Wydanie bieżące

15 września 18 (210) / 2012

Kamila Czaja,

RZECZ (NIE)BEZPIECZNA

A A A
Lepiej późno niż…
Opublikowaną parę miesięcy temu przez Universitas książkę George’a Lakoffa „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne” trudno nazwać nowinką wydawniczą. Dzieło amerykańskiego językoznawcy obchodzi w tym roku ćwierćwiecze. Przy tempie rozwoju kognitywistyki dwadzieścia pięć lat sprawiło, że książka chwilami robi wrażenie, jakby pochodziła z innej epoki. Nie bez powodu tłumaczki już na wstępie uprzedzają, że „może niekiedy dziwić entuzjazm i poczucie przełomowości, z jakimi autor przedstawia nam pewne koncepcje” (s. XVIII). Czytając „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne”, warto co jakiś czas przypominać sobie, że Lakoff wcale nie wyważa otwartych drzwi. Lata temu to właśnie on wyważał drzwi, gdy były jeszcze zamknięte i zabite deskami. A że od tego czasu przeszło przez te drzwi liczne grono kontynuatorów, polskiemu czytelnikowi może się wydawać, że podobne teorie już słyszał.

Jednak nawet po latach książka Lakoffa pod wieloma względami imponuje i warto docenić fakt, że poza kanonicznymi „Metaforami w naszym życiu” Lakoffa i Johnsona doczekaliśmy się wreszcie polskiego wydania któregoś z dzieł słynnego kognitywisty. Lepiej późno niż wcale. Może i tłumaczenie „More than Cool Reason” (napisanej z Turnerem książki o metaforze poetyckiej) trafi kiedyś do polskich czytelników? Wszak do obchodów ćwierćwiecza tej z kolei pozycji zostały już tylko dwa lata.

Klasyk o klasykach
Ukazanie się tłumaczenia książki „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne” dopiero teraz ma niewątpliwie znaczenie dla jej odbioru. Trzon rozważań Lakoffa stanowi udowadnianie, że nie sprawdza się klasyczna, mająca korzenie w starożytności koncepcja kategoryzacji. Apriorycznie przyjmowane przekonania, że myślenie to logiczne (w wąskim znaczeniu logiki filozoficznej), atomistyczne i niezwiązane z cielesnością manipulowanie abstrakcyjnymi symbolami, a umysł to maszyna, która tylko przetwarza symbole stanowiące „wewnętrzne reprezentacje zewnętrznej rzeczywistości” (s. X-XI), nie przystają do uznawanej przez amerykańskiego kognitywistę wersji kategoryzowania. Lakoff szczegółowo omawia słabe punkty obiektywistycznej koncepcji i w zamian zaleca realizm doświadczeniowy (eksperiencjalizm). Przekonuje, że „myśl jest ucieleśniona” i „ma charakter wyobrażeniowy” oraz cechy gestaltu i strukturę ekologiczną (s. XII). Autor proponuje teorię modeli poznawczych, bo jest ona – w przeciwieństwie do ujęcia klasycznego – zgodna z danymi empirycznymi. Z tych ogólnych postulatów buntu wobec tradycji wynikają obszernie opisane zagadnienia szczegółowe, na przykład koncepcja semantyki kognitywnej, klasyfikacja modeli poznawczych i gramatyka kognitywna.

Przełomowe kiedyś pomysły Lakoffa, przeciwstawiane postulatom klasycznym, to dziś także już klasyka. Wystarczy przeczytać pierwsze zdanie wstępu: „Kognitywistyka jest nową dziedziną nauki, która łączy wiedzę na temat umysłu pochodzącą z różnych dziedzin: psychologii, lingwistyki, antropologii, filozofii i informatyki” (s. IX), by uświadomić sobie, że po latach czytamy „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne” jako propozycję klasyczną, walczącą po prostu z teorią jeszcze bardziej klasyczną. Dziś kognitywistyka nie jest nowa – zrobiono z niej nawet modny kierunek studiów licencjackich i magisterskich.

Czy warto więc czytać książkę Lakoffa? Może lepiej sięgnąć po nowsze podręczniki językoznawstwa kognitywnego i darować sobie zgłębianie źródeł, skoro świeższe pozycje i tak na pewno streszczą Lakoffa jako jednego z „ojców-założycieli”? Ośmielę się twierdzić, że warto jednak zajrzeć do „klasyka”. Po to, by się dowiedzieć – jak głosi podtytuł – „co kategorie mówią nam o umyśle”. Ale także (może nawet bardziej?) po to, by podziwiać sztukę naukowego pisania, coraz rzadziej uprawianego dziś w ten sposób.

Wybierz poziom
Książka Lakoffa nie nadaje się na kryminał. Autor już we wstępie dokładnie wypunktowuje, z czym się nie zgadza i co proponuje w zamian. Potem co jakiś czas wyraźnie informuje, co stanowi główną tezę rozważań i jaki ma być punkt dojścia. Zdecydowanie nie można pomylić rozprawy „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne” z powieścią Larssona „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Fascynujące u Lakoffa jest natomiast to, jak z podanych już we wstępie założeń buduje wywód na sześćset stron. Autor zadbał o bardzo przejrzystą strukturę (księgi, rozdziały, podrozdziały, punkty, podpunkty, definicje, słowniczki, indeksy, pogrubienia), w której często przewijają się proste podsumowania jednego lub kilku rozdziałów. Można odnieść wrażenie, że amerykański kognitywista stworzył potężny podręcznik do swojej teorii – i to podręcznik odpowiedni równocześnie dla kilku poziomów odbioru.

Na początku zróżnicowanie trudności tekstu wydać się może wadą stylu Lakoffa. Zaskakuje redundancja, powracające wciąż te same przykłady badań empirycznych i konstrukcji zdaniowych, tłumaczenie wielokrotnie tego samego trochę innymi słowami. Odbiorca, widząc kolejny raz te same przykłady („matka”, „kawaler”, „kot na macie”), może zacząć się zastanawiać, czy autor traktuje go poważnie. Czasem taki czytelnik traci czujność, czyta pobieżnie, by nagle ocknąć się na przykład nad pozornie absurdalnym zdaniem: „Jabłko na rysunku «a» nie jest dobrym przykładem rzeczy w paski, ponieważ jabłka nie należą do rzeczy, które są z reguły w paski” (s. 137) i uświadomić sobie, że całkiem stracił wątek. Lakoff pisze bowiem jasno, jakie ma cele i założenia. Kiedy jednak przechodzi do szczegółów, nie ułatwia odbiorcy zadania. Potrafi od pisania prawie jak do dzieci przejść do wykładów odpowiednich raczej dla fanów testów na inteligencję (pewne słowo odnosi się na przykład do „syna syna brata czyjejś matki”, s. 22), zwolenników egzotycznych ciekawostek (przykłady z języków plemiennych i z japońskiego) i ekspertów w sprawach wszelakich (fizjologia, antropologia, psychologia, informatyka, matematyka, językoznawstwo, taksonomia, literatura, filozofia, religioznawstwo…). Pisze najprościej, jak się da, by nagle rozmnożyć schematy, rysunki, wzory i definicje rodem z wyższych lat studiów nad geometrią nieeuklidesową.

Po początkowej dezorientacji, wynikającej ze zróżnicowania poziomu trudności poszczególnych akapitów, można dojść jednak do wniosku, że takie snucie wywodu ma sens. Czytelnik – w zależności od kompetencji, zainteresowań, wytrwałości – sam, niczym w grze komputerowej, wybiera poziom, na jakim zechce zgłębić zagadnienie. Może poprzestać na przeczytaniu wstępu i podsumowań. Może podejść nieco ambitniej i ogarnąć całe rozważania teoretyczne plus co łatwiejsze przykłady. A jeśli jest cierpliwy, ma czas i chce wiedzieć „wszystko o wszystkim”, to nie pominie także bardziej zaawansowanych eksperymentów i wzorów. Lakoff zachęca, by otworzyć się na wszystkie dyskursy – humanistyczne, przyrodnicze i ścisłe. I chociaż gruntowna lektura całej książki niewątpliwe stanowi wyzwanie dla odbiorców pozbawionych wieloletniego przygotowania językoznawczego, to warto czasem uwierzyć w siebie i wybrać poziom wyższy, bo często pozornie niejasny wywód zostaje uzasadniony łatwym do zrozumienia przykładem. Z drugiej strony przyznać trzeba, że bywa i odwrotnie, a czytelnik przesuwa się w obie strony na kontinuum łatwe-trudne, wędrując między głęboką analizą tekstu a pobieżnym przeglądaniem go, by dojść do akapitu przyswajalnego i niefrustrującego.

Lakoff jednak umiejętnie konstruuje książkę tak, aby zrozumienie każdego słowa w ogromnym tomie nie było konieczne do zrozumienia głównego problemu i do uwierzenia w kognitywną kategoryzację. A jeśli ktoś należy do grupy najbardziej zaawansowanych odbiorców i podejmuje wyzwanie, by czytać nie tylko to, co pogrubiono lub umieszczono w słowniczku, ma szansę naprawdę docenić Lakoffa.

Wiedza sama się obroni?
Amerykański kognitywista posiada (coraz bardziej zanikającą) cnotę, jaką jest przywiązanie do szczegółu. Uważa, że proponowane ujęcie musi cechować się „ścisłością i precyzją” (s. 457), więc samemu tylko studium przypadku konstrukcji z „there” poświęca ponad sto stron. Często wyjaśnia każde słowo w definicji, ogląda każdy przyimek ze wszystkich stron. Bez kilkuzdaniowego uzasadnienia nie zostawia nawet stwierdzeń ogólnych i pozornie oczywistych (na przykład: „Filozofia ma znaczenie”, s. 153).

Oczywiście, taka drobiazgowość może znużyć czytelnika oczekującego fajerwerków, a otrzymującego kolejną analizę frazy „kot na macie”. Czy jednak znudzenie to nie wynika po prostu z odzwyczajenia sie od czytania gruntownych analiz, a przyzwyczajenia do pochłaniania tekstów popularno- czy wręcz pseudonaukowych, ale za to eseistycznie wartkich? Lakoff pozwala sobie chwilami na żart, choćby: „Prawdopodobnie najnudniejszym doświadczeniem, jakie profesorowi językoznawstwa zgotować mogą ambitni magistranci, jest niekończąca się dyskusja na temat dwudziestu dwóch (czy też ile ich naprawdę jest) słów na określenie śniegu, którymi dysponują Eskimosi” (s. 305). Jednak nie kokietuje czytelnika, nie kusi go gładkimi zdaniami. Siła przekonywania tkwić ma w skrajnej dokładności, rzetelności wywodu, a nie w chwytach retorycznych. Lakoff wybiera przykłady, które wydają mu się najtrafniejsze na gruncie proponowanej koncepcji, a nie te, które przyjemnie się przyswaja. I chociaż nie popisuje się, nie żongluje anegdotami i aforyzmami, to w wielu momentach potrafi zainteresować. Widać, że pisze z zaangażowaniem i pasją. Trzeba tylko dać mu szansę i nie zrażać się na przykład na widok fragmentu: „schemat 1. R.BS = PWJ.BS.R.Ś / schemat 2.1 WTR = PWJ.BS.1WTR” (s. 423).

Czy wiedza obroni się sama? Trudno wyrokować. Jeśli jednak czytelnik potrafi docenić erudycję, niepoprzestawanie na skrótach i ogólnikach, a także sięganie po przykłady z biologii tak szczegółowo, jakby było się biologiem, i z matematyki tak głęboko, jakby było się matematykiem – to doświadczenie obcowania odpowiedzialnie potraktowanym tematem może stać się inspirującym przeżyciem.

Inspirujące są również pewne bardziej marginesowe cechy naukowego pisania Lakoffa: jego szacunek dla oponentów („Niedostatki semantyki obiektywistycznej omawiam po to, by budować, a nie po to, by burzyć”, s. 214) i jego świadomość własnej omylności i ewolucji poglądów („Jednym z czołowych zwolenników semantyki obiektywistycznej, których teraz sam krytykuję, jestem ja sam, a raczej ja z przełomu lat 60-. i 70. XX wieku”, s. 213). Trzeba się od Lakoffa uczyć o kategoriach, modelach, gramatyce – i o rzetelnej pracy naukowej.

Niby bezpiecznie
Koncepcja semantyki kognitywnej, chociaż wydawałoby się, że oswojona, już nie należąca do „rzeczy niebezpiecznych”, wciąż zasługuje na lekturę. Lakoff obala twierdzenia, które przez tysiąclecia uznawano za pewniki. Kognitywistyka się przebiła, stała się popularna, ale na co dzień wygodne przywiązanie do tradycyjnych kategoryzacji tkwi w nas chyba nadal. Ćwierćwiecze od wydania oryginału książki niewiele tu zmieniło. Warto przeczytać „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne” – nawet na najbardziej podstawowym poziomie – by pojąć, czemu tradycyjne rozumienie umysłu to za mało.

Nigdy też nie zaszkodzi przypomnieć sobie o niejednoznacznej ludzkiej kondycji. Lakoff pisze, że klasyczne pojęcie kategorii trzeba odrzucić, a wtedy: „Będziemy musieli je zastąpić ideami, które są nie tylko trafniejsze, ale także bardziej ludzkie” (s. 9). Autor wielokrotnie podkreśla, że człowiek to więcej niż myśląca maszyna („Jeśli uznamy, że nasz rozum jest oddzielony od ciała, wówczas nasze ciało nie będzie wpływało na to, czym jesteśmy. Jeśli uznamy, że nasz rozum jest mechaniczny – na podobieństwa komputera – zdewaluujemy ludzką inteligencję, gdyż komputery okażą się bardziej efektywne”, s. XIII). A równocześnie zaznacza, że tradycyjna kategoryzacja błędnie zakłada możliwość wejścia w „jeden słuszny, boski ogląd świata” (s. 9). Więcej niż komputer – ale mniej niż Bóg. Lakoff uczy chyba nie tylko kognitywnego językoznawstwa, ale także ludzkiej godności i pokory – koniecznie występujących równocześnie. A to wcale nie są takie całkiem bezpieczne lekcje.
George Lakoff: „Kobiety, ogień i rzeczy niebezpieczne. Co kategorie mówią nam o umyśle”. Przeł. Magdalena Buchta, Agnieszka Kotarba, Anna Skucińska. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2011 [seria: „Językoznawstwo kognitywne”].