Wydanie bieżące

1 października 19 (211) / 2012

Maja Baczyńska, Kamil Staszowski,

ZWYCZAJNA CODZIENNA RADOŚĆ

A A A
Młodzi śląscy kompozytorzy cz.3.
Maja Baczyńska: Muzyka. Jaki był Twój początek?

Kamil Staszowski: Rytmika w przedszkolu. Klawisze – czarne i białe. Dźwięki. Coś niesamowitego! Dziwiło mnie, dlaczego innych dzieci aż tak bardzo to nie frapuje (śmiech).

M.B.: Urodziłeś się i wychowałeś na Śląsku – jak oceniasz ten okres pod względem rozwoju artystycznego?

K.S.: Myślę, że czas nauki w średniej szkole muzycznej – PSM II st. im. K. i A. Szafranków w Rybniku, był dla mnie kluczowy. Z jednej strony rozwijałem się tam jako pianista u wspaniałej pani prof. Marii Warchoł-Sobiesiak, z drugiej – dzięki zaufaniu pani dyrektor Romany Kuczery – miałem możliwość sprawdzić się jako kompozytor, a także dyrygent – stąd moje późniejsze zainteresowanie dyrygenturą. Ten okres dał mi motywację i odwagę do dalszego działania.

M.B.: Na studia przyjechałeś do Warszawy. Jakie były Twoje pierwsze odczucia?

K.S.: Najpierw parę słów o mieście: Warszawę bardzo polubiłem – choć nie jest to „łatwe” miejsce do funkcjonowania. Lubię jej różnorodność – ogródki działkowe w centrum, wysokościowce w okolicach Placu Grzybowskiego, praskie kamienice, zabudowę okolicy Filtrów. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, których wcześniej kojarzyłem jedynie z nagrań, artykułów czy książek. Większość tych postaci nabrała pozytywnego „trójwymiaru” w moich oczach. Spotkałem jednak też osoby, które pozostały płaskie jak okładki ich płyt (śmiech). A teraz najważniejsze: w Warszawie poznałem moją najdroższą żonę Ewę!

M.B.: Dla kogo według Ciebie są studia na wydziale kompozycji? Czy żeby być uznawanym w kraju i zagranicą kompozytorem rzeczywiście należy swoją drogę artystyczną rozpocząć od edukacji na uniwersytecie muzycznym? A może tę drogę rozpoczyna się już dużo wcześniej?

K.S.: Wydział Dyrygentury, Kompozycji i Teorii Muzyki skupia bardzo różne osoby, dlatego trudno mi odpowiedzieć, dla kogo tak naprawdę są studia kompozycji. Myślę, że te studia pomagają uporządkować kompetencje muzyczne, ale też – co jest ogromnie ważne – uczą funkcjonować w konkretnym środowisku i niełatwych realiach. A zostanie „uznanym” twórcą to chyba zupełnie inna kwestia. Są różne gremia, różne środowiska i rożne rodzaje uznania. Kiedyś w dużej mierze miarą uznania były konkursy, ale dziś jest mnóstwo konkursów, więc nastąpiła ich dewaluacja. Dzięki konkursowi można jakoś zaistnieć, ale często poza jednorazowym wykonaniem nic za takim sukcesem się nie kryje. Może największy sukces odnosi ktoś, kto po prostu coś znaczy poza swoją niszą?

M.B.: Masz sporo różnych osiągnięć – które z nich uważasz za swoje największe?

K.S.: Każde zamówienie czy prośba o napisanie utworu jest wynikiem wysłuchania którejś z moich wcześniejszych prac. To jest dla mnie najlepsza recenzja i zarazem największe osiągnięcie.

M.B.: Jesteś również instrumentalistą i improwizatorem. Kompozycja, fortepian, improwizacja – co stawiasz na pierwszym planie?

K.S.: Kompozycja chyba spaja wszystkie te dziedziny.

M.B.: Masz w dorobku sporo utworów o tematyce religijnej…

K.S.: Owszem. Coś, co nie daje się ująć w słowa, może znaleźć odpowiednią przestrzeń właśnie w muzyce, która już sama w sobie jest mistyczna.

M.B.: Postmodernizm, awangarda, synteza… - co jest ci najbliższe?

K.S.: Obecnie panuje duży chaos terminologiczny, dlatego pytanie wydaje mi się niełatwe. Synteza wydaje mi się niebezpiecznie bliska naśladownictwu lub źle rozumianemu kompromisowi. Pewnie w twórczości trudno ominąć obie te rzeczy, ale może warto chociaż do nich świadomie nie dążyć. Niektórzy tkwią zapatrzeni w awangardę, trzymając się jej symbolu rękami i nogami, choć – w rzeczywistości – to już historia sprzed pół wieku. Przecież nie wszystko, co się tworzy, musi bezpośrednio wyrastać z tamtego nurtu – to byłby nowy akademizm, a tym samym zaprzeczenie awangardy… tym bardziej, że idąc krok dalej możemy natrafić na „ścianę” – brak możliwości dalszego rozwoju. Z kolei postmodernizm zakłada historyzm z przymrużeniem oka, który wydaje mi się jednak raczej intelektualną przeciwwagą dla – rozrośniętego do rozmiarów nazwy epoki – pojęcia awangardy. Niektórzy twierdzą, że żyjemy już w post-postmodernizmie. Zatem myślę, że warto wrócić do korzeni i zastanowić się nad pierwotną funkcją i rolą sztuki, a nie zatrzymywać się nad tym, w którym miejscu historii sam się znajduję, jak to nazwać, zaklasyfikować i ewentualnie opisać w książce.

M.B.: Do jakich odbiorców kierujesz swoją muzykę?

K.S.: Mój odbiorca chyba musi jakoś ze mną korespondować.

M.B.: Czy muzyka współczesna ma szansę zebrać szerokie grono odbiorców w Polsce?

K.S.: Pewnie komuś się narażę, ale nie wiem, czy „współczesność” jest wartością. Dla mnie to tylko określenie. Świetnie, jeśli promuje się dobre utwory pisane akurat obecnie, gorzej jeśli za tym idzie także całe mnóstwo utworów niedobrych tylko dlatego, że są współczesne.

M.B.: A czy wiążesz ze Śląskiem swoje plany zawodowe po skończeniu studiów w Warszawie?

K.S.: Nie wiążę moich planów z konkretnymi miejscami, ale Śląsk jest miejscem, do którego chętnie wracam.

M.B.: Jakie masz dalsze plany na przyszłość, gdzie dążysz, dokąd zmierzasz? Gdzie można usłyszeć Ciebie lub Twoje utwory?

K.S.: Prawdopodobnie w październiku będzie ponownie wykonana w Warszawie (m.in. przez chór Varsoviae Regii Cantores) moja „Messa dell’Uomo Moderno” (Msza Człowieka Współczesnego) zadedykowana mojej żonie. Do tego czasu zachęcam wszystkich do znalezienia na www.youtube.com piątej części tego utworu – „Confiteor”. Ostatnio szczególnie ją lubię.

M.B.: Muzyka to…

K.S.: Metakomunikacja.

M.B.: A natchnienie to…

K.S.: Po prostu – dobry nastrój, zwyczajna codzienna radość.

M.B.: Dziękuję za rozmowę.

K.S.: Dziękuję.