Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (207-208) / 2012

Magdalena Kempna-Pieniążek,

ANTY-AVATAR

A A A
„Prometeusz” Ridleya Scotta – obok zwieńczenia Nolanowskiej trylogii o Batmanie najbardziej wyczekiwany film roku – zaskakuje i rozczarowuje równocześnie. Co ciekawe, oba te wrażenia zdają się dotyczyć jednych i tych samych elementów, jak gdyby to, co stanowi o sile dzieła, było równocześnie źródłem jego największej słabości.

Od czasu, gdy produkcja filmu nabrała rumieńców, Ridley Scott konsekwentnie zapewniał, że „Prometeusz” nie będzie prequelem kultowej serii zapoczątkowanej w 1979 roku przez „Obcego: ósmego pasażera Nostromo”. Reżyser słowa dotrzymał: chociaż historie przedstawione w obu dziełach dyskretnie się o siebie ocierają, jest to raczej relacja bliższa zasadzie spin-off niż kategorii prequela. Innymi słowy, twórcy „Prometeusza” wykorzystują pewne elementy uniwersum „Obcego” do zaprezentowania nowej historii, w nowej lokacji (księżyc LV-223 to nie to samo co planetoida LV-426, na której rozpoczęła się gehenna Ellen Ripley), a nawet w innym czasie (koniec XXI wieku, na mniej więcej trzydzieści lat przed rozpoczęciem akcji „Ósmego pasażera Nostromo”). Fani uporczywie poszukujący ciągłości między dziełami docenią pewnie pracę, jaką w przygotowanie niektórych elementów scenografii i postaci włożył Hans Rudolf Giger, twórca oryginalnego projektu ksenomorfa. Zauważą też pewnie, że wcielająca się w główną bohaterkę „Prometeusza” Noomi Rapace w szczytowych momentach akcji jest wręcz stylizowana na Sigourney Weaver. Problem w tym, że jej postać nie posiada nawet cienia charyzmy właściwej Ripley.

Fabuła najnowszego filmu Scotta – chociaż w efekcie sprowadza się do powtórzenia znanej formuły (grupka ludzi w nieprzyjaznym środowisku desperacko walczy o przetrwanie z atakującymi ją kosmicznymi maszkarami) – zasadza się na innym (co wcale nie znaczy, że lepszym) niż „Obcy” pomyśle. Oto naukowcy Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charles Holloway (Logan Marshall-Green) odkrywają naskalne malowidła, na których pojawia się – znany z analogicznych archeologicznych zabytków z innych kultur – rodzaj świadectwa, iż przed dziesiątkami tysięcy lat ludzie oddawali kult rasie olbrzymów z gwiazd. Kilka lat później para bohaterów, w towarzystwie innych uczonych oraz załogi dowodzonego przez kapitana Janeka (Idris Elba) statku kosmicznego Prometeusz, udaje się w kierunku wskazanego przez prehistoryczną mapę układu planetarnego, aby spotkać Inżynierów – kosmicznych stwórców ludzkości. Tajemniczym inicjatorem wyprawy jest starzec-miliarder Peter Weyland (Guy Pearce), a wykonawcami jego woli są android David (Michael Fassbender) oraz piękna, lecz zimna jak lód reprezentantka zarządu korporacji Weylanda, panna Vickers (Charlize Theron). Wkrótce wszyscy pasażerowie Prometeusza odkryją, że wyprawa do źródeł ludzkości będzie czymś zupełnie innym, niż oczekiwali. A spodziewali się wielu rzeczy: nawiązania więzi z dobrymi stwórcami (Elizabeth), zdobycia wiedzy o przyczynach istnienia ludzkości (Holloway), odkrycia zagadki nieśmiertelności (Weyland) czy wreszcie okazji do wzbogacenia się.

Nie ma sensu pastwić się nad hollywoodzkimi kliszami, banałami i przeczącymi zdrowemu rozsądkowi rozwiązaniami fabularnymi, jakich w filmie Scotta – zresztą zrealizowanemu w sposób zapewniający widzowi czerpanie przyjemności z seansu od pierwszej do ostatniej minuty – nie brakuje. Można byłoby się długo zastanawiać, jak zaawansowana musiałaby być nauka, by w kilku kropkach namalowanych w prehistorycznych jaskiniach ktokolwiek mógł się dopatrzeć gwiezdnej mapy wiodącej poza granice naszej galaktyki i jak szalony musiałby być starzec-miliarder, by nadziei na nieśmiertelność upatrywać w nieznanym jeszcze DNA kosmitów, zamiast na przykład w innowacyjnych badaniach nad właściwościami komórek macierzystych.

Znawców gatunku „Prometeusz” raczej niczym nie zaskoczy, a nawet może zawieść, kiedy zechce się porównać go z misternie skonstruowanymi, dziś już kultowymi dziełami Scotta, nie tylko „Obcym”, ale – może przede wszystkim – „Łowcą androidów” (1982). Akcja najnowszego filmu twórcy rozwija się podręcznikowo i nawet wszelkie jej zwroty dozowane są widzowi z akademicką wręcz precyzją. Wiadomo, że wstępne rozpoznania nowego terytorium (wspomnianego księżyca LV-223) muszą się w pewnym momencie zamienić w walkę o przetrwanie. Jako pierwsze ofiarami złowrogich sił muszą paść postaci niezbyt zindywidualizowane (z którymi widz nie miał szans się utożsamić). Ktoś musi się okazać osobnikiem o nieczystych intencjach, a ktoś inny musi się poświęcić (oczywiście dla dobra ludzkości). Wszystko to wpisane jest w formułę blockbustera zrealizowanego w obowiązkowym ostatnio formacie 3D IMAX, z humanistycznym przesłaniem w tle. A jednak w tej skądinąd oczywistej układance motywów i postaci pojawia się kilka elementów uniezwyklających strukturę.

Punkt wyjścia fabuły „Prometeusza”, rodem z teorii Ericha von Dänikena (człowiek jest w istocie tworem inteligencji z kosmosu), najpierw wydaje się wyświechtany i kiepski, potem jednak ukazuje swój potencjał. Właściwej słynnemu „Avatarowi” (2008) Jamesa Camerona wizji naturalnego dobra wszystkich żywych istot, które muszą tylko zwrócić się do matki Natury, by odzyskać równowagę z kosmosem, Scott przeciwstawia interpretację zdecydowanie bardziej mroczną. Główna bohatera filmu, Elizabeth, wierzy, że odnajdzie gwiezdnych Inżynierów, ojców ludzkości (co szczególne, wiara w pozaziemskie źródła człowieczeństwa nie kłóci się w jej odczuciu z chrześcijaństwem, którego jest wyznawczynią). Swoistym szokiem poznawczym jest dla niej odkrycie, że ci, którzy stworzyli, mogą też chcieć zniszczyć i to bez wyraźnego powodu, a cały „akt stworzenia” był może niczym innym jak marginalnym produktem eksperymentów z bronią biologiczną. Z głównego filozoficznego wątku „Prometeusza” wyłania się ciemna idea stworzenia, będącego nie aktem dobra ani nawet nie aktem zła, lecz aktem mocy. W jednym z kluczowych dialogów Holloway, pytany o to, dlaczego ludzie stworzyli androidy, odpowiada Davidowi, że dlatego, iż po prosto mogli je stworzyć. Co szczególne, sugestia, że być może Inżynierowie stworzyli ludzi z tych samych powodów, wydaje się naukowcowi śmieszna. Istnienie człowieka – niemające wyraźnej sensownej przyczyny i w każdej chwili zagrożone równie irracjonalną zagładą – to najmroczniejsze jądro wiedzy, do którego mogłaby dotrzeć pełna wiary Elizabeth. W świecie „Prometeusza” nie ma mowy o żadnej więzi z Naturą, o miłości na linii Stwórca-Stworzony, o jakiejkolwiek istotnej możliwości komunikacji między nimi. Niestety, Scott najwyraźniej przestraszył się ponurych konsekwencji zaprezentowanej przez siebie wizji, o czym świadczy finał dający nadzieję na odnalezienie głębszego sensu tego kosmicznego wybryku, jakim na oczach bohaterów staje się istnienie ludzkości.

Niepoprawna optymistka Elizabeth musi chyba jednak wierzyć w coś więcej niż tylko w gwiezdnych Inżynierów. Jej pewność, że „gdzieś tam” można znaleźć sens, tak irracjonalną w obliczu otaczającego ją horroru i chaosu (potwornego) życia i (niezrozumiałej) śmierci, da się wyjaśnić chyba jedynie tym, że w gruncie rzeczy bohaterka wierzy w Człowieka. Skoro Obcy stworzyli ludzi na swój obraz i podobieństwo, to – oprócz tak charakterystycznego dla naszego gatunku braku poszanowania dla życia, żądzy zysku i mordu – powinni mieć w sobie także pierwiastek tego idealizmu, którego reprezentantką jest Elizabeth, hołubiąca w swej pamięci ckliwą wizję ojca ratującego maluczkich przed wirusem ebola.

Chociaż jednak panna Shaw jest główną bohaterką filmu, to nie jest jego postacią centralną. Laur pierwszeństwa zdecydowanie przypada w udziale androidowi Davidowi i to nie tylko dlatego, że kreacja Michaela Fassbendera znacznie wykracza poza ograniczone do zwykłej poprawności (głównie przez klisze, jakich postaciom nie szczędzili scenarzyści) możliwości innych aktorów, za wyjątkiem może Charlize Theron oraz żywiołowego Idrisa Elby (znanego polskim widzom z seriali „Prawo ulicy” oraz „Luther”). To David de facto nieustannie popycha akcję naprzód: dokonuje odkryć tam, gdzie ludzie nie potrafią lub nie chcą ich dokonać, uruchamia lawinę wydarzeń, w której efekcie członkowie załogi Prometeusza muszą stawić czoła własnemu przeznaczeniu, wreszcie odnajduje ostatniego żywego Inżyniera. Otwarcie pogardzany przez niektórych (zwłaszcza Hollowaya) jest przecież tworem doskonalszym od ludzi pod względem swojej wiedzy i umiejętności. Wbrew także temu, co nieustannie mu się insynuuje, przejawia wyższe uczucia: potrafi ironizować, odczuwać satysfakcję, a sekwencje, w których ogląda sny Elizabeth, otacza ją opieką zaraz po przebudzeniu z hibernacji, wreszcie ratuje jej życie, świadczą także, że nieobca jest mu miłość (a przynajmniej pożądanie).

Stereotypowe pytanie, jakie często pojawia się w filmowych opracowaniach motywu androida, dotyczy tego, czy twór obdarzonego duszą człowieka sam może mieć duszę. I znowu Scott, który przed laty uczynił je jednym z tematów swojego „Łowcy androidów”, wprowadza owo pytanie do tkanki „Prometeusza” jako kliszę, po to, by rozstrzygnąć je w dość ciekawy sposób i – niestety – zaraz wycofać się z obietnicy oryginalności, która niesie za sobą przesłanie zbyt ponure, by Hollywood mogło je zdzierżyć. David, jak się zdaje, nie musi rozstrzygać pytania o istnienie własnej duszy, ponieważ jest najwyraźniej przekonany, że nie ma jej ani on sam, ani ludzie, którzy go stworzyli. Jego przywiązanie do Elizabeth, a więc i zazdrość o więź łączącą ją z Hollowayem, zdaje się sugerować, że nie trzeba mieć duszy, by kochać lub nienawidzić. Kiedy Weyland, umierając, wypowiada słowa: „Tam nic nie ma”, David może odpowiedzieć jedynie spokojnym: „Tak, wiem, życzę panu miłej podróży”. Scott po raz kolejny konfrontuje bohaterów swojego filmu z grozą bezsensu wszechświata i życia, ostatecznie jednak sugeruje, że nie wszystko stracone: przecież David to robot; Elizabeth zwraca mu uwagę, że nigdy nie będzie w stanie zrozumieć istoty bycia człowiekiem. Rację ma więc Rafał Syska, który na łamach „EKRANów” pisze: „Punktem wyjścia dla Scotta jest (…) Däniken, ale punktem dojścia staje się tradycyjne chrześcijaństwo (…). Symbol krzyża, związany z nim postulat poświęcenia, pamięć o ojcu i dziecięce pytania: «Dokąd poszła mama po śmierci i czy ją tam spotkam?» – to jest ideowe zaplecze «Prometeusza» i jego optymistyczny przekaz, jakże odmienny od ewolucjonistycznego materializmu swego poprzednika (tj. „Obcego” – przyp. M.K.P.)” (Syska 2012: 37).

Determinacja, z jaką Scott dąży w finale filmu do unieważnienia pesymistycznej wymowy swojego dzieła, przyprawia o zawrót głowy. Nawet jeśli udało się mu uniknąć trywialnych proekologicznych i niuejdżowych haseł, jakimi w „Avatarze” szafował Cameron, nie sposób nie odczytać pełnego (aż do bólu) truizmów zakończenia „Prometeusza” jako nieporadnej próby załatania wszystkich wcześniejszych rozdarć i przywrócenia bezpiecznych opozycji. A przecież w poprzednich sekwencjach twórcy „Prometeusza” naruszyli wiele mitów konstytutywnych dla ludzkości: nie tylko wydrwili wiarę w prymat człowieka nad maszyną, ale i w cudownie (choć nie oryginalnie) koszmarny sposób strawestowali ideę porodu jako cierpienia umożliwiającego trwanie życia oraz zaprezentowali wizję stosunków międzyludzkich, w których naturalne więzi (na przykład między ojcem a dzieckiem) łatwo przerwać i zastąpić zupełnie sztucznymi i arbitralnymi relacjami (gdzie dzieckiem bardziej „prawdziwym” niż biologiczny potomek staje się doskonale zaprogramowany android).

Wrażenia nieszczerości czy też niemożności sprostania własnej wizji nie jest w stanie w żaden sposób zniwelować ani sprawność w konstruowaniu akcji, ani techniczna perfekcja na etapie realizacji dzieła. Problem bowiem w tym, że świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego oraz wykorzystanie najnowszych technik kina 3D, dzięki którym (wreszcie) drugi plan nie ulega rozmyciu, a obraz nie krzyczy – tak jak w „Avatarze” – „jestem sztucznym tworem!”, chwilami przypominają jedynie idealne opakowanie dla drogiego prezentu, który okazuje się dobrze skrojoną podróbką markowego produktu. Oczywiście na pewno znajdą się – tak jak w przypadku słynnego dzieła Jamesa Camerona – zwolennicy wizji zaprezentowanej w „Prometeuszu”. Osobiście jednak uważam egzystencjalny mrok, w jaki Ridley Scott wrzucił widza w 1979 roku swoim „Obcym” i który pogłębił trzy lata później w „Łowcy androidów”, za zdecydowanie bardziej przekonującą kreację niż ta, jaką jest spektakularny, nie pozbawiony zalet, lecz uginający się pod ciężarem klisz, „Prometeusz”.

LITERATURA:
Syska R.: Mistycyzm vs. materializm. „EKRANy” 2012, nr 4.
„Promoteusz” („Prometheus”). Reżyseria: Ridley Scott. Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof. Obsada: Noomi Rapace, Michael Fassbender, Charlize Theron, Idris Elba, Guy Pearce, Logan Marshall-Green i in. Gatunek: thriller / science fiction. Produkcja: USA 2012, 124 min.