Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Tomasz Sawczuk,

O DRODZE DO „W DRODZE” I NIE TYLKO

A A A
Droga do „W drodze” dłużyła się niemiłosiernie, lecz w końcu docieramy do jej kresu: świat ostatecznie doczekał się ekranizacji jednej z najważniejszych powojennych powieści literatury amerykańskiej (i światowej). Obraz Waltera Sallesa wieńczy długoletnie starania o filmową adaptację „Biblii Beatników”, której pod koniec lat pięćdziesiątych udało się zrewolucjonizować (nie tylko) amerykańską kulturę, zarażając ją nieskrępowaną spontanicznością i zapomnianą podówczas, a tak ważną dla Stanów Zjednoczonych, swobodą w wyrażaniu własnego indywidualizmu. Fenomen „W drodze” był bowiem jednym z pierwszych aktów przedziurawienia nadętego balona Ameryki, wypełnionego skrajnym konserwatyzmem, konformizmem i komercjalizacją codzienności. By mieć świadomość specyfiki tamtych czasów, wystarczy wspomnieć chociażby „polowania na czarownice”, szaleństwo produkcji i nabywania wszelakich dóbr czy iście wiktoriańską pruderię, objawiającą się na przykład w zakazie używania słowa „ciąża” w popularnym wówczas sitcomie „Kocham Lucy”.

Co interesujące, zmagania z ekranizacją „W drodze” zdają się powtarzać drogę przez mękę, jaką przeszła sama powieść Jacka Kerouaca, nim trafiła ostatecznie na księgarskie półki. Nie byłoby przesadne stwierdzenie, że o historii prób zaadaptowania wojaży Sala Paradise’a i Deana Moriarty’ego na potrzeby dużego ekranu można by nakręcić osobne dzieło.

Wszystko zaczyna się tuż po wydaniu powieści przez Viking Press w 1957 roku, gdy Warner Bros. oferuje 110 tys. dolarów za prawa do jej sfilmowania. Sam autor widzi w ekranizacji narzędzie do tchnięcia nowego ducha w podupadające amerykańskie kino. Oferta zostaje jednak odrzucona przez Sterlinga Lorda, agenta Kerouaca, który – otrzymując informacje o zainteresowaniu ze strony Paramountu i Marlona Brando – decyduje się żądać o 40 tys. więcej. Ostatecznie gwiazda nie decyduje się nabyć praw do powieści, tłumacząc się potencjalnymi problemami ze zbyt luźną formą dzieła. Kerouac nie daje za wygraną; pisze list do gwiazdy „Na nabrzeżach”, w którym przedstawia aktorowi pomysły na odpowiednie przearanżowanie fabuły i propozycję zagrania postaci Deana. List pozostaje bez echa.

Zainteresowanie adaptacją „W drodze” odnawia się przy okazji publikacji „Włóczęgów Dharmy”. 20th Century Fox wychodzi z ofertą, która jednak nie spotyka się z przychylnością autora: Kerouac nie godzi się, by – zgodnie z życzeniem wytwórni – zbrutalizować film na kształt „Dzikiego” i uśmiercić Deana Moriarty’ego w kraksie samochodowej (sic!).

W 1958 roku pisarz zgadza się sprzedać prawa do ekranizacji małej Tri-Way Productions, która przestaje działać niedługo po ustaleniu zespołu filmowego. Zainteresowani są jeszcze Robert Frank i Alfred Leslie, ale wiedzą, że Kerouac nie zgodzi się na mało doświadczonych reżyserów.

W latach siedemdziesiątych prawa do powieści kupuje i pracę nad adaptacją rozpoczyna Francis Ford Coppola. Przed tkanką książki uginają się jednak kolejni scenarzyści: Michael Herr, Barry Gifford, Russell Banks, a także sam Coppola wspólnie z synem Romanem. Wraz z nieudanymi podejściami zmieniają się także aktorzy przymierzani do głównych postaci – Johnny Depp, Colin Farrell, Ethan Hawke czy Brad Pitt. Twórca „Ojca chrzestnego” przyznaje w 1997 roku, że jego zamiarem było nakręcenie filmu w czerni i bieli na taśmie 16mm, lecz przerosły go trudności finansowe.

Szczęśliwą rękę okazuje się wreszcie mieć zatrudniony przez Coppolę w 2007 roku Walter Salles, który szybko dogaduje się z MK2 Productions i Jose Riverą – scenarzystą, z którym współpracował już przy „Dziennikach motocyklowych”. Po skompletowaniu ekipy w 2010 roku Salles zabiera wszystkich na „beatnikowy” obóz, gdzie wyświetla „Do utraty tchu” Godarda i „Cienie” Cassavetesa. Niedługo potem ruszają zdjęcia.

Romans beat generation i kina to historia długa i obfita we wzloty i upadki. Określani tą etykietką pisarze byli kinomanami z prawdziwego zdarzenia. Wywodzący się z francusko-kanadyjskiej rodziny Kerouac oglądał z upodobaniem francuskie kino, doceniał podrzędne amerykańskie produkcje, zachwycając się jednocześnie „Obywatelem Kane’em”. Co ciekawe, szczególną miłością darzył disnejowską „Fantazję” (1940), którą oglądał na Manhattanie piętnaście razy. Z kolei Allen Ginsberg, jak odnotowuje biograf poety Barry Miles, szczególne wrażenia wyniósł z seansu „Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a” (1932) Roubena Mamouliana oraz „Niewidzialnego człowieka” (1933) Jamesa Whale’a. W latach późniejszego sukcesu, posiadając już status ikony swego pokolenia, poeta potrafił również docenić awangardowe projekty, takie jak „Christmas on Earth” Andy’ego Warhola i Barbary Rubin. Ostatni z wielkiej trójki, William S. Burroughs, oprócz chwalenia dokonań Sama Peckinpaha, czy Dennisa Hoppera, był wielkim fanem „Zmierzchu bogów” (1969) Viscontiego.

Pisarze spod znaku beat generation byli także żywo zainteresowani aktywnym wykorzystaniem filmu jako medium artystycznego wyrazu. Najbardziej znanymi przykładami są z pewnością ich kooperacje z Andym Warholem (takie jak „Couch”; 1964) czy Robertem Frankiem i Alfredem Leslie („Pull My Daisy”, 1959), w których Ginsberg i Kerouac pojawiają się jako aktorzy lub narratorzy. Warte odnotowania są również filmowe kolaboracje Burroughsa z Antonym Balchem, których istotą było przeszczepienie literackiej techniki cut-upu do języka filmu.

Miłość pisarzy do kina nie pozostaje nieodwzajemniona. Oprócz niezliczonej ilości obrazów dokumentalnych, filmowcy chętnie sięgali czy to po dzieła, czy to po życiorysy samych twórców. Ekranizacji doczekał się „Nagi lunch” (1991), który w wizji Davida Cronenberga żeruje niczym wirus na elementach z innych powieści pisarza, a także wątkach z jego życia, oddając świetnie klimat koszmaru i paranoi otaczający samego Burroughsa i wypełniający jego literacki świat. Na tym tle blado wypada jedyna do czasu „W drodze” Sallesa ekranizacja powieści Kerouaca, czyli „Podziemni” (1960). Film Ronalda MacDougalla, rozgrywający się w środowisku bohemy San Francisco i opowiadający o romansie pisarza Leo Percepieda (alter ego Kerouaca) z Afroamerykanką Mardou Fox, nosi bowiem wszelkie znamiona kina eksploatacji, pragnącego zawłaszczyć i ośmieszyć wizerunek amerykańskiego bitnika poprzez utrwalenie stereotypu bezrefleksyjnie wegetującego dziwaka i błazna. Dodać od razu należy, że z powodu obyczajowych kontrowersji postać Mardou zagrana została przez białą aktorkę, a czarnoskórych jazzmanów zastąpiono białymi muzykami. Odebranie powieści jej wydźwięku, sygnalizującego rasowe problemy ówczesnej Ameryki, pozwala dziś jedynie umieścić jej adaptację na półce z pozostałymi kuriozami kina beat exploitation, takimi jak „The Beat Generation” (1959) Charlesa Haasa, gdzie pod wizerunkiem bitnika ukrywa się gwałciciel, czy „A Bucket of Blood” (1959) Rogera Cormana, w którym niebezpieczeństwa odejścia od normy uosabia bitnikowy rzeźbiarz-morderca.

Liczniejszą grupę dzieł stanowią filmy inspirujące się bezpośrednio życiem Kerouaca, Ginsberga, Burroughsa czy Neala Cassady’ego. Nie dziwi fakt, że ten ostatni, jako bożek artystów beat generation, a potem hipisów, doczekał się największego zainteresowania ze strony filmowców. Tak oto pierwowzór Deana Moriarty’ego z „W drodze” stał się centralną postacią „Heart Beat” (1980) Johna Byruma i „The Last Time I Committed Suicide” (1997) Stephena Kaya. Pierwszy z filmów przedstawia jego losy od uwikłania w miłosny trójkąt z Carolyn Cassady i Kerouakiem po przygody z hipisami z Merry Pranksters. Obserwujemy też proces powstawania i publikacji „W drodze”. Późniejszy obraz, bazując na jednym z listów Cassady’ego do Kerouaca, opowiada o miłosnych perypetiach dwudziestoletniego Neala. Obu filmom nie udaje się niestety stworzyć ciekawych wariacji na temat centralnej postaci, a przyjęte ramy kina obyczajowego niebezpiecznie zbliżają wyniki pracy twórców do wrażliwości telenoweli. Również Nick Nolte i Thomas Jane nie potrafią udźwignąć nieobliczalności Cassady’ego. Najciekawiej na tym tle wypada „Neal Cassady” (2007) – skromna niezależna produkcja w reżyserii Noaha Buschela, w której Tate Donovan świetnie oddaje zagadkę, jaką stanowiła i nadal stanowi ikona beat generation.

Ponowne zainteresowanie nurtem pojawiło się niewątpliwie tak szybko, jak znikło przy okazji „Skowytu” (2010) Jamesa Franco, w którym sam reżyser wcielił się w rolę autora jednego z najważniejszych dwudziestowiecznych amerykańskich poematów. Rozbicie struktury filmu na paradokument, animowaną wersję „Skowytu” i fabularyzowaną rekonstrukcję procesu o obsceniczność tomiku Ginsberga spotkało się z dość przychylną reakcją krytyków oraz widzów.

Warto wspomnieć, że filmowcy mierzyli się również z drugoplanowymi wątkami z mitologii beat generation, czego dowodem jest „Beat” (2000) w reżyserii Gary’ego Walkowa, skupiający się na morderstwie dokonanym przez Luciena Carra, wczesną ikonę nurtu, na Davidzie Kammererze, nagabującym go kochanku. W zacieraniu poszlak pomagać mieli Kerouac i Burroughs. Również jednak i tym razem, niestety, beat generation nie miało szczęścia do kina i jeśli należałoby zatrzeć jakieś poszlaki, to z pewnością po słabym filmie Walkowa.

Wydaje się, że przynajmniej w najbliższym czasie przygoda kina z kontrkulturowymi tekstami i ruchami nie dobiegnie końca. Po ekranizacji „Dziennika rumowego” (2011) Huntera S. Thompsona oraz „W drodze” szykowane są kolejne projekty, wśród których znajduje się chociażby adaptacja „Big Sur” Kerouaca czy „Queer” Burroughsa. Co ciekawe, na ekrany prawdopodobnie powróci wspominana już historia morderstwa Kammerera – do tematu nawiązać ma obraz „Kill Your Darlings”, w którym Ginsberga zagrać ma nie kto inny jak Daniel Radcliffe. Podróż trwa dalej.