ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (207-208) / 2012

Marcin Wilk,

CHRISTINE POSTANAWIA ŻYĆ

A A A
Wyrwać się, zmienić życie, wygrać na loterii – marzy o tym każdy. No, prawie każdy. Bo mówimy o tych, którzy nie przeszli coachingu, tudzież najzwyczajniej w świecie los się do nich nie uśmiechnął. Tak jak stało się to w przypadku Christine, bohaterki książki Stefana Zweiga „Dziewczyna z poczty”.

Oto rok 1926. Kryzys po pierwszej wojnie światowej dotyka niewinne dziewczyny z austriackiej prowincji. Christine zmuszona jest podjąć pracę na poczcie, co wiąże się z nudą, szarością i beznadzieją. „Setki tysięcy, a może nawet miliony listów będzie tym samym wprawnym ruchem odrzucała na prawo, by potem setki tysięcy albo milion razy, za każdym razem tak samo krótko stukając, odciskać na pocztowych znaczkach umoczony uprzednio w tuszu mosiężny stempel” – pisze w plastycznym i momentami aż pod groteskę podchodzącym stylu Zweig. „Setki tysięcy listów, nieprzerwanie nowych, ale ciągle listów. Znaczków, różnych znaczków, ale ciągle znaczków. Dni, coraz to innych, ale każdy od ósmej do dwunastej, od drugiej do szóstej, i przez wszystkie te lata od początku do końca służby ciągle to samo, to samo, to samo”. „To samo” życie przekreśla tak mocno, że nie prowokuje do żadnego buntu, wręcz przeciwnie – ubezwłasnowolnia bohaterkę. Do czasu przynajmniej. Pewnego dnia bowiem przychodzi z daleka telegraf od ciotki Klary, arystokratycznej damy, która czując pewne zobowiązania wobec rodziny, zaprasza dziewczynę z poczty do hotelu w Szwajcarii. Na urlop. Christine trochę niepewna, ale najwyraźniej ciekawa, decyduje się na podróż, która w niewielkim stopniu odmieni jej życie, ale za to w przeobrazi jej światopogląd.

Blichtr, przepych, swoboda, luz – choćby i wystudiowany – stają się wkrótce elementem jej życia. Christine odkrywa za to radość, młodość, witalność, a nawet – obcą dotąd u niej dyspozycję – skłonność do uniesień erotycznych. Christine więc działa, miejscowi panicze zachwyceni. Wszystko gra. Do momentu, kiedy los znowu się odmienia i wygrywa lęk ciotki Klary przed odkryciem niearystokratycznego pochodzenia krewnej. Christine zostaje odesłana do domu, niczym list polecony. Do domu, gdzie umiera jej matka i gdzie czeka kolejne kilkaset milionów listów. I znowu to samo, to samo, to samo.

Tyle tylko że Christine tym razem się buntuje. Staje się inną osobą. Nieprzyjemną, opryskliwą, nieco nawet agresywną. Już wie, że bieda to nie ślepe przeznaczenie, a niesprawiedliwy wybór, którego nie ona dokonała. No ale jak to zmienić? Jest sposób. Trzeba tylko znaleźć sprzymierzeńca.

Stworzenie wspólnego frontu z niejakim Ferdinandem to zapowiedź nadciągającej tragedii i kolejnego zwrotu akcji, który prowadzi do rozwiązania fabuły. Nie będę go tu zdradzać. Napisać jednak mogę, że o ile zaczynając czytanie tej powieści, zachwycamy się polifonicznym opisem i doskonałym stylem, o tyle każda kolejna strona przenosi naszą uwagę na życie wewnętrzne bohaterów. Jest to jednak powieść psychologiczna w dobrym, starym stylu, jak zresztą i wiele innych książek Zweiga, który fascynował się Freudem; powieść brawurowa w analizach, przenikliwa, dość przy tym cierpka i – co pewnie będzie złą wiadomością dla wszystkich poszukiwaczy rozwiązań prostych a radosnych – pesymistyczna w odwrotny sposób niż proza niejakiego Paula Coelho. Na próżno więc szukać tu pocieszeń, daremnie oczekiwać happy endu. Raczej czyta się „Dziewczynę z poczty” pełnym niepokoju, nabierając z każdą stroną coraz więcej podejrzliwości wobec natury ludzkiej, którą mamy skłonność czasem tak łatwo usprawiedliwiać, gdy los dociśnie, a rzeczywistość doświadczy nader boleśnie.

A tymczasem nie ma wyjścia tak łatwego, jak obiecywano tu i ówdzie. Nie chudnie się w tydzień, nie pięknieje w jeden dzień, nie bogaci w dziesięć minut. I za to delikatne, acz w rewelacyjnej formie, przypomnienie – wielki szacunek dla Zweiga.
Stefan Zweig: „Dziewczyna z poczty”. Przeł. Karolina Niedenthal. Wydawnictwo W.A.B.. Warszawa 2012 [seria: Nowy Kanon].