Wydanie bieżące

1 lipca 13 (205) / 2012

Robert Rybicki,

BRUD I PIĘKNO

A A A
Druga książka Jacka Kaweckiego, nosząca tytuł „Efekt placebo”, wskazuje na odmienną poetykę w porównaniu z debiutancką książką, rozwichrowaną, nieprzewidywalną, o piętnie tak zwanej hermetyczności, gdzie język przeglądał się momentami sam w sobie jak w lingwistycznym lustrze. Nagle – w „Efekcie placebo” – frazy są uregulowane w bardziej rozpoznawalny sposób, od dystychów przechodzimy do sonetów, kłania nam się tradycja literacka; tom ma kompozycję trzyczęściową, jest i „Insomnia”, i „Kula”, i „Lekcje umierania”. Dużo epatowania brzydotą, lecz owa brzydota traktowana jest z czułością; prędzej możemy mówić o „empatowaniu” brzydotą.

Biegunowość wrażliwości estetycznej Kaweckiego mimowolnie zestraja się z tym, z czym oswoił nas niedawno jeszcze Marcin Bies, ale obaj przecież byli szlifowani przez tych samych poetów i mniej więcej w tym samym czasie. Obu różni rytmika i ekspozycja podmiotu na planie świata przedstawionego; podmiot jest bardziej filtrem owej „rzeczywistości” niż „stałym” bytem, świat przedstawiony jest niespójny (w sensie rozbicia struktury na poszczególne, przewijające się obrazy; jak w filmie). Obaj są wychłodzeni w swoich wierszach jak Krzysztof Siwczyk, z tym że „lodownie ich serc” są bardziej zmrożone, jest tam niższa temperatura emocjonalna niż u autora „Dzikich dzieci”. Co nie znaczy, że nic nie odczuwają, bardziej jawi się to jako strategia obronna przed „napływającym” światem, nie do końca przyjaznym.

Pierwsza część tomu zwiastuje pewną przygodę, druga ulega zawieszeniu, trzecia ledwo ciągnie cały tom. Tak to wygląda. Próbę ułożenia poetyki w całość, w kompozycyjną triadę, przesłania niesamodzielność poetycką autora. Nie legitymizuje, jak by chciał autor, niewykrystalizowanego podmiotu w rejwachu, który panuje w świecie przedstawionym, objawiającym oznaki niespójności. Z innej strony spójną wydaje się chęć estetycznego przeciwstawienia się temu, co widzialne.

Najlepiej się prezentuje pierwsza część tomu: „Insomnia”. Tytuł sugeruje nie tyle nawet bezsenność, ile nocne życie po prostu. Pierwszy wiersz, „Gra w kolory”, to, jakby to określić, „językiem kamuflażu” opowiedziana historia hazardowego wieczoru, gdzie „czarne” i „czerwone” odsyła nas do ruletki („french”? „american”?); nie wiadomo, co wygrywa, który kolor się ustawi. To równie dobrze może to być hazard on-line. Te pięć dystychów zawiera w sobie opowieść, jakiej nie chce się opowiedzieć; może nosi znamiona wstydliwej? Niby to „Gra w kolory”, jak w zabawie dla dzieci, tak niewinnie się zaczyna. „Biorą pod uwagę to, co dobrze już poznali”, wydaje się, że to po siwczykowemu („Wiersze dla palących”) analizowana rzeczywistość językowa, a tu po prostu mamy do czynienia z językiem podobnym do siwczykowego, ale z takim, który opisuje realne zabawy w ruletkę (ale przecież świat przedstawiony jest fikcyjny!): chłopaki poznali reguły gry w ruletkę, i dawaj! Kręci się! „Jak mantra powtarzane hasła”, w końcu kolor musi się zatrzymać pięć razy z rzędu! „O świcie wtapiają się / W mury ich starych domów. Dociekliwe spojrzenia / Przebijają się przez siatkę ciszy. Wchłaniają wszystko / Co staje im na drodze i nie uświadczysz niczego.”. Czy to powrót spłukanego? „Gra toczy się dalej w zupełnie innym języku”, ta puenta kładzie nas w kilku alternatywach: można grać zagranicą, można pojechać na wycieczkę, jeśli się wygrało, może to być też język snu. Może to być język gry po prostu. Ale też tom „Efekt placebo” może się rozwijać w innym języku niż poprzedni tom Kaweckiego: „Przewodnik dla nieprzygotowanych”. Zresztą sam wiersz wygląda jak „zamaskowana parabola”: znamy pewne zasady życia (tu: gry), ale to los (Bóg?) podsuwa nam kolory, kółko się kręci (koło fortuny); nie wiemy tak naprawdę, czy to powrót spłukanego (spłukanych? Byli tam we dwójkę?), bo to, że „o świcie wtapiają się / W mury ich starych domów”, może wskazywać tylko na to, że żyją biednie i szukają wszelkiej okazji, aby odmienić swój los. Los biedoty. I nie wiemy, czy spłukali się, czy spakowali plecaki i dali chodu do ciepłych krajów? Potem pojawiają się, kontynuujące podobny obraz świata, wiersze: „Kokaina”, „Dno morza” i inne.

Druga część, nie będę uzasadniał, nie jest tak szczelna jak pierwsza. Dużo tu prób zmierzenia się ze strategią sonetu, która da nam do zrozumienia, że to jest sonet i niewiele więcej. U kogo się Kawecki zadłuża, każdy będzie wiedział po przeczytaniu tej części. Jedną ze wskazówek lirycznych jest Roman Honet.

Trzecia jest reperkusją związaną z obiema poprzednimi. Całość tomu podsumowuje ten oto fragment: „mieścisz w sobie wszystko / o czym nie chcę mówić”.

Może, jeśli autor będzie chciał mówić, będzie chciał mówić. W tej trzeciej części jest zbyt duże echo poetyckie Krzysztofa Siwczyka z tomów zawierających wiersze krótsze, epigramatycznych, gnomicznych. Jest to dobrze odrobiona lekcja, która nie zwiastuje czytelnikom oryginalnego stanowiska poetyckiego.

Jeśli autor odrzuci balast obcych poetyk, będzie spoko. Hej!
Jacek Kawecki: „Efekt placebo”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2011.