Wydanie bieżące

1 września 17 (209) / 2012

Maja Baczyńska, Adam Bałdych,

NATCHNIENIE JAK NARKOTYK

A A A
Młodzi śląscy kompozytorzy - cz.2.
Maja Baczyńska: Jak się zaczęła twoja przygoda z muzyką?

Adam Bałdych: Kiedy miałem 9 lat, moja siostra Magda zapisała mnie do szkoły muzycznej w Gorzowie. Maleńka szkoła przy ul. Teatralnej okazała się dla mnie wielkim miejscem, które miało spory wpływ na moją decyzję zostania muzykiem. Potem przyszedł czas na jazz... i tak do dziś.

M.B.: A jak wpłynęły na Twoją artystyczną ścieżkę studia w Katowicach?

A.B.: To był przede wszystkim czas, gdy poznałem wielu wspaniałych muzyków - żyłem z nimi w jednym akademiku. Codziennie rozmawialiśmy o muzyce, dzieliliśmy się pomysłami. To niezła „nakrętka” do pracy i rozwoju.

M.B.: Potem pojawił się Nowy Jork. To była spora odmiana. Czy pobyt w USA spełnił wszystkie Twoje oczekiwania?

A.B:. Nowego Jorku nie można „ugryźć” w parę miesięcy, ale czuję, że „zaznaczyłem tam swój teren” i to dla mnie fajna sprawa. W najbliższych latach zamierzam działać głównie w Europie, bo tu mam kontrakt płytowy i największą ekspozycję. Natomiast w każdej wolnej chwili zamierzam wracać do USA i grać z muzykami nowojorskimi. Myślę, że przyjdzie taki moment, że zamieszkam tam na stałe na parę lat. Na razie dzieją się dla mnie piękne rzeczy w Europie i nie chcę z tego rezygnować.

M.B.: W jakich zespołach grałeś dotychczas?

A.B.: Grałem w kilku zespołach. Nigdy nie chciałem rozdrabniać się w tym, co robię, dlatego z reguły wolałem w pełni poświęcić się jednemu lub dwóm projektom, niż występować gościnnie w niedopracowanych artystycznie grupach powoływanych tylko na kilka koncertów. Dotychczas moimi najważniejszymi zespołami były: Up to Date, Marek Raduli Squad oraz Mutru Piotra Żaczka. Epizodyczną sytuacją był projekt, który powołałem z Davidem Yengibarjanem z Armenii oraz z kolegami z wydziału jazzu w Katowicach – Storyboard. Pomimo zagranych aż 4 koncertów (śmiech), wydałem płytę przygotowaną specjalnie dla tego projektu. Myślę, że wyznaczył on pewien nowy - akustyczny - kierunek w mojej twórczości, który będzie w najbliższym czasie coraz mocniej eksplorowany. Oprócz tych zespołów zagrałem parę tras koncertowych z muzykami z zagranicy w Europie oraz brałem gościnny udział w projektach w USA i Indonezji.

M.B.: Poznałeś wiele znanych postaci sceny jazzu, czy było takie spotkanie, które szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

A.B.: Spotkanie z Markiem Radulim było czymś wyjątkowym. To człowiek, który nie tylko wiele mnie nauczył muzycznie, ale również był i jest moim autorytetem jako człowiek. Dla mnie to wyjątkowa osoba - gdyby nie on, z pewnością byłbym dziś w innym miejscu. Szczególnym spotkaniem była także trasa z moim największym guru – Jimem Beardem, z którym graliśmy rok temu. Od dziecka chciałem się z nim spotkać na scenie.... Kiedy się to wreszcie stało, byłem bardzo szczęśliwy. To niesamowita osobowość. Cieszę się, że mogłem go poznać. Myślę jednak, że najwięcej takich spotkań miało miejsce w Nowym Jorku, gdzie jednego wieczoru potrafiłem poznać muzyków grających z Herbiem Hancockiem, Lady Gagą czy Meshell Ndegeocello.

M.B.: Co uważasz za swoją dotychczas największą muzyczną przygodę?

A.B.: Samotna podróż na dwa tygodnie do Indonezji w wieku 16 lat. To była prawdziwa przygoda w wyjątkowym miejscu. Zostałem zaproszony na festiwal „JAKART”, w którym brali udział muzycy z całego świata. Kiedy zobaczyłem w Jakarcie ściany z rozlepionymi plakatami wielkiego formatu z moim zdjęciem i hasłem „Superstar from Poland”, poczułem się niezwykle doceniony. Tam muzyków jazzowych traktuje się niczym gwiazdy rocka. To było niesamowite doświadczenie, które zapamiętam do końca życia. Jeśli chodzi o ostatnie wydarzenia, to na pewno sesja nagraniowa dla wydawnictwa ACT, z muzykami, których poznałem dopiero w studio tuż przed nagraniami. To był concept-project i jest to naprawdę niezła jazda stworzyć muzykę w takich warunkach.

M.B.: No właśnie. To prestiżowa niemiecka wytwórnia. Zdradziłbyś szczegóły?

A.B.: 22 czerwca odbyła się premiera mojego pierwszego albumu dla ACT. Nagrałem go ze wspaniałymi muzykami, takimi jak: Lars Danielsson (kontrabas, wiolonczela), Jacob Karlzon (piano), Morten Lund (perkusja), Verneri Pohjola (trąbka), Marius Neset (saksofon). Materiał nagraliśmy w legendarnym Berlińskim studiu Hansa Tone Studio.

M.B.: Twoja kariera wspaniale się rozwija. Ostatnio otrzymałeś nawet nagrodę „Ale sztuka!” przyznawaną przez dziennikarzy Gazety Wyborczej, Radia Zachód i TVP Lubuskie. Czy było to dla Ciebie zaskoczenie?

A.B.: Nie było to dla mnie zbyt wielkie zaskoczenie, ponieważ w Gorzowie mało kto cokolwiek robi, a ja akurat bardzo dużo pracowałem cały rok. Natomiast bardzo się z tej nagrody ucieszyłem. Mobilizuje mnie to do dalszej pracy. Mam mnóstwo pomysłów i chcę je po kolei realizować.

M.B.: Czy i gdzie w Polsce będzie Cię można w nadchodzących miesiącach usłyszeć?

A.B.: W najbliższym czasie pojawię się na paru festiwalach i koncertach w lipcu i sierpniu. Polecam zerknąć na www.adambaldych.com. Tam są podane wszystkie daty moich koncertów.

M.B.: Muzyka to…

A.B.: Abstrakcyjna forma przekazu emocji, to sposób na przekazanie treści, których nie da się opowiedzieć słowami. Muzyka to moje życie i sposób na sięganie w głąb siebie i dzielenie się swoją osobowością ze słuchaczami.

M.B.: A natchnienie to…

A.B.: Natchnienie to stan ducha i niesamowita energia pobudzająca zmysł twórczy - impuls, który inspiruje do tworzenia. Natchnienie jest nieprzewidywalne, ale działa jak narkotyk, który otwiera nieznane pokłady pomysłów, koncepcji artystycznych.

M.B.: Dziękuję za rozmowę.

A.B.: Dziękuję.