Wydanie bieżące

1 września 17 (209) / 2012

Grzegorz Mucha,

SZEŚĆ KAWAŁKÓW NA ORKIESTRĘ

A A A
Wiadomo, że Genesis tworzyły wybitne osobowości. Nie jest to miejsce na roztrząsanie kolei losu zespołu. Wśród co najmniej sześciu ważnych nazwisk byli gitarzysta Steve Hackett i pianista Tony Banks. Wydaje mi się, iż to właśnie oni tworzyli solidną podstawę, na której nadbudowywano resztę muzyki. To ci dwaj muzycy konkurowali pomiędzy sobą. Pragnęli się zaskakiwać, ale też inspirować. Los, lub coś innego, sprawił, że się rozdzielili. Hackett od lat skutecznie działa sam, z własnym zespołem, bądź znanymi kolegami. Z Banksem na swej muzycznej drodze już się nie spotkał. Ten zaś przez wiele lat, pozbawiony wsparcia Hacketta, budował mit „nowoczesnego” zespołu, jakim w latach 80 i później starał się być Genesis.

Pisał też muzykę, którą podpisywał sam. Ale Banks nigdy nie miał szczęścia. Jego solowe dokonania jakoś nie trafiały na podatny grunt. Ta muzyka podobała się na ogół dosyć wąskiemu kręgowi słuchaczy. Świadczy to jednak raczej tylko o braku prawdziwego marketingu, bo te utwory nie ustępowały kompozycjom, które podpisywał z kolegami z zespołu. Nie starał się, jak Collins czy Rutherford, gonić list przebojów, pisał nadal swoje „romantyczne pasaże”, a co dla niego najgorsze… nie śpiewał. Przyznać też trzeba, iż wokalistów także dobierał ze średnim skutkiem. Tak było aż do 2004 roku, kiedy to wytwórnia Naxos wydała album „Seven”. Rok ten nie stał się jednak dla twórcy przełomowy. Co się więc stało? Naxos jak wiadomo wydaje muzykę poważną, a Tony Banks napisał siedem „poważnych kompozycji”. Dwie z nich były wynikiem jego starych pomysłów, a pięć pozostałych napisał wyłącznie z myślą o orkiestrze. Całość nazwał „Suitą na orkiestrę”.

W tym roku Naxos wydał album „Six”, czyli kolejne nowe „poważne” utwory Banksa. Tym razem kompozytor również rozbudował tytuł. Do „Six” dodał „Pieces for Orchestra”. Od razu miałem skojarzenie z „Four Orchestral Pieces op. 12” Bartoka. Czy słusznie? Można udzielić dwóch odpowiedzi. Odpowiedź pierwsza: Banks ma niezwykły talent do pisania mocnych melodii i rozbudowywania ich w zajmujący sposób. Odpowiedź druga: Banks nadal jest tym samym muzykiem, który pisał niezwykłe rockowe utwory. Bo po kolejnej dawce nowej muzyki nie nazwałbym byłego pianisty Genesis symfonikiem. Nie sięga po dokonania drugiej połowy XX wieku i nie wykorzystuje wielu możliwych brzmień, jakie daje współczesna orkiestra. Lubi natomiast orkiestrowe tutti. Kompozycje kojarzą mi się z Deliusem, Williamsem, a w najlepszym razie z Elgarem. Banks stara się je urozmaicić. Nie gra już na fortepianie (jak to miało miejsce we fragmentach „Seven”), daje okazję nowym instrumentom solowym (saksofon altowy w „Siren”; skrzypce w „Blade”). Dzięki czemu utwory mienią się bardziej, a orkiestra musi ułożyć się z solistą. Mimo to melodie na tym nie zyskują, a - choć to nie wina kompozytora, ale raczej filmowego zwichrowania większości słuchaczy dzisiejszych czasów - kojarzą się właśnie ze ścieżką dźwiękową filmu.

Powyższe uwagi są jakby w kontrze do wyjątkowo pochwalnego tonu, wiszącego nad nową muzyką Banksa. Wspomina się nawet o nowym rozdziale i odwróceniu się karty. A przecież Banks niewiele się zmienił. Napisał muzykę na orkiestrę, bo jak przypuszczam, nie chce zakładać kolejnego zespołu rockowego, a nie dla poklasku „zacnej publiki”. Nie zaskoczył nas. Nauczył się jedynie władać brzmieniem orkiestry, choć wielu robi to lepiej.

Czy jest zatem dobrze? Tak, bo były pianista byłego zespołu jest nadal sobą. Jest z nami szczery. A poza tym chyba nadal konkuruje ze swym nieustającym „wrogiem” Stevem. Druga część nowej muzyki nosi tytuł „Still Waters” – taki sam, jak jeden z utworów, jaki znaleźć można na albumie „Out of The Tunnel’s Mouth” byłego gitarzysty byłego zespołu. W tym coś musi być.
Tony Banks: „Six Pieces for Orchestra” [Naxos, 2012].