Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (207-208) / 2012

Martyna Markowska,

Z KATO W WALIZĘ, CZYLI SILESIA DOOKOŁA ŚWIATA

A A A
Poznawanie ludzi bywa męczące. Najpierw należy przejść przez szereg klasycznych pytań o imię, zawód, miejsce zamieszkania i o pochodzenie (o ile te dwa nie są tożsame), czyli tak zwany „standart koktajlowy“. Wtedy jeszcze prawie wszyscy starają się być mili. Kiwają głowami ze zrozumieniem i wydają się zainteresowani. Oczywiście stopień atrakcyjności każdej odpowiedzi bywa różny. Imię to raczej kwestia „bycia albo niebycia“. I tak mało kto pamięta po pierwszym spotkaniu, jak się nazywamy, zwłaszcza w dużej grupie i w oparach grubej imprezy. Miejsce zamieszkania otwiera więcej możliwości dialogu, o ile trafi się na osobę, która owo miejsce kiedykolwiek odwiedziła, choćby przejazdem. Jeśli nie odwiedziła, albo, co gorsza, nie ma pojęcia, gdzie się ono znajduje, to mamy przesrane. Albo dyskusja pójdzie w kierunku skomplikowanych wyjaśnień, wyciągania map i lekcji geografii (co może wykończyć przynajmniej jedną ze stron tej debaty), albo szybko ucichnie. Zawód ciekawym wątkiem jest, o ile nie jest się księgowym. I nie trafi się na drugiego księgowego. Natomiast pochodzenie... Pochodzenie może być z kolei fascynującym tematem. Oczywiście, istnieje możliwa do wyobrażenia groza sytuacji: rozmówca może nie wiedzieć nic na temat regionu/miasta/dzielnicy, z której pochodzimy. Całkiem cool jest pochodzić z Seattle, z Ipanemy czy z Toskanii. Ale ze Śląska?

Wzięłam ostatnio udział w wywiadzie, którego celem było zebranie danych do pracy magisterskiej z lingwistyki. Magistrantka przepytywała obockrajowców z Unii Europejskiej mieszkających w Finlandii i posługująch się jezykiem tubylców, a pytania były rozmaite. Jedno z nich brzmiało: czy czujesz się... (i tu nazwa narodowości rozmówc-z-y-ni) Polką? Pech chciał, że trafiła na hanyskę, więc zamiast prostej odpowiedzi „tak“ lub „nie“ dziewczę usłyszało cały wywód na temat niedawnej deklaracji narodowościowej, o Ślązakach, tożsamości i tego typu sprawach. Dodam tylko, że dziewczę jest Niemką, więc z nimi jest zawsze łatwiej. Silesia czy (fonetycznie Sajliżia) wprowadza jednak czasami w konsternację, a jak się rzuci Niemcowi „Oberschlesien“ albo „Kattowitz“, to jednak jakaś nić porozumienia często się pojawia W każdym razie, odpowiedź brzmiała, że owszem czuję się, ale bardziej Ślązarą. Potem poszedł drugi wywód o języku śląskim, że nasza babcia to tak naprawdę ino godo albo szprecho, a z czystym polskim to ma tyle do czynienia, co w telewizji usłyszy, bo jeśli radio, to i tak raczej „Piekary“.




Gdziekolwiek jadę, przemycam Katowice. Najpierw było to lekkie przestępstwo i odbywało się często niechcący, było jak półwypalony joint, co się zawieruszył w plecaku między skarpetkami a ręcznikiem. Bo kogo w końcu obchodzi Śląsk na przykład w Tadżykistanie, skoro tam każda gęba i tak ma przyklejoną na czole metkę nacji. Tutaj tylko dodam, że możnaby się zdziwić. Albowiem nawet w Duszanbe można spotkać dwóch Tadżyków, braci Kosimi zresztą, którzy świetnia godają, ba, nawet śpiewają po śląsku. Poza tym w Tadżykistanie, który krajem podarków był, jest i będzie, pierwszym prezentem, jaki otrzymałam, była broszka z obrazkiem na niebieskim tle i napisem „Siemianowice Śląskie“. Pan ambasador dowcipniś znalazł ją „nie-wiadomo-gdzie“ i stwierdził, że prezent na pewno wzruszy osobę urodzoną w tym pięknym mieście. Wzruszenie pokropiliśmy lokalnymi „promilami“. Drugi raz było jeszcze weselej. Okazało się bowiem, że znajoma z Nowego Jorku osiągnęła stan ekstazy na skutek zaznajomienia się z osobą z tej właśnie części Polski. Kobieta obejrzała kiedyś dokument o Katowicach i stwierdziła, że oprócz UFO dotąd nie spotkała w życiu chyba tylko Ślązaka. W tej chwili zostało jej tylko UFO. Inna anegdota ze Śląskiem w tle miała miejsce już w moich „wtórnie rodzinnych“ Helsinkach. Kiedy Tapani Kärkkäinen tłumaczył „Gnój“ Wojciecha Kuczoka na fiński, to wyszło szydło z wora. Tapani dał sam radę z tłumaczeniem, ale przy okazji dowiedział się, że jeśli potrzebuje konsultacji z godki, to nawet w Helsinkach ma kolesia od tej brudnej roboty. Tak czy inaczej, na początku było niewinnie. W tej chwili przemycanie Katowic staje się powoli bardziej zorganizowaną akcją na międzynarodową skalę i w obie strony. Niczym cyrk obwoźny jeździmy sobie razem tu i ówdzie, a kogo dopadniemy, to zabieramy na chwilę do dom. Tym oto, bardzo prywatnym sposobem, tylko w zeszłym roku do Kato trafiła reprezentacja Francji, Szwajcarii, Argentyny i Urugwaju. Ludzie różnie wymawiają nazwę naszego miasta, z akcentem raz na KA, raz na TO, raz na WI, a raz na CE. Zwłaszcza zaś CE może być „cze“, „se“, „c“, „tse“, „cie“, „će“, jak komu podejdzie. Wspomnienia jednak zawsze mają podobne i jak najlepsze.

Tłumaczenie komuś zawiłości śląskiej przeszłości, że polska, czeska, niemiecka, że powstania aż trzy, że „jak weszli Sowieci“ i charakterystyka gwary to już kolejny stopień wtajemniczenia, wykraczający poza standart koktajlowy. I trzeba trafić na cierpliwego rozmówcę. Randkowe small-talks na takie tematy tylko z historykami po doktoracie, ostrzegam. A jeżeli trzeba zwabić do Katowic kogoś innego niż historyk po doktoracie, to są na to sposoby. Postindustrial dla artystów, modernizm dla architektów, wyciskarka do cytrusów z logo KATO dla projektantów przemysłowych, a rolada z kluskami i z modrą – dla mięsożernych. Festiwale i piwo tańsze niż w stolicy – dla wszystkich. Na stronie Nonsensopedii, będącej żartobliwą wersją Wikipedii, odnaleźć można wyjaśnienie dwóch istotnych terminów, a mianowicie „hanys“ i „gorol“. Cytuję: „Najgorsze odmiany goroli zasiedlają Warszawę, Sosnowiec i tereny wschodniej Norwegii”. Tereny wschodniej Norwegii? To już niemal swojskie okolice. Z tego wynika, że należy ruszyć do Laponii i zbadać sprawę, koniecznie z native speakerem godki z Chorzowa.

Fot. nr 1. Mathias Kempf.