Wydanie bieżące

15 lipca 14 (62) / 2006

Wiesław Kowalski,

CHŁÓD TEATRALNEGO REPORTAŻU

A A A
Można rzec, że kariera Pawła Demirskiego, jako najmłodszego kierownika literackiego w polskim teatrze, a także dramaturga, rozwija się imponująco. To człowiek szalenie aktywny, który w ciągu kilku lat napisał trzy nowe sztuki oraz zainicjował w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku Szybki Teatr Miejski. Dlatego na każdą kolejną premierę, sygnowaną jego nazwiskiem, krytyka – na czele z Romanem Pawłowskim – i publiczność czekają z ogromnym zainteresowaniem.

To swoisty fenomen, albowiem umiejętności dramatopisarskie Demirskiego w moim przekonaniu są raczej przeciętne, co uzmysławia szczególnie lektura jego tekstów wydanych drukiem i pomieszczonych w antologiach. Teatr też nie zawsze potrafi ukryć niedostatki jego pisarstwa, co było widoczne na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu KONTAKT w Toruniu, kiedy za skandal uznano prezentację „From Poland with Love”, z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, w reżyserii Piotra Waligórskiego. Krakowskim twórcom, w przeciwieństwie do Michała Zadary – reżysera gdańskiej realizacji – nie udało się znaleźć interpretacyjnego klucza do wyartykułowania zawartej w tekście ironii i stworzenia metafory, będącej istotą wszelkich teatralnych poczynań.

W swoim najnowszym dramacie „Jeśli przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw”, tytułem nawiązującym do słynnego wiersza Władysława Broniewskiego, Paweł Demirski zbliża się do paradokumentalnego montażu scenicznego, charakterystycznego dla STM. Zresztą podobny sposób budowania rzeczywistości scenicznej na zasadzie inscenizowanego reportażu dał się zauważyć już w poprzednich jego tekstach, również w tym o Wałęsie i Solidarności. Ale to właśnie owa forma zdaje się być najsłabszym ogniwem w dramaturgii Demirskiego.

Zainteresowanie najnowszą premierą w Gdańsku podsycane było dodatkowo dążeniem realizatorów do stworzenia ważnego, gorącego i zaangażowanego społecznie teatru politycznego. Premiera zapowiadana była jako wydarzenie tyleż artystyczne, co społeczne. Stąd też zorganizowana przed pierwszym spektaklem dyskusja poświęcona nieprzestrzeganiu praw pracowniczych w Polsce. Demirskiego zainteresował autentyczny przypadek tragicznej śmierci młodego robotnika w łódzkim zakładzie Indesit Company Polska, produkującym sprzęt AGD. Wydarzenie to, jako przejaw bezpardonowego nieprzestrzegania praw pracowniczych i zasad BHP, odbiło się szerokim echem w całej Polsce, stało się niemalże symbolem ludzkiej słabości, upokorzenia, bezsilności i bezradności wobec reguł obowiązujących w kapitalistycznym systemie zarządzania przedsiębiorstwami. Historia 21-letniego brygadzisty Tomasza Jochana, zmiażdżonego przez maszynę, wytłaczającą ściany zamrażarek, pozbawioną zabezpieczenia, dawała autorowi szansę obnażenia i skompromitowania konsumpcyjnego sytemu norm i wartości, opartego na wyzysku człowieka przez człowieka; dawała szansę pokazania Polski jako kraju skandalicznych warunków pracy, niegodnych wynagrodzeń, taniej siły roboczej. W takiej rzeczywistości traktuje się ludzką pracę w kategoriach bezwzględnych praw rządzących konkurencyjnym rynkiem, nastawionym na ciągłe zwiększanie wydajności pracy.

Tyle że dramaturgicznego pomysłu, doraźnego i interwencyjnego, starczyło zaledwie na stworzenie publicystycznego spektaklu o artystycznej poprawności, nie dającej nawet aktorom możliwości stworzenia pełnokrwistych postaci, wychodzących poza schemat zawarty w warstwie fabularnej. Tak naprawdę prawdziwej akcji w najnowszym tekście Demirskiego jest bardzo niewiele. Próba nadania dramatowi cech uniwersalnych też nie do końca się powiodła, pomimo nawiązań do okresu stanu wojennego i tragicznych wydarzeń w kopalni „Wujek”.

Najtrudniejsze zadanie mieli aktorzy, których role zostały nakreślone szkicowo, powierzchownie, momentami stereotypowo i naiwnie. Dużo pełniej scharakteryzowane pod względem życiowego i emocjonalnego prawdopodobieństwa zostały postaci kobiece, interesująco wykreowane przez Monikę Chomicką, Annę Kociarz i Małgorzatę Oracz. Chomicka, jako osamotniona żona w ciąży, skrzywdzona przez los, przepełniona pragnieniem odwetu, stworzyła w tym spektaklu jedną z ciekawszych ról. Najbardziej wiarygodne są sceny demonstrujące jej nieugiętość i upór w trakcie badania okoliczności tragicznej śmierci męża. Chomicka zagrała kobietę, która nie ugnie się przed niczym. Będzie walczyć do końca, by udowodnić, że odpowiedzialność za śmiertelny wypadek ponosi sam pracodawca. Bardzo sugestywna w aktorskim wyrazie jest również Anna Kociarz jako intrygująca urodą prawniczka, pragnąca wszelkimi metodami i technikami perswazji pozbyć się klientki, która usilnie poszukuje prawdy, a nie tylko zadośćuczynienia. Bohaterka grana przez Kociarz potrafi być tyleż przebiegła, co uprzejma, grzeczna i odpychająca, impertynencka w serwowaniu propozycji mających zakończyć bezkompromisowe i niewygodne dla właścicieli fabryki dochodzenie wdowy. Nie boi się stosować zastraszania, przekupstwa, a nawet używa szantażu moralnego. Wszystko po to, by doprowadzić do porozumienia z interesami pracodawców, wyciszyć spór i podpisać ugodę obydwu stron. W tym przypadku możemy mówić o właściwie zarysowanym konflikcie dramatycznym, gdzie dochodzi do pojedynku argumentów, przekonań, racji, motywów i intencji. Niestety, w relacjach między wdową a kierownictwem zakładu i zepsutymi włoskimi producentami (Rafał Kronenberg i Jerzy Gorzko), tragicznego wymiaru jest jak na lekarstwo. Poszczególne sceny, monologi, cytowanie punkowo-anarchistycznych protest-songów Dezertera, Armii i Kazika, interpretowanych przez Macieja Konopińskiego, to zaledwie mozaika obrazów rzadko ze sobą powiązanych. Słabości tekstu nie jest w stanie zatuszować reżyseria. Trudno bowiem znaleźć ekwiwalent sceniczny dla fragmentów zdominowanych retoryką, niedopracowanych w groteskowym i jednowymiarowym traktowaniu postaci męskich.

Zatem reżyser Romaulad Wicza-Pokojski nie miał łatwego zadania w konstruowaniu dramatycznych napięć i konfliktów, w ich stopniowaniu, w przełamywaniu tego, co realistyczne w to, co umowne i metaforyczne. Nie udało się stworzyć przejmującej i bolesnej opowieści o krwiożerczym kapitalizmie, determinowanym zyskiem i prawem rynku, opowieści o polskiej codzienności, która poruszyłaby ludzkie sumienia. Gdańskiemu spektaklowi brakuje owej siły rażenia. Jest zbyt chłodne. Społeczne ostrze dramatu nie działa. Tym bardziej, że scena finałowa jest zupełnie pozbawiona wyrazistości.

Dużym atutem spektaklu jest natomiast scenografia Roberta Rumasa, który przestrzeń gdańskiej Malarni zakomponował jako halę fabryczną, nowoczesny zakład z wielką suwnicą. Sterylność tego miejsca jest niezwykle wymowna, niemalże symboliczna. Dlatego pojawienie się krwi, usuwanej z hydraulicznego stempla przez Sprzątającego, robi niezapomniane wrażenie. Ale to za mało, by mówić o sukcesie Demirskiego i gdańskiego spektaklu.
Paweł Demirski „Jeśli przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw”. Współpraca dramaturgiczna: Paulina Murawska. Reż.: Romuald Wicza-Pokojski. Scenografia: Robert Rumas. Teatr Wybrzeże w Gdańsku. Premiera 11 czerwca 2006.