Wydanie bieżące

15 lipca 14 (62) / 2006

Joanna Wojdas,

CAT WOMAN

A A A
Tym razem nie byłam tak blisko sceny, jak trzy lata temu, kiedy Erykah Badu po raz pierwszy odwiedziła Polskę, i nie mogłam bezpośrednio, nie tracąc szczegółów, obserwować spektaklu, jakim są występy tej wokalistki. Ale wszelkie niedogodności wynagrodziły mi, adekwatne do tego typu (gorącej) czarnej muzyki, „okoliczności przyrody”: park, upalny lipcowy wieczór, namiot na świeżym powietrzu. A poprzednio był grudzień i Sala Kongresowa...

Siostry Sistars

Temperatura i wakacyjna aura ułatwiły sprawę artystom – atmosfera była już niejako zbudowana. Rozgrzana publiczność żywo i entuzjastycznie reagowała na supportujący występ Sistars. Zresztą, bardzo udany. Dziewczyny z wdziękiem przyznały się do estymy, jaką darzą Badu. Występ przed idolką onieśmiela, ale także zobowiązuje. Dlatego zabrzmiały specjalnie wyselekcjonowane – zdaniem autorek – najlepsze piosenki. Usłyszeliśmy dynamiczne, funkujące utwory, z wyrazistymi, mocnymi wokalami i miękkie ballady. Natalia i Paulina, jako wokalistki, są niezawodne, jako frontmanki, delikatne i dziewczęce. Mają pomysł na siebie, urok i warsztat.

Siostra Badu

Tym razem Erykah nie kazała na siebie czekać. Zaczęło się, o której miało się zacząć; nie wyszła, jak ostatnio, po dwóch utworach, ale prawie od razu. Na głowie trzęsło się monstrualne afro, z ramion zwisał powłóczysty, czerwonawy szlafrok. Po kilku utworach zrzuciła go. Pewnie wielu, po striptizie sprzed trzech lat, spodziewało się golizny – nic z tego – oczy ukuł biały strój szczelnie opinający szczupłe ciało. Salwa śmiechu, oklaski. Tak, jak poprzednio artystka darowała sobie powitanie i inne ckliwostki. Wyniosły dystans, wysoko uniesiona czarna głowa. Bez zbytnich ceremonii puściła coś z komputera, a potem ruszyła z pierwszym nieznanym mi, więc pewnie nowym, utworem. Następnie poszło proste, repetytywne, transowo erotyczne „Bump It” z „Worldwide Underground”. Nowość pojawiła się jeszcze tylko raz, resztę wieczoru wypełniły znane z płyt piosenki. O tym, że rzeczywiście są znane i że na koncert nie przyszły przypadkowe osoby, świadczyły gromadne śpiewy publiczności.

O jej koncertach nie można pisać tylko i wyłącznie w kategoriach muzycznych, bo są to prawdziwe spektakle. Badu ma talent szołmenki. Na scenie zachowuje się na pozór niedbale, nawet nonszalancko, a jednak nie ma tu przypadku. Koncert ma wyraźną strukturę i dramaturgię. Napięcie rośnie falowo: najpierw jest powściągliwość, potem chwila szaleństwa i znów pełna kontrola, dystans. Na początku Badu sprawia wrażenie, jakby nie chciało się jej nawet spojrzeć na widownię. Wykonuje oszczędne gesty, tańczy powoli. Jej najmniejszy ruch wywołuje wrzenie. Z czasem spoufala się ze słuchaczami, choć bez egzaltacji, wdaje się w gry słowne, nakłania do śpiewu, w końcu wznosi pięść i rzuca zaangażowane hasła, później znów następuje odprężenie, potem dziki taniec, znów spokój, w końcu gniewny rap. Gdy śpiewa „Bag Lady", kładzie się na wyciągniętych rękach tłumu. Pozwala się dotknąć, ale zaraz ucieka. Koniec, żadnych bisów. Jest jak kot: fascynuje, ale z daleka. Sukcesywnie zacieśnia relację z publicznością, niespiesznie buduje dramaturgię, przedstawienie powoli nabiera tempa, by w końcu doprowadziă fanów do stanu euforii. Jest swobodna, ale nie traci kontroli nad rozwojem wydarzeń. Pełen profesjonalizm, który nie boi się spontaniczności i improwizacji.

Na scenie cały czas trwa gorąca impreza, w rytm mocnego, pulsującego groov`u, znacznie bardziej funky niż soul. I tak jest od pierwszej chwili, żadnych rozgrzewek: wchodzą na scenę i, jak za dotknięciem magicznej różdżki, temperatura skacze, atmosfera gęstnieje. I to nasila się. W zabawie artystce towarzyszy jedenastoosobowy zespół: jest perkusja i bębny, basman, klawiszowiec, chórki i roztańczony flecista. Bogata instrumentacja nie tworzy natłoku dźwięków, przejawia się w ornamentacyjnych, nastrojowych smaczkach, utwory są proste, aranżacje powściągliwe – subtelnie, ale nic wyjątkowego. Całość spina wszechwładny, zmysłowy groove, pomruk basu i charakterystyczny głos Badu.

Ta sama i inna

Przez dziesięć lat kariery Erykah, jej śpiew i zachowanie sceniczne, zmieniły się. Ale to konsekwentne dojrzewanie. Kiedyś była uduchowioną, nadwrażliwą dziewczyną, śpiewała delikatnie: trochę soulu, trochę jazzowych klimatów, odrobinę swingu; na scenie była raczej statyczna, za to przebrana w afrykańko-hippisowski strój, otoczona kadzidełkami i świeczkami. Od jakiegoś czasu jej wizerunek jest dynamiczny, zmysłowy, zdystansowany – pokazuje, że Erykah mocno stąpa po ziemi. Co nie znaczy, że zarzuciła społeczne i duchowe przesłanie swej muzyki. Nie, tylko wyraża je prostszymi, mniej pretensjonalnymi środkami. Jeszcze trzy lata temu, podczas koncertu w Warszawie, miała wymalowane na ciele symboliczne znaki, zmieniała stroje adekwatnie do treści piosenek, jak kostiumy, a choreografia jej występu eksponowała baletowe i teatralne przygotowanie. Ale już wtedy zaczęła prezentować dojrzały, drapieżny wizerunek. Teraz z symboli zostało afro i kadzidełko, teatralność sprowadza się do grania gestami typowymi dla murzyńskiego (funkowego, odrobinę hip-hopowego) show, a także tymi prywatnymi, należącymi do Badu.

Coraz bliżej jej do ostrego funku, zadziornego hip-hopu i kabaretowej teatralności. Wciąż nosi się z gracją, aksamitnym głosem śpiewa o miłości, ale często sprawia wrażenie, jakby parodiowała samą siebie, jakby dojrzałość zdystansowała ją do naiwnych, sentymentalnych, miękkich interpretacji. Teraz „Green Eyes” nie brzmi jak lament bezsilnej opuszczonej kobiety, ale jak pastisz albo manifest feministycznej niezależności, pojawia się humor, autoironia. Śpiew jest często ostry, agresywny. Czasem nosowy, jak ten jazgotliwej, zadziornej Murzynki z przedmieść amerykańskiego miasta. Erykah bryluje też raperskim kunsztem.

Ciągła konsekwentna zmiana wizerunku i muzycznej ekspresji świadczy, z jednej strony, o ciągłych poszukiwaniach i dojrzewaniu artystki, z drugiej, o umiejętnej autokracji, która zaskakuje i podsyca zainteresowanie publiczności. Badu – ta sama i inna, wciąż ciekawa.

Badu & soul

Postać i twórczość Badu pokazuje się, że czarna, rozrywkowa muzyka, choć ludyczna, mocno erotyczna i grająca typowymi murzyńskimi elementami, nie musi sprowadzać się wulgarnych, łechtających oko obrazków. Wyeksponowana zmysłowość Badu diametralnie różni się od tej, uprzedmiotawiającej i szablonowej, lansowanej przez telewizje muzyczne, jest spersonalizowana, autentyczna i świadoma, często podszyta humorem, a nawet genderowo znacząca.

Erykah jest dowodem, że powrót do tradycji, do korzeni muzyki soul, które sięgają siódmej dekady zeszłego wieku, przyniósł (także) wartościową i autentyczną muzykę. Jej promotor, ówczesny szef wytwórni Kedar, Massnburg, ochrzcił ten amalgamat korzennego soulu, nowoczesnego r’n’b i hip-hopu, dosyć oczywistą nazwą neo-soulu, a teraz pod szyldem legendarnej Motown Records lansuje twórczość swych podopiecznych. Na ich czele nieustępliwie kroczy Badu. Choć nie jest tak sławna i bogata, jak pokrewne jej stylistycznie wokalistki (Macy Gray, Lauryn Hill czy Alicia Keys), to ona bezdyskusyjnie dzierży berło królowej. Zasłużyła na nie wyrazistą, oryginalną wizją muzyczną, którą zbudowała na radykalnym, alternatywnym obrazie świata i wyjątkowym, ciekawie eksploatowanym głosem. Sukces odniosła bez korzystania z wielkiej promocji. Idzie swoją drogą i, choć jej teledyski rzadko pojawiają się telewizjach muzycznych, gromadzi tłumy oddanych fanów – wyznawców baduizmu. Bo twórczość Badu, to – rzeczywiście – swoista teoria wszystkiego, ukazująca świat z punktu widzenia czarnej, feminizującej kobiety. Jej sztuka jest popularna i lekkostrawna, a mimo to niezależna i społecznie zaangażowana; uduchowiona, a zarazem mocno osadzona w ciele i seksualności; tryskająca raz dosadnym, raz wyrafinowanym humorem.

Koncert Badu, obok Americany na Malcie, to – jak dla mnie – największe wydarzenie koncertowe tego lata.
Erykah Badu. Park Sowińskiego, Warszawa, 11 lipca 2006.