Wydanie bieżące

1 października 19 (211) / 2012

Monika Glosowitz,

SYMETRIA

A A A
Grypsera więzienny rytuał „widzenia” się z odwiedzającymi określa jeszcze dobitniejszym mianem „patrzonka”. „[U]żywamy słów, które zrozumieć mogą tylko / osadzeni” („grypsy z panoptikonu”), powiedziałaby sama autorka, Marzena Orczyk-Wiczkowska. A Michel Foucault pouczyłby, że osadzono przecież nas wszystkich. I do tego jeszcze Escher z okładki dorzuciłby, że tak będzie w nieskończoność.

Bohaterów tego tomu jest sporo. Podmioty kobiece wcielają się w role męskie, sen miesza się z jawą, nieorganiczne staje się żywe. Warstwa „pod-tekstu” również mieści wiele: od psychoanalitycznych odniesień (lustra, ogrom luster), Foucaultiańskiej koncepcji panoptykonu, przez ikony popkultury (Marylin Monroe, Maria Callas), historyczne persony (Kaligula, Kim Dzong Il), aż po baśniowe postacie (Kaj, Gerda) z wielką nieobecną Szeherezadą zagadującą śmierć. I choć, głównie dzięki wspomnianym metamorfozom, przechodzenie z jednego rejestru językowego w drugi też przychodzi poetce sprawnie, okazuje się, że sam język też jest niemożliwością.

„Dom nadzoru”, konceptualne więzienie nie ma właściwie granic. „[W]szyscy jesteśmy podejrzani” („wszyscy jesteśmy podejrzani. wiosna”), podpatrywani, a „wszyscy skazani są do siebie podobni” (***(wszyscy skazani są do siebie podobni…). Mechanizm represji przenika w codziennie praktyki, a Prokrustowym staje się każde łóżko. Dwie siły rządzą światem: strach i pragnienie, a całość dzieli się na tamtutaj. Kreacje śmierci w poezji Orczyk-Wiczkowskiej nie zyskały nowego wymiaru, łączą właściwie clou wielkich systemów religijnych, a tym samym wytwarzają kolejne aporie. Raz, jak w „Satyriconie”, symbole śmierci (podobne srebrnemu szkieletowi wniesionemu przez niewolnika na uczcie Trymalchiona) konotują znikomość dóbr ziemskich, z drugiej stają się podnietą do używania życia; a kiedy indziej niemal chrześcijańskie memento mori wybrzmiewa z codziennych listów. Wszystko łączy się jak tu: „mimo wszystko czytałam klasyków. byłam nawet / trochę oswojona ze śmiercią. jak było z tą śmiercią? / spójrzcie na falującą na wietrze sukienkę. czy to nie wystarczy? / jesteśmy, dopóki lakier na paznokciach schnie, szminka zostawia / ślad” („marylin monroe staje przed trybunałem”). Aporetyczny krajobraz aktualizuje się właśnie w spojeniu tych nierozstrzygnięć: pomiędzy żądzą i lękiem, byciem i nieobecnością, życiem i śmiercią, pątnikami i rachmistrzami (patrz „nasz czas”), dwiema błyskotkami: miłością i śmiercią („pisać”). W tej perspektywie cały tom opierałby się na prozopopei, która faktycznie pozwala na wyważenie dosłowności i figuralności, jak chciałby Paul de Man (1979). Tropów śmierci jest tu mnóstwo, na szczęście nie każdy „plaster miodu zatruty” („podanie”) i przejawy życia też zyskują, wprawdzie zazwyczaj przedmiotowe, reprezentacje (laska wanilii, żółtko, zaparowane lustro etc.). Problem i jednocześnie zaleta tej poezji mieści się w tej krótkiej frazie: „nie możesz odróżnić / śmiechu od płaczu” („a be!”). Dzięki temu mechanizmowi łączenia, konsolidowania różnych wymiarów rzeczywistości oraz różnych poziomów tanatologicznego dyskursu, autorka wyzyskuje znacznie więcej niż przyniósłby moralizatorski głos w delikatnie zmetaforyzowanej formie.

„Grypsy z Panoptikonu” Marzeny Orczyk-Wiczkowskiej są zdecydowanie dobrym debiutem. Książka obudowana jest na tytułowym więziennym koncepcie (i jego kulturowo-filozoficznym powinowactwie), ale ani hermetyzm zarysowanej tak przestrzeni, ani ograniczoność kody językowej nie okazują się duszące.
Marzena Orczyk-Wiczkowska: „Grypsy z Panoptikonu”. Mamiko. Nowa Ruda 2010.