Wydanie bieżące

1 października 19 (211) / 2012

Michał Paweł Urbaniak,

KONIEC ŻYCIA, KONIEC ŚWIATA

A A A
Głównym bohaterem „Solo” Rana Dasgupty, brytyjskiego prozaika urodzonego w Indiach, jest stuletni, ociemniały starzec. Osamotniony Ulrich, uwięziony przez kalectwo i starość w swoim niewielkim, skromnym mieszkaniu, właściwie już tylko wegetuje (wspomagany przez uczynnych sąsiadów) w tym świecie, który powoli przestaje rozumieć. Czując zbliżającą się śmierć, wspomina swoje życie. Siłą napędową tych wspomnień jest historia papug, mówiących językiem plemienia, które wyginęło. Badacze wysłali ptaki do swego kraju, aby tamtejsi językoznawcy ocalili szczątki zaginionej mowy. A jednak cenne papugi – wcześniej cierpiące, gdy widziały zagładę plemienia – nie przeżyły podróży. Ulrich czuje się związany z tymi stworzeniami: „Ma wrażenie, że tak jak one nosi w sobie szczątki dziedzictwa, lecz sam zanadto ucierpiał, żeby coś komuś przekazać”. Dlatego właśnie – bardzo przemyślany to zabieg! – starzec nie jest narratorem tej historii. Pozwala się po prostu nieść nurtowi wspomnień.

Życie Ulricha przedstawia się dosyć prosto: dorasta w Sofii, gdzie mieszka z despotycznym ojcem (zafascynowanym koleją inżynierem) oraz nieco bierną, acz namiętnie politykującą matką Jelizawietą. On sam ma obsesję na punkcie muzyki – a jednak gdy to zamiłowanie przerywa brutalna ingerencja ze strony ojca (rozwścieczony inżynier pali pierwsze skrzypce chłopca), zwraca się w stronę chemii. Wkrótce wyjeżdża kształcić się do Berlina, aby niebawem wrócić do wstrząsanej kolejnymi przewrotami politycznymi Bułgarii i wspomóc zubożałych rodziców. Wiele lat pracuje w miejscowej fabryce, wytwarzając chlorek baru – a jednak sukcesy zawodowe nie idą w parze z ułożeniem spraw osobistych: małżeństwo Ulricha się rozpada, a on osamotniony prowadzi pustą i jałową egzystencję, oddając się niewiele znaczącym eksperymentom chemicznym.

Osobnym, acz bardzo istotnym wątkiem dla biografii bohatera, jest jego przyjaźń z Borysem, która szybko zaczyna nosić znamiona wzajemnej (być może nieuświadomionej) homoerotycznej fascynacji. Przebojowy Borys – utalentowany skrzypek – stanowi niejako odbicie postaci Ulricha, jest tą jego wersją, której nie zabroniono muzycznego rozwoju. A jednak Borys nieoczekiwanie porzuca muzykę, przemienia się w zagorzałego rewolucjonistę i ostatecznie zostaje stracony za działalność wywrotową. Ta postać ma znaczący wpływ na kształtowanie się losów Ulricha – to właśnie w domu Borysa poznaje on meandry chemii. Nie jest to również przypadek, że żeni się z siostrą przyjaciela (posługując się badaniami Germana Ritza nad aspektami homoerotycznymi literatury, w uproszczeniu można powiedzieć, że Ulrich, dotąd obojętny na wdzięki i umizgi Magdaleny, po śmierci przyjaciela przenosi swoje homoseksualne pożądanie na nią).

Jednak „Solo” nie jest kolejnym przedstawieniem losów jednostki. Zasadniczo nieskomplikowana fabuła dzięki umiejętnemu literackiemu ujęciu stanowi coś więcej – to właściwie opowieść o rozpadzie świata. W książce Dasgupty świat rozpada się na wiele różnych sposobów, ze wszystkimi konsekwencjami (zmieniają się doktryny polityczne od odzyskania niepodległości, przez faszyzm, komunizm, aż po kapitalizm) i naturalną koleją rzeczy przekształca się także ojczyzna (te metamorfozy są szczegółowo opisane, co miejscami czyni z powieści brytyjskiego twórcy swoistą kronikę Bułgarii), ale najbardziej cierpią na tym ludzie. Ani w przypadku ojca Ulricha, ani w przypadku Jelizawiety nie chodzi wyłącznie o zrozumiałą traumę przeżyć wojennych. Ład, którego pewien jest ojciec Ulricha, kończy się wraz z wojną, rujnując cały światopogląd mężczyzny („Gdy podczas I wojny światowej Anglicy zniszczyli tory, w których budowie uczestniczył, odczuł to jak osobiste nieszczęście, jakby ładunki dynamitu umieszczono w miejscach połączeń jego własnych nerwów, i do końca życia się tym trapił. Starając się jak najszybciej wyciągnąć swoją ojczyznę z Azji, nie przewidział, że zdruzgoce go nadmiar Europy”). Z kolei to, w co wierzy Jelizawieta, obraca się ostatecznie przeciwko niej. Nie mniej tragiczną ofiarą historii okazuje się Ulrich, który próbuje się odnaleźć w nowym ustroju (i w końcu niejako awansuje społecznie, sumiennie donosząc na swojego zwierzchnika). Co więcej, wszyscy wydają się być wręcz podwójnie poszkodowani – nie tylko wpadają w zawirowania „wielkiej” historii, ale także muszą płacić wysoką cenę za własne nieprzemyślane (choć – paradoksalnie – czasem zdeterminowane przez ową „wielką” historię) decyzje (ojciec Ulricha – który sam był uzdolnionym skrzypkiem – wyrzeka się muzyki, zdominowana w małżeństwie Jelizawieta pielęgnuje w sobie wspomnienie krótkotrwałego, szczęśliwego romansu, a Ulrich przez nieszczęśliwy wypadek zostaje oślepiony kwasem siarkowym, co wydaje się konsekwencją porzucenia prawdziwej pasji na rzecz zastępnika – czyli chemii, która ostatecznie staje się narzędziem zniszczenia).

Powieść Dasgupty stanowi również gorzkie spojrzenie na wartość ludzkiego życia. Człowiek jest marionetką uzależnioną od przemian historycznych czy społecznych i skazany jest na popełnianie tych samych błędów (obaj – Ulrich i jego ojciec – zastąpili prawdziwą pasję inną, co się na nich zemściło). Trwałe więzi to fikcja (Borys i Ulrich niejako rywalizowali ze sobą, a żaden nie przyznał, że w przyjacielu widzi niedościgniony wzór postępowania), nie da się poznać drugiej osoby (Ulrich nie zdawał sobie sprawy ani z uzdolnienia muzycznego ojca, ani z romansu matki). Samo życie zaś jawi się jako ciąg absurdalnych czynności (czego wyrazem jest spisywanie bezużytecznych list przez starca), okraszonych niewiele znaczącymi detalami (Ulrich często w tej formie układa swoje wspomnienia), bądź to cudownie lirycznymi, bądź brutalnie naturalistycznymi (Dasgupta świetnie balansuje między tymi dwoma konwencjami), o których pamięć przeminie wraz ze śmiercią. Tytuł powieści nabiera w tym kontekście szczególnego znaczenia – każdy odgrywa „solo” swoją egzystencję i właściwie dba tylko o siebie (na przykład Ulrich przez lata nie zdaje sobie sprawy, że sąsiadka, która się nim opiekuje, również jest kaleką – nigdy się nią nie zainteresował).

I właściwie omówienie tej powieści mogłoby się tu zakończyć. Mogłoby – gdyby nie nieoczekiwana gra, jaką podejmuje Dasgupta. Bo oto nagle z twardego realizmu retrospekcji każe się przenieść czytelnikowi w wyrafinowany świat wyobrażeń Ulricha, w rzeczywistość „snów na jawie” (zresztą nieprzypadkowo następuje to zaraz po wyjaśnieniu, w jaki sposób starzec oślepł: „Czerń jego ślepoty stała się żyznym ekranem dla snów na jawie”). Wyobraźnia stanowi nie tylko remedium na ślepotę, staje się także odtrutką na coraz bardziej absurdalną rzeczywistość i w rezultacie jest największym z dokonań Ulricha („Własne fantazje dzień po dniu utrzymywały go przy życiu, a tymczasem świat coraz bardziej niedorzeczniał. […] Sny na jawie były poniekąd dziełem jego życia, a gdy wszystko inne go opuściło, wciąż są pod ręką”). Potęga wyobrażeń jest w „Solo” niezmierzona – nie bez przyczyny dla Ulricha i Borysa śmierć oznacza ulotnienie się wszystkich myśli.

Nietrudno było w tym miejscu wpaść w pułapkę przedstawienia zupełnie wydumanych opowieści i nazywania ich jedynie fantazjami Ulricha – a tymczasem Dasgupta zręcznie tę pułapkę omija. Dzieli on życiorys człowieka (a także swoją powieść) na część „realistyczną” i „magiczną” – w tej drugiej jego bohater wykracza poza własne „tu i teraz” i swobodnie się przenosi, aby doświadczyć tego, co pozostawało poza jego zasięgiem w realnym życiu („Prócz tego co przeżywamy w rzeczywistości, każdemu z nas przytrafia się dużo różnych spraw (…). Życie toczy się tu a tu, odtąd dotąd. Ale pozostaje ogromna nadwyżka, a gdzie mamy ją pomieścić, jeśli nie w marzeniach?).

Te dwa aspekty rzeczywistości łączą się ze sobą – stąd w alternatywnych zdarzeniach z biografii Ulricha usilnie powraca stłumiona pasja muzyczna i niewypowiedziana homoseksualna fascynacja. Stąd czytając część drugą „Solo”, trudno się dziwić powtarzalności motywów – wszak nie jest to pusta wtórność. Innymi słowy, budując swoje wyobrażenia (czy też raczej historie swoich „dzieci”, jak nazywa inne postaci), Ulrich opiera się na tym, co sam przeżył. Przez to poszczególne opowieści wiążą się nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z historią Ulricha. Dlatego bohater o nieprzypadkowym imieniu Borys – cudownie ocalone dziecko, wychowywane przez babcię – jest wybitnym muzykiem, skrzypce znowu płoną (tym razem złożone w ofierze przez samego artystę), Irakli jest posiadaczem papugi, Chatuna wśród swoich skarbów ma szklane kulki (jakimi dawniej bawił się Ulrich), a jej matka zaczyna pić (jak dawniej Jelizawieta). Powtarza się też niespełniona homoseksualna historia miłosna – tym razem specyficzna więź dotyczy Borysa i natchnionego poety Irakliego (Irakli określi przyjaciela – podobnie jak kiedyś Ulrich – mianem brata). Dzieje tej pary zbiegną się z dawną historią Ulricha i Borysa w wielu punktach (na przykład zostaną tak samo rozdzieleni przez kobietę w nieudanym trójkącie erotycznym).

Co ważne, wszystkie historie (również życia Ulricha) opierają się na wspólnym, już wspomnianym w niniejszym szkicu, trzonie: następuje rozpad świata. Genialny muzyk Borys wychowuje się na ruinach opuszczonego miasta, zaś zamożna rodzina Chatuny doświadcza biedy. Nikogo też nie ratuje awans społeczny (Borys w końcu ucieka przed zawrotną karierą, a przedsiębiorcza Chatuna załamuje się po samobójczej śmierci brata).

Najciekawszą postacią w tym wszystkim pozostaje Ulrich, który jest swego rodzaju bogiem tego świata wyobrażonego. Z pogardzanego, nieszczęśliwego chemika łatwo staje się kimś innym, może dopuścić do głosu instynkty, na jakie sobie nie pozwalał („Wyobraża sobie dziwnych potomków, których mógłby spłodzić ktoś taki jak on, […] marzy o silnych młodych ludziach, pełnych odwagi, której jemu samemu zawsze brakowało. Rozkoszuje się nieprawdopodobnymi wizjami zemsty, a czasem wyraźnie widzi siebie na nowojorskich ulicach”). Jest w stanie stawiać się na pozycji uczestnika (jako ktoś inny – bo wszak Borys, Irakli czy Chatuna, to przecież on sam w innych postaciach) bądź świadka zdarzeń. Przy tym korzysta z prawa kształtowania rzeczywistości wedle własnych życzeń (spotyka się z dawną żydowską kochanką, która nie przeżyła wojny). Dzięki spełnieniu na gruncie wyobrażeniowym tego, co niemożliwe byłoby do spełnienia w rzeczywistości, Ulrich może umrzeć pogodzony ze sobą i własnym życiem. Poprzez takie „podwójne” ujęcie jego historia pokazuje miałkość ludzkiej egzystencji, jednak daje również coś na kształt nadziei (choć to alternatywa tylko pozorna, bo i tak wraz ze śmiercią – jak mówi jeden z bohaterów - „Wszystkie myśli z naszych głów się ulotnią”).

Dobrze, że polski czytelnik może poznać pisarza tej miary co Rana Dasgupta. „Solo” zaskakuje, zdumiewa starannym przemyśleniem całości, ale też zwyczajnie uwodzi. To niewątpliwie wybitna proza – taka, która z jednej strony daje możliwość wielu interpretacji, a z drugiej kusi, aby odłożyć wszelkie narzędzia krytycznoliterackie, zanurzyć się w opowieści i powiedzieć po prostu: chapeu bas.
Rana Dasgupta „Solo”. Przeł. Michał Kłobukowski. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012 [seria: Proza świata].