnie rozrysował także emocjonalnie niejednoznaczną relację Natashy Romanoff (Scarlett Johansson) i Clinta Bartona (Jeremy Renner) – najlepszych funkcjonariuszy S.T.A.R., którzy ze względu na brak nadnaturalnych zdolności (oraz technologicznych wspomagaczy stosowanych przez Starka), w swoich działaniach opierają się przede wszystkim na inteligencji, sprawności fizycznej oraz determinacji zakładającej świadomość własnych ograniczeń. Na uwagę zasługuje zarówno solidne przygotowanie Johansson, która ponownie wcielając się w postać Black Widow, przeszła intensywny trening kaskaderski, jak i tężyzna Rennera (filmowy Hawkeye), szkolącego się w strzelaniu z łuku pod okiem olimpijskich mistrzów.

Początkowo rola Bruce’a Bannera miała przypaść w udziale Edwardowi Nortonowi, jednak jego negocjacje z Marvel Studios nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Po rezygnacji Joaquina Phoeniksa wakat przypadł w udziale Markowi Ruffalo. Dzięki specjalnemu kostiumowi, stanowiącemu punkt oparcia dla efektów specjalnych realizowanych techniką stop-motion capture, aktor stał się pierwszym odtwórcą naprawdę grającym Hulka (a nie tylko jego ludzkie alter ego). Lekko ironiczna kreacja Ruffalo dobrze koresponduje z dylematem moralnym wykreowanej przez niego postaci – człowieka skazanego na niekończącą się walkę ze swoją mroczną, pierwotną stroną, której paradoksalnie zawdzięcza, że wciąż żyje. Swoistą ciekawostką jest to, że charakterystyczna artykulacja Hulka powstała w wyniku połączenia głosu Marka Ruffalo z pomrukiem Lou Ferrigno – pierwszego odtwórcy roli zielonoskórego olbrzyma. Nie sposób zapomnieć także o występie Brytyjczyka Toma Hiddlestona, który z powodzeniem wydobywa z postaci Lokiego jej niebywałą ambiwalencję, dodając do portretu wiecznego trickstera oblicze próżnego okrutnika, który pragnie „uwolnić” ludzkość od konieczności wyborów oraz wszelakich niesprawiedliwości, snując wizję rzeczpospolitej niewolników składających hołd niebiańskiemu tyranowi. Na marginesie warto wspomnieć o barwnym epizodzie Jerzego Skolimowskiego, grającego postać złowrogiego Georgiego Luchkova. Scena, w której twórca „Rysopisu” (1964) dostaje baty od falującej biustem Scarlett Johansson, niewątpliwie jest znakiem naszych czasów.

„Avengers 3D” jest pierwszym filmem dystrybuowanym przez wytwórnię Disneya po zakupie przez nią firmy Marvel Entertainment. Z uwagi na umowy licencyjne udzielone na wyłączność innym wytwórniom (takim jak Sony oraz Fox), niektóre postaci z uniwersum komiksowego potentata (Magneto, Doctor Doom, Ant-Man czy Green Goblin), mimo wcześniejszych zamierzeń twórców, nie mogły zostać wykorzystane przy realizacji tego projektu. Jednak efekt i tak nie przynosi rozczarowania. W dziele Whedona zastosowano ponad dwa tysiące efektów wizualnych przygotowanych przez czternaście różnych firm (w tym Industrial Light and Magic oraz Weta Digital), film wprowadzono jednak w trzeci wymiar dopiero na etapie postprodukcji. Operator Seamus McGarvey rejestrował materiał głównie przy użyciu kamery cyfrowej, chętnie korzystając ze steadicamów, dbając o osiągnięcie jak najpełniejszego wrażenia naturalności obrazu i świadomie unikając pokusy estetycznego przerysowania. Z kolei Alan Silvestri, autor ścieżki dźwiękowej do „Kapitana Ameryki”, opracował razem Londyńską Orkiestrą Symfoniczną szereg muzycznych tematów podkreślających odrębność każdego z bohaterów, płynnie łącząc je z motywem przewodnim opiewającym doniosłość funkcji Mścicieli.

Film Jossa Whedona zyskał w większości bardzo dobre opinie (nie tylko) amerykańskich krytyków, w ciągu zaledwie trzech dni wyświetlania przynosząc w Stanach Zjednoczonych wpływy w wysokości dwustu milionów dolarów. Na całym świecie „Avengers 3D” zarobili dotąd ponad 1,4 miliarda dolarów, stając się tym samym trzecim z najlepiej zarabiających filmów wszech czasów oraz najbardziej dochodową adaptacją komiksu, choć kto wie, czy ostatnie słowo w tym roku nie będzie należeć do Christophera Nolana i jego dzieła „Mroczny Rycerz Powstaje”.

Dobra passa Marvela trwa. W najbliższych latach można spodziewać się tryumfalnego powrotu Iron Mana, Thora, Nicka Fury’ego oraz Kapitana Ameryki – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Wszak niepokonana grupa do zadań specjalnych powróci w kolejnej, jak zapowiada Joss Whedon, bardziej osobistej oraz emocjonalnej w wymowie odsłonie cyklu. Bojowy okrzyk „Mściciele, formujcie szyk!” usłyszymy zatem pewnie jeszcze nie raz.
„Avengers 3D” („The Avengers”). Scenariusz i reżyseria: Joss Whedon. Obsada: Robert Downey Jr., Chris Evans, Mark Rufallo, Chris Hemsworth, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Tom Hiddleston, Clark Gregg, Stellan Skarsgård, Samuel L. Jackson, Gwyneth Paltrow i in. Gatunek: fantastyka / film akcji. Produkcja: USA 2012, 142 min.