Wydanie bieżące

1 września 17 (209) / 2012

Sławomir Iwasiów,

ANGLIK W MEKSYKU

A A A
Literatura podróżnicza to szerokie pojęcie, które odsyła do pomniejszych, choć przecież nie mniej ważnych, gatunków. Elementy powieści, dziennika czy eseju, skonstruowanych wokół motywu podróży, możemy obecnie odnaleźć w wielu utworach prozatorskich, a niektórzy autorzy, jak choćby Claudio Margis (jedna z jego książek nosi tytuł „Podróż bez końca”) czy Andrzej Stasiuk (w „Fado” pisał wprost: „Podróżować to znaczy żyć”), do perfekcji opanowali wykorzystywanie ich do dopisywania kolejnych „odcinków” swoich niekończących się przygód. Dlaczego pisarze chętnie sięgają po podróż? Wydaje się, że podróż to nie tylko nośny wątek, osnowa fabuły, coś, co bohater (jak protagoniści Homera albo Joyce’a) po prostu cały czas „robi” w fikcyjnym świecie, ale także bardzo istotny element nowoczesnego życia społecznego – podróż jest chyba dla nas czymś bliższym niż literacka, „napompowana” metafora egzystencji. Podróżowanie stało się koniecznością, a mobilność, nie tylko, jak twierdzą socjologowie, „pionowa”, ale również „pozioma”, określa miejsce jednostki w społeczeństwie. Człowiekiem „żyjącym w podróży” jest Ryan Bingham, bohater filmu „W chmurach” w reżyserii Johna Reitmana (2009), który zawodowo zwalnia ludzi z pracy i w tym celu przemierza całe Stany Zjednoczone, korzystając z bogatej oferty linii lotniczych. Ryan nie potrafi robić nic innego – wszystkie jego cechy, przyzwyczajenia, decyzje są podporządkowane podróżowaniu. Czy taki sposób „bycia w świecie” dotyczy nas wszystkich? W pewnym sensie tak; polskim odpowiednikiem opowieści o podróżującym człowieku może być ostatnia powieść Krzysztofa Vargi pod tytułem „Trociny”, której bohater wprawdzie jest komiwojażerem i jeździ pociągami, ale przez to lepiej wpasowuje się w rodzimą codzienność. I też, podobnie jak Ryan, właściwie nie ma wyjścia – nie może przestać podróżować. Te postaci nie są kolejnymi Odysami, metaforami nieskończonej podróży przez życie, ale bardziej „żywymi” przykładami nowoczesnych przemian podróży.

Kimś, kogo umieścilibyśmy chyba pomiędzy tymi dwoma modelami – „podróżnika metaforycznego” i „podróżnika społecznego” – jest bohater najnowszej książki Hugh Thomsona pod tytułem „Tequila Oil, czyli jak się zgubić w Meksyku”. Brytyjski pisarz i podróżnik napisał tę książkę pod wpływem swoich doświadczeń z ekskursji przez Meksyk, którą odbył w wieku osiemnastu lat – po latach wrócił do swoich wspomnień i jak wynika z narracji, na podstawie notatek zrekonstruował przebieg tamtej wyprawy. „Tequila Oil” składa się z dwóch części: pierwsza, dłuższa, to zapis wyprawy odbytej pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia, ale też opis inicjacji młodego Hugh w dorosłość; druga część, krótsza, to jakby „powrót” do Meksyku po trzydziestu latach, kiedy dojrzały już bohater musi zmierzyć się z kolejnym zwrotem w pogmatwanym życiu. Ta pierwsza jest zdecydowanie bardziej wciągająca; ta druga – nosi znamiona powtórnego wchodzenia do tej samej rzeki.

„Tequila Oil” zaczyna się w przygodowym stylu. Osiemnastoletni Hugh poznaje podczas lotu do Meksyku obywatela tego kraju, który podsuwa mu pomysł na szybki zarobek: według tajemniczego pasażera, młodzieniec powinien kupić amerykański samochód i przez Meksyk przewieźć go do Belize (w porównaniu z przemytem narkotyków, powszechnym w tej części świata, to zupełnie „niewinny” interes). Hugh uważa, że to dobra myśl – przede wszystkim dlatego, że nie ma nic lepszego do roboty. Całość przypomina od początku „powieść drogi” lub „film drogi” – narrację nieskomplikowaną, dającą nadzieję na niejeden zwrot akcji, ale też wystarczająco pojemną, żeby „przy okazji” opowiedzieć o miejscach, do których trafia bohater. (Na marginesie: podobną do Hugh „misję” miał do spełnienia Jim – bohater dreszczowca „Autostopowicz” Roberta Harmona z 1986 r.).

W Meksyku – dzięki bardzo dobrej znajomości języka hiszpańskiego – Hugh łatwo zawiera znajomości. Najpierw zaprzyjaźnia się z Fernando, który zostaje jego „wspólnikiem zbrodni” i razem planują, mimo wszystko niezbyt skomplikowaną, akcję: „Nie była to jakaś wielka operacja. Przeważnie przesiadywaliśmy w barach i graliśmy w bilard po meksykańskiej stronie granicy, bo w Teksasie nie sprzedawano alkoholu osobom poniżej dwudziestego pierwszego roku życia. Później koło południa, po wychyleniu kilku piw i popiciu ich tequilą, przekraczaliśmy granicę” („Tequila Oil”, s. 22). Wszystko wygląda od początku pięknie, zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe: widać w tej opowieści młodzieńczy luz, ducha wolności i tak prostoduszną historię, że czasami trudno uwierzyć w jej realność. Chłopaki kupują za 500 dolarów samochód na handel: Oldsmobile’a 98 z 1972 roku i w tym momencie rozpoczyna się „szalona” jazda przez Meksyk: „Choć robiło się już ciemno, ruszyłem dalej na południe, ogarnięty jakąś gorączką. Po przedłużającym się poszukiwaniu samochodu nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie rozpocznę podróż. Za moimi plecami niknęły w dali słabe światła Juárez, a przed sobą nie miałem nic oprócz kaktusów wyrastających gdzieniegdzie ponad linię horyzontu – zupełnie jak w filmie, myślałem z satysfakcją” („Tequila Oil”, s. 32). Coś w tym jest – powieść jest bardzo „kinematograficzna”. Mamy tu do czynienia z typową fabułą przygodową, coś jakby filmem drogi podzielonym na poszczególne przystanki w podróży/sekwencje: Hugh, kiedy nie jedzie samochodem, przystaje w różnych miejscach, przeważnie miastach, i tam przeżywa różne przygody, pracuje, poznaje nowe twarze itd.

Mimo to przypadki młodego Anglika otwierają kolejną warstwę tej powieści – to nie tylko powieść drogi, ale także opowieść o czasach, w których podróżowanie odgrywa określoną rolę kulturową. Hugh uważa się za typowego brytyjskiego punkowca końca lat 70. – jest zbuntowany, ale inteligentny i dobrze zorientowany w napięciach pomiędzy kolejnymi generacjami kontestatorów. Na przykład dość często świadomie odwołuje się do kultury hipisowskiej – i przedstawia ją w opozycji do swoich poglądów. Chłopak reprezentuje zupełnie inne pokolenie niż jego poprzednicy: „Gdy dorastałem, starsi kuzyni, którym udało się przeżyć lata sześćdziesiąte, zawsze mi opowiadali o swoich podróżach na Wschód, do Indii, gdzie wyruszali, aby »odnaleźć siebie«. Nie byłem pewien, czy udało im się osiągnąć ten cel – nie widać było po nich jakichś specjalnych korzyści płynących z tych wypraw” („Tequila Oil”, s. 35–36). Hugh doskonale wie, po co podróżuje i to jest również jasne dla czytelnika tej książki – młodzieniec chce poznawać świat, a niekoniecznie eksplorować swoje wnętrze, bo przecież doskonale je zna.

Wyrazem uświadomionego buntu – a także jednym z drogowskazów tej podróży – jest Pancho Villa, przywódca partyzantki chłopskiej, którego ślady Hugh próbuje tropić podczas jazdy przez Meksyk. Wszystko się zgadza: młody-zbuntowany ma swój, wprawdzie odległy, ale jednak bardzo wyrazisty wzorzec kontrkulturowy. W momentach, gdy Hugh zastanawia się nad wpływem Pancho Villi na kształt meksykańskiej historii i kultury, „Tequila Oil” zaczyna przypominać bardziej esej niż powieść: „Może się wydawać dziwne, że Pancho Villa rozpoczął rewolucję właśnie tutaj, w Chihuahua, stanie najbardziej oddalonym od stolicy, istniały jednak po temu ważne powody: ziemia ta zapisała się historii jako kolebka ruchu oporu wobec wielkich majątków ziemskich zwanych hacjendami, których pracownicy byli całkowicie uzależnieni ekonomicznie od właściciela” („Tequila Oil”, s. 42). Villa jest dla bohatera kimś interesującym, wzorcem do naśladowania – przygody i przemyślenia Hugh to także opowieść o pewnym stylu życia, wolnym od ograniczeń i przymusów, opartym na wierze we własne siły.

Hugh nie jest mimo to podróżnikiem-pielgrzymem, który ma jasno określony cel podróży; to znaczy dobrze znamy jego zamiary dotyczące sprzedaży samochodu, ale ich realizacja przypomina raczej kręcenie się wkoło, podróż dla samej przyjemności podróżowania: „Ja sam ruszyłem do Rancho Grande, pytając po drodze o wskazówki, jak tam dotrzeć. Pytanie o drogę to w Meksyku trudna sprawa, ponieważ miejscowi uważają, że nieładnie jest nie udzielić pytającemu pomocy, nawet jeśli samemu nie zna się drogi” („Tequila Oil”, s. 53). W tym znaczeniu „Tequila Oil” to także rodzaj itinerarium – dzięki tej książce poznajemy dość dokładnie odwiedzane przez bohatera miejscowości. To coś w rodzaju przewodnika przez meksykańskie krajobrazy, ale specyficznego, podporządkowanego percepcji dorastającego, buntowniczo nastawionego do świata młodzieńca: „Mogłem jeździć głównymi drogami, takimi jak Autostrada Panamerykańska. Nie po to jednak przyjechałem do Meksyku, żeby trzymać się głównych tras. Przyjechałem tu po to, żeby się zgubić” („Tequila Oil”, s. 35). Znowu Hugh składa jasną deklarację: niczego nie szuka, chciałby „zgubić się” w Meksyku, dać się ponieść drodze, jaka by ona nie była.

W dalszych partiach tej historii bohaterowi przydarzają się mniejsze i większe przygody, które przeważnie są związane z koniecznością zarobienia na dalszą podróż: a to pracuje na rancho, gdzie zajmuje się podstawowymi czynnościami „kowboja”, to znowu w tartaku jest tłumaczem, a pod koniec podróży robi inwentaryzację… klubu golfowego. „Przeskoki” między tymi zajęciami bywają tak płynne, że trudno uwierzyć w ich prawdziwość – albo autor, opisujący przecież swoje doświadczenia, miał głowę na karku, albo niesamowite szczęście. W każdym razie wszystko układa się po myśli bohatera i zawsze udaje mu się kontynuować wyprawę na południe.

Młody podróżnik, między kolejnymi przygodami i tarapatami, w jakie się pakuje, dość swobodnie odwołuje się do klasycznych tekstów literackich o podróżowaniu. Najwyraźniej dobrze przygotował się do wycieczki śladami największych podróżników: od Homera poczynając, przez Conrada i Joyce’a, aż do H. D. Lawrence’a, Malcolma Lowry’ego i Jacka Kerouacka. To też bardziej „eseistyczna” cześć narracji Thomsona. Hugh często przypomina sobie poszczególne utwory, a nawet zdarza mu się „sprawdzać”, czy sporządzone przez jego „wielkich” poprzedników opisy zgadzają się z rzeczywistością. Bywa czasem rozczarowany – na przykład Lawrence w ogóle go nie przekonuje, ponieważ odwołuje się do Meksyku, którego już nie ma (do jego indiańskich korzeni); natomiast Kerouack jest lepszy, bardziej wiarygodny, choć przecież „hipisowski”. Najbardziej chyba podoba się Hugh „Pod wulkanem” Lowry’ego – ponieważ jest historią o rozpadzie świata, bez jakiejkolwiek nadziei na poskładanie w sensowną całość jego resztek: „Pije się w tej powieści na potęgę. Konsul wykorzystuje prymitywną konstrukcję z ręcznika, która pozwala mu przyciągnąć szklankę do ust, gdy po przebudzeniu trzęsą mu się ręce. Z takiego właśnie wynalazku korzystał również sam autor” („Tequila Oil”, s. 154).

Trochę blado wypada na tle tego wszystkiego zakończenie – niby chłopakowi już ma się nie udać „misterny” plan, a jednak ktoś w końcu kupuje od niego, jak można łatwo zgadnąć, zmasakrowanego i poobijanego od trudów wycieczki Oldsmobile’a. Potem następuje przejście do drugiej część książki, w sumie mniej ciekawej niż pierwsza. Bohater, już z perspektywy doświadczonego mężczyzny, wraca do tych samych miejsc, które odwiedził trzydzieści lat wcześniej. Te powroty, próby odszukania atmosfery miast i ulic z przeszłości, zagłębianie się we wspomnienia, nie są już tak pasjonujące, jak te pierwsze przeżycia. Robienie tego samego po raz drugi zwykle jest mniej ciekawe – i tak też jest z tą partią „Tequila Oil”.

Podsumowując: jest tutaj sporo do odkrycia i nie jestem w stanie w pełni oddać wszystkich „przystanków” tego tekstu, każdej draki, której Hugh jest udziałem. Książka Thomsona to przede wszystkim powieść przygodowo-podróżnicza z wątkami inicjacyjnymi, ale także esej dotyczący historii i kultury Meksyku. Wszystko to zostało przefiltrowane przez „narrację drogi” – samochód daje przecież zupełnie inny rodzaj wolności niż na przykład rower czy pociąg. Oldsmobile zobaczył mniej więcej to samo, co jego kierowca: Meksyk, którego pewnie już dzisiaj nie ma, kraj dziki, ale przyjazny, z wyboistymi drogami, ale niepozbawiony, czasem paradoksalnych, zasad i zwyczajów. Jak ten, który polega na piciu drinka o nazwie Tequila Oil, będącym przeciwieństwem spopularyzowanego (i według Hugh – obrzydliwego) Tequila Sunrise. Tequila Oil, to sok pomidorowy zmieszany z tequilą, sosem z ostrej papryki i… maggi. Mieszanka wybuchowa, czarna jak smoła, ale przez to wyrazista i jedyna w swoim rodzaju. Taka trochę jest ta książka, na pierwszy rzut oka szalona, ale w środku – niezwykła.
Hugh Thomson: „Tequila Oil, czyli jak zgubić się w Meksyku”. Przeł. Agnieszka Wilga. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012. [seria: „Orient Express”].