Wydanie bieżące

15 lipca 14 (206) / 2012

Marek Doskocz, Konrad Godlewski,

KOREAŃCZYCY TO TACY "AZJATYCCY POLACY"

A A A
Marek Doskocz: Jesteś sinologiem. Kiedy zacząłeś swoją przygodę z Dalekim Wschodem? Co Cię w nim zafascynowało?

Konrad Godlewski: Jedna z pierwszych dobranocek, jakie zapamiętałem, ukazywała niezwykle długiego smoka, ciągnącego przez kilkuminutową czołówkę. To było na początku lat 80. Miałem bodaj cztery lata i patrzyłem na stwora jak zaczarowany, bo nie mieściło mi się w głowie, że może istnieć równie długie stworzenie. Potem obejrzałem w kinie „Powrót Mechagodzilli”, „Klasztor Szaolin” i „Karateków z kanionu Żółtej Rzeki”. W telewizji leciały seriale „Szogun” i „Oshin”, a hitem sprzedaży w kioskach Ruchu były zeszyty z ilustracjami samoprzylepnymi. Miałem ich kilka, ale najbardziej lubiłem ten o wschodnich sztukach walki. Kiedy poszedłem do podstawówki, cała Polska nuciła razem z Frankiem Kimono: „Ja jestem King Bruce Lee, karate mistrz!”. Reasumując, lata 80. – epoka mojego dzieciństwa – upłynęły w światowej popkulturze pod znakiem Japonii. Myślę, że od małego tym nasiąkłem (Po latach odkryłem, że azjatyckie wątki były również obecne w innych hitach epoki: w zekranizowanej wówczas „Akademii Pana Kleksa” mamy doktora Paj-Chi-Wo; w „Gwiezdnych Wojnach” występuje mistrz Yoda, który po przycięciu uszu i wybieleniu karnacji mógłby grać pana Miyagiego w „Karate Kidzie”). W liceum wpadłem na pomysł, żeby uczyć się japońskiego, ćwiczyłem aikido. Chciałem studiować japonistykę, ale ostatecznie wybrałem sinologię, bo Chiny to klucz to zrozumienia Dalekiego Wschodu. Pojechałem tam po pierwszym roku studiów, całkiem sam, z plecakiem i śpiworem, żeby przetestować moją chińszczyznę. Miałem kilka fajnych przygód. No i kompletnie się w Chinach zakochałem.

M.D.: Dlaczego?

K.G.: Jak sądzę, jest to związane z inną moją pasją, fantastyką naukową. Zawsze uwielbiałem książki o pierwszym kontakcie z kosmitami, obcymi cywilizacjami. Fascynowało mnie pytanie, w jakim stopniu mogą się one od nas różnić i co z tego może dla nas wyniknąć. W czasie dwuletnich studiów w Pekinie uświadomiłem sobie, że Azjaci to tacy „ziemscy kosmici”. Ich kultura ma odmienne fundamenty, metafory i pojęcia obowiązujące w angielskim czy polskim, w chińskim bywają kompletnie niezrozumiałe. Jednocześnie – niczym człekopodobni kosmici ze starych, dobrych filmów s-f – są do nas rozczulająco podobni, choć niezbyt chętnie to przyznajemy.

M.D.: Czytając „Koreę Szerokopasmową”, co chwila byłem zaskakiwany. Z Twojej książki wynika, że to zupełnie różna kultura od np. naszej, polskiej. Zgadzasz się z tym? Widzisz jakieś elementy wspólne?

K.G.: Koreę odkryłem na marginesie fascynacji Chinami i Japonią. Na studiach w Pekinie przez półtora roku mieszkałem z Koreańczykiem i uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z całkiem odrębnym rodzajem „kosmity”, tylko na pierwszy rzut oka podobnym do Japończyków i Chińczyków. Potem odkryłem doskonałe koreańskie kino, zacząłem o Korei czytać, zyskując nową pasję. W końcu odkryłem, że ten kraj – od ponad pół wieku podzielony na Południe i Północ – jest zaskakująco podobny do Polski. Koreańczycy, tak jak my, mają geopolitycznego pecha. Są wciśnięci między potęgi: Chiny, Japonię i Rosję, które w różnych okresach ich sobie podporządkowywały. Mieli w historii momenty chwały, z których są bardzo dumni, choć jednocześnie mają poczucie, że inne nacje należycie ich nie doceniają i nie rozumieją. Są trochę mesjanistyczni i najbardziej chrześcijańscy pośród krajów chińskiego kręgu kulturowego. Paradoksalnie, Koreańczycy to tacy „azjatyccy Polacy”.

M.D.: Skąd u Koreańczyków taka fascynacja „Star Craftem”?

K.G.: Wszystko przez kryzys azjatycki, który wybuchł 15 lat temu. Gospodarki Dalekiego Wschodu przeżyły wówczas okres załamania, firmy bankrutowały, prezesi popełniali samobójstwa, skacząc z wieżowców, a młodzi nie mogli znaleźć pracy. Rząd przestraszył się groźby rozruchów i wcielił w życie program rozwoju małych biznesów, żeby czymś ludzi zająć. Jak grzyby po deszczu zaczęły w Korei wyrastać PC bangi, czyli kafejki internetowe, w których bezrobotni mogli zabijać czas. Koreańczycy bardzo lubią rywalizację i życie towarzyskie, więc zagustowali w masowych grach sieciowych (ang. MMO), w które bawiły się naraz miliony graczy. To oni ustanawiali pierwsze rekordy frekwencyjne. „Star Craft” idealnie utrafił w ich potrzeby, bo wymagał inteligencji, zręczności i pracowitości – cech, które tradycyjnie ceni się na Dalekim Wschodzie. W ten sposób narodził się fenomen, który dał początek całemu zjawisku sportu elektronicznego. Korea jest w nim światowym liderem i stanowi case study dla promotorów e-sportu w USA, Europie i w Chinach. Ja z tym fenomenem zetknąłem się w 2005 roku na World Cyber Games w Singapurze (to taka olimpiada gier komputerowych organizowana pod patronatem m.in. Samsunga). Zdębiałem, kiedy jeden z organizatorów opowiedział mi, że południowokoreański rząd wspiera gry komputerowe i sport elektroniczny. W czasie pisania książki rozmawiałem z innymi urzędnikami w Seulu i zrozumiałem, że oni traktują rzecz z pełną powagą. Próbują przewidzieć, jak zmieni się światowa gospodarka i kultura w ciągu najbliższych 15-20 lat. Szykują się na te zmiany.

M.D.: Dla polskiego czytelnika taka fascynacja e-sportem może wzbudzić dalej zdziwienie. Jaki wpływ na mentalność Koreańczyków ma technologia, zanurzenie się w niej?

K.G.: Nie tylko Polaków to dziwi. Anglojęzyczne media od dawna piszą o południowokoreańskiej rewolucji informatycznej. Tryumf Roh Moo-hyuna, pierwszego na świecie polityka, o którego wyborczym zwycięstwie w 2002 roku przesądził Internet, przyjęto na Zachodzie z wielkim zainteresowaniem. Amerykańskie media chętnie opisują blaski i cienie „najbardziej okablowanego kraju świata”, bo Korea Południowa to pierwsze, duże społeczeństwo (niemal 50 mln osób), które na zaczęło na masową skalę używać Internetu. Cyberprzestępczość, uzależnienia, media społecznościowe czy dziennikarstwo obywatelskie rozwinęły się tam szybciej niż na Zachodzie. To są dość złożone zmiany, trudno oceniać, czy pozytywne, czy negatywne, na pewno jednak znaczące, bo wpływają na podejście do kultury, biznesu i polityki. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że przyszłość nie jest dla nas białą kartą – patrząc na Koreę, możemy przepowiedzieć, że i w Polsce będzie rosła liczba uzależnionych od internetu, wzrośnie rola internetowych mediów obywatelskich, a politycy będą coraz chętniej kokietować wyborców poprzez sieć. U nas za lidera modernizacji na Dalekim Wschodzie od lat uważa się Japonię. Pora, żebyśmy docenili Koreę Południową, ale także Tajwan i Singapur, a nawet Chiny kontynentalne.

M.D.: Kiedy wpadłeś na pomysł napisania „Korei Szerokopasmowej”? Wydawnictwo Kwiaty Orientu od razu przyjęły ją do druku? Jak przebiegała współpraca?

K.G.: Wiosną 2010 roku dowiedziałem się, że nowopowstałe Centrum Kultury Koreańskiej oferuje stypendium na wyjazd studyjny do Azji. Cel: napisać książkę na temat koreańskiej kultury. Wniosek napisałem w zasadzie od ręki i ku mojemu zdziwieniu bardzo się spodobał. Dostałem świetne warunki pracy – tłumacza, kierowcę i sekretarza, którzy umawiali mi spotkania, z kimkolwiek chciałem porozmawiać. To był najfajniejszy miesiąc w mojej dziennikarsko-publicystycznej karierze. Mogłem wreszcie zająć się tym, co mnie interesuje. Schody zaczęły się, kiedy siadłem do pisania. Nie lubię pisać bez poczucia, że sprawdziłem wszystkie możliwe tropy, toteż zrobiłem gruntowne rozeznanie, wynajdując rozmaite dodatkowe źródła, od książek historycznych po świeżo wydaną monografię na temat przemysłu gier online w Korei Południowej. Po drodze wpadłem także na pomysł, by odnieść się również do cyberpunku – prądu w fantastyce naukowej, który ukazuje Azję jako technologiczną mekkę. Z Kwiatami Orientu współpracowało nam się świetnie, dobrze się rozumieliśmy, jak to orientaliści.

M.D.: Mieszkasz teraz w Chinach. Opowiedz, jak teraz żyje się w tym kraju?

K.G.: Przede wszystkim wygodnie. Szanghaj ma kilkanaście linii metra, zbudowanych w większości w ciągu ostatniej dekady. Taksówki łapie się na ulicy – tak jest ich dużo, przy tym kosztują mniej, niż w Polsce. Sklepy – włączając Carrefoury, Ikee czy Decathlony – są pełne towaru. W usługach panuje zażarta konkurencja, która podnosi jakość i obniża ceny. Zbudowano niezłe drogi i autostrady, dzięki którym można wszędzie dojechać. Pociągi mkną 300 km/h, a bilety kolejowe kosztują połowę polskiej ceny. Oczywiście region Szanghaju to nie całe Chiny. To obszar wielkości Polski, zamieszkany przez jakieś 100 mln osób – ułamek kraju, który wielkością może się równać z całym kontynentem europejskim, od Uralu po Lizbonę. Takich wysp nowoczesności jest w Państwie Środka przynajmniej kilkanaście. Poza nimi żyje się trudniej (choć taniej), ale rozwój jest wszędzie widoczny. Na gruzach siermiężnej, maoistowskiej autarkii z lat 60. i 70. ubiegłego wieku rośnie przyszłe supermocarstwo. Oglądanie tego procesu z bliska jest ciekawe samo w sobie, nie tylko dla sinologa. Chińskie przemiany już teraz wpływają na cały świat, a wpływać będą jeszcze silniej. Jedną z rzeczy, jakie mnie zaskoczyły po przyjeździe, była spora szanghajska Polonia. Polacy coraz częściej tu trafiają, bo nawet tacy, którzy nie mówią po chińsku, dają tu sobie świetnie radę. Wystarczy, że są dobrzy w tym, co robią i nie boją się przeprowadzki do Azji. Poznałem tu nie tylko tłumaczy i ludzi biznesu, ale też stoczniowców, budowlańców, hotelarzy, programistów, a nawet producentów gier komputerowych znad Wisły. Azja to przyszłość i wreszcie zaczynamy to doceniać.
"artPapier" objął książkę Konrada Godlewskiego patronatem medialnym.