Wydanie bieżące

1 września 17 (209) / 2012

Marzena Boniecka,

KLAUSTROFOBIA NA WYNOS, RAZ!

A A A
Fast – fobia, fobia – Fast

Uczucie dziwnej irytacji towarzyszy czytelnikowi podczas lektury najnowszego tomiku Kamili Pawluś „Klaustrofobia na wynos”. I należy dodać, iż owa irytacja rzuca szeroki emocjonalny światłocień na tę poezję. Na tyle potężny, że tworzy przestrzeń niezdecydowania, która nie mieści się i rozsadza nasz system odbiorczy, powodując (chcąc, nie chcąc) dziwne wrażenie, że permanentna duszność podmiotu staje się również naszym udziałem. Bowiem w krótkich formach autorka stara się powiedzieć wszystko. Jednak to, co podaje się „na wynos”, często okazuje się ciężkostrawne. Bynajmniej również ta przypadłość w kontekście liryków traci jednoznaczną wartość – zaleta to czy wada?

Ułożeni i doprani pop-kulturalni ludzie

Kim są? Nie ma tutaj zbiorowego podmiotu, ale „ja” mówiące w tych utworach tworzy szablon, który łatwo przyłożyć do współczesnego życia każdego z nas. W zasadzie pewne skojarzenia i kwestie nasuwają się samoistnie, gdyż ów formę da się powielić, odtworzyć, kopiować w milionach ludzkich istnień. Klaustrofobia (często nieuświadomiona) staje się więc zjawiskiem odbieranym (odczuwanym?) masowo. Wykrojeni jesteśmy, zdaje się mówić Pawluś, w zasadzie na miarę: „człowiek bryła geometryczna ograniczona skórą” („muta”). Zmechanizowanie świata, korporacyjna mantra dnia codziennego, powszednie klisze składające się z miejsc (fabryk, biur, sklepów) powoduje, że „George” – jakim stajemy się często – „nie był już swój” („centrala, tracimy zasięg”). Nie ma nas w nas – czytamy – zostaje system, rzeczywistość półfabrykatów, zaprogramowanych jakoś do życia. Wydawać by się mogło, że poetka – za Gombrowiczem – podsuwa jedyne rozwiązanie w postaci próby rozbicia formy: „George – zrobił sobie kolejną przerwę w przerwie, zamówił zupę i gapił się w talerz, aż powiedziałam do niego «hej, George», a on wstał i wylał zawartość naczynia na swoją głowę”. Ratuje nas absurd, groteska choć nie zdajemy sobie sprawy, że absurd w ponowoczesnym świecie to my przekonani o własnej jednostkowości.

Syndrom zamknięcia

„spójrz, tu wszystko niedozwolone. / opatrzeni jesteśmy znakiem zakazu i drut kolczasty / nawet nad przedszkolem, odgradzając nas czy ich?”(„kokardki”) – czytamy u Pawluś, mocno odczuwając postmodernistyczne aluzje, pytania o tożsamość i płeć, zwłaszcza w kontekście kategorii performatywności przejętej przez Butler. Idąc tym tropem, widać, jak poetka wyraźnie stawia znak równości pomiędzy ciasną przestrzenią ciała a słowem, które samo w sobie stanowi granicę. Tymczasem „z prochu powstałaś i jesteś paprochem” („durnostójki”), wydawać by się mogło: mało zaskakująca prawda. Oczywistość, która miesza się z banałem (w całym tomie podobnych fraz jest wiele), ale uwydatniająca pewien kontrapunkt ukryty w tej frazie: owa przestrzeń to sterylne pudełko, czyste, pozbawione śmieci, rozkładu, a więc puste? Jeśli mówić o podmiotowości w poezji Pawluś to nie ma ona znamion subwersji, nie powoduje pęknięć, nie wylewa się szczelinami binarnych, społecznych porządków. Jej po prostu nie widać. Dlatego uformowany przez kulturowe normy człowiek nie potrafi jej rozpoznać. W konsekwencji traci kontakt z samym sobą, komunikacja zostaje zakłócona („jeżeli uporczywie nie wchodzisz do siebie, to co ci jest?”; „paternoster”). Zagubienie powoduje, niemożliwą do scalenia, kompletność „ja”. Co zamiast tego? Nadmuchane, jak balon, powietrzem życie. Popowość nabiera tutaj nowego znaczenia, bowiem staje się egzystencją tworzoną z półfabryktów, chemii i kiczu, gdzie „body” to efekt rozmaitych (niemalże produkowanych laboratoryjnie) procesów, przede wszystkim wegetacji. Nie ma rozwoju, a ewolucja posiada w sobie pewien brak wynikający z przekonania o doskonałej formie gatunku za jaką uchodzi ludzkość. Skoro nie ma progresu, pozostaje regres.

Hikikomori

Pawluś szuka źródła. Nie brakuje w jej poezji wokół pojęcia „klaustrofobia” odniesień do Freuda. Szukania przyczyny w momencie narodzin: „jeśli urodzę córkę, powiem jej: po co się urodziłaś, wracaj do mego brzucha. tu nie jest bezpiecznie. pozwól się połknąć.” („Kronos”). Wydaje się, że przed zamknięciem rozumianym jako genetycznie nabyta przypadłość nie można się uchronić. Bo przyjście na świat funduje nie wyzwolenie, wyjście w przestrzeń, lecz wycofanie w stronę jakiegoś „do”. Wspomniany wiersz porusza jeszcze jeden, ciekawy w tej poezji wątek: relacji rodzinnych, relacji matka – córka, władzy. Dużo w tym znanej „potwornej” symboliki. Mityczny Kronos w kobiecej skórze boi się utraty siebie, pokawałkowania. Gest połknięcia, pożarcia to powrót wstecz, nadzieja, by siebie nie tracić i jednoczesny potrzask. W tym miejscu ujawnia się istota myślenia o klaustrofobii: wycofanie to wolność – ucieczka, wolność to zamknięcie i pewnego rodzaju śmierć. „Hikikomori” przestaje być problemem jednej nacji, a staje się globalną chorobą i równocześnie sposobem funkcjonowania w społeczeństwie, masie. Odosobnienie wydaje się być jedyną alternatywą na przetrwanie.


Fast-scriptum

Tomik Pawluś podaje czytelnikowi treści zapakowane w krótkie, szybkie formy. Zwięzłość nie służy tutaj uproszczeniom, wygodzie czytelnika (choć nie brakuje i oczywistych skojarzeń), ale jego zadławieniu. Dlatego trudno nie pokusić się o stwierdzenie, że niedogodne położenie podczas lektury powoduje chęć porzucenia tej poezji – wycofania właśnie?
Kamila Pawluś: „Klaustrofobia na wynos”. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury. Poznań 2012.