Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Piotr Bieroń,

NOCNE ŻYCIE PREZYDENTA LINCOLNA

A A A
Wbrew pozorom, pomysł na „Abrahama Lincolna: Łowcę wampirów” nie jest tak absurdalny, jak mogłoby się wydawać. Wszak w kinie już wcześniej dochodziło do łączenia różnych, pozornie nieprzystających do siebie stylistyk, czego przykładem mogą być ubiegłoroczni „Kowboje i obcy”, w którym to filmie Dziki Zachód staje w obliczu inwazji obcej cywilizacji z kosmosu. Przy okazji „Abrahama Lincolna…” mówi się również o tzw. mash-up, trendzie widocznym głównie w literaturze, polegającym na mieszaniu klasyków lub biografii słynnych postaci historycznych z motywami fantastycznymi. Powieścią, która zainicjowała modę na ten swoisty nurt, była „Duma i uprzedzenie i zombie” Setha Grahame-Smitha (notabene autora powieściowej wersji „Abrahama Lincolna…”). Dzięki niczym nieograniczonej fantazji autorów, możemy dziś czytać także i takie dzieła, jak „Królowa Wiktoria: Łowczyni demonów” („Kochała swój kraj. Nienawidziła zombie” – dumnie głosi hasło reklamowe, wydrukowane na okładce brytyjskiego wydania) lub „Alicja w Krainie Zombie” (wciąż tylko te zombie…). Polska też doczekała się swojego literackiego mash-upa – dwa lata temu na półkach księgarń zagościło „Przedwiośnie żywych trupów”, czyli alternatywna wersja powieści Stefana Żeromskiego.

Cały wic z mash-upami polega na tym, że nie są to parodie literackich klasyków. W istocie kolaże oparte na istniejących już powieściach nie są nawet w pełni dziełami autorskimi – ich autorzy dopisują po prostu nowe wątki do gotowych powieści. Na podobnej zasadzie działa to w przypadku „biografii” – autor nie przeinacza faktów, jedynie dopisuje motywy fantastyczne i stara się je połączyć z biograficznymi. Celem nie jest pastisz, ale stworzenie pełnoprawnego, autonomicznego tworu.

Ale co z Lincolnem? I co on ma wspólnego z wampirami? „Biografia” autorstwa Grahame-Smitha rzuca nowe „światło” na życie i karierę polityczną prezydenta. Dowiadujemy się z niej bowiem, że matka Lincolna zmarła z powodu choroby, której przyczyną było ugryzienie wampira. Młody Abraham poprzysięga więc zemstę. Kiedy zostanie politykiem, przekona się, że zagrożenie ze strony wampirów jest dużo większe, niż przypuszczał. Wojna jest nieunikniona. Wojna, którą historia zapamięta jako secesyjną…

Jeśli do tej pory nie odwrócili państwo głowy z niesmakiem, stwierdzając, że czegoś tak głupiego jeszcze w życiu nie czytali – polecam zapoznać się z powieściowym pierwowzorem. Jest to bowiem dziełko zaskakująco udane, zręcznie naśladujące styl, w jakim utrzymane są biografie, a jednocześnie napisane lekkim piórem i po prostu przyjemne w odbiorze. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o jego ekranizacji. Przede wszystkim zawodzi to, co stanowiło o sile pierwowzoru, a więc połączenie motywów fantastycznych z historycznymi. W ekranizacji połączenie to jest szyte bardzo grubymi nićmi, w dodatku mocno uproszczone w stosunku do powieści. Być może wynika to z faktu, że twórcy postanowili upchnąć całą historię życia Lincolna w dziewięćdziesięciu minutach projekcji, co jest raczej standardowym czasem trwania hollywoodzkiego widowiska. W efekcie świat przedstawiony w filmie jest po prostu nieprzekonujący, a to z kolei sprawia, że widzowi trudno jest wczuć się w tę historię.

Kłopot polega na tym, że jeśli odrzeć „Abrahama Lincolna…” z jego największego atutu, tkwiącego w niezwykłości tematu, nie pozostaje w nim zbyt wiele rzeczy godnych uwagi. Jest to bowiem do bólu schematyczna, kompletnie pozbawiona inwencji historia zemsty, opowiedziana w sposób mdły i bez polotu. W zasadzie każda scena wygląda tak, jakby scenarzyści mieli przygotowaną listę najbardziej schematycznych dla kina zemsty scen, a potem według niej sklejali całość, nie próbując dodać niczego od siebie. Czego tutaj nie ma! Jest mistrz, który przygarnie Abrahama, pomoże mu zwalczyć słabości i popchnie go w odpowiednim kierunku. Na drodze bohatera stanie piękna kobieta, w której ten oczywiście się zakocha. Tyle dobrego, że nie jest damą w opałach, którą bohater musiałby ratować (tego jednego nam oszczędzono). Nawet finałowy fabularny twist da się dokładnie przewidzieć z dość dużym wyprzedzeniem (choć nie, nie jest nim zabójstwo Lincolna).

Swoją drogą, ciekaw jestem, jak film został przyjęty na Południu Stanów Zjednoczonych. Dowiadujemy się z niego bowiem, że zwolennikami niewolnictwa były głównie wampiry, Południe było natomiast niemal w całości przez nie zdominowane. Możemy się o tym dobitnie przekonać, kiedy jeden z bohaterów wyciąga mapę, na której dokładnie, z użyciem stosownych kolorów, został oznaczony stopień wampiryzmu w Ameryce (!!!). Scena jest absurdalna, ale sprzedana widzowi ze śmiertelną powagą, wręcz z namaszczeniem. Kompletny brak poczucia humoru to kolejna bolączka produkcji. Nie twierdzę, że film o Lincolnie ścigającym wampiry musi być od razu pastiszem lub parodią. Mam tu na myśli pojedyncze, humorystyczne sceny, które pozwalałyby trochę rozluźnić atmosferę i nabrać do całości przynajmniej odrobiny dystansu. Niestety, twórcy opowiadają swoją historię z grobową miną, co w połączeniu z nieangażującą historią szybko staje się nieznośne.

Przy tak poważnym podejściu do tematu kompletnie nie sprawdza się charakterystyczny dla Timura Bekmambetowa styl reżyserski, polegający na przesadzie i komiksowym przeestetyzowaniu, zwłaszcza w scenach akcji. Te ostatnie wyglądają w „Abrahamie Lincolnie…” dokładnie tak, jak w ostatnim filmie reżysera, czyli „Wanted: Ścigani”. Tam jednak pastisz był wyczuwalny w każdej scenie, tutaj – nie. Oglądając film, ciągle mamy w pamięci jedno pytanie: co właściwie twórcy chcieli nakręcić? Wyczynów Lincolna wymachującego siekierą, maksymalnie przerysowanych i niedorzecznych z punktu widzenia logiki, nie da się brać na poważnie. Tymczasem twórcy poprowadzili akcję tak, jak gdyby chcieli, byśmy potraktowali to wszystko z całkowitą powagą. O efekcie 3D, upchniętym do kolejnego filmu nie wiadomo po co, nawet nie chce mi się pisać. Mówiąc krótko – jest całkowicie zbędny.

Obsada również filmu nie ratuje. Benjamin Walker jest sympatyczny w roli młodego Lincolna, ale gdy akcja przenosi się do czasów prezydentury bohatera, aktor zaczyna grać jedną miną, jak gdyby od niechcenia. Rufus Sewell gra typową dla siebie rolę bezbarwnego, schematycznego szwarccharakteru, w zamierzeniu geniusza zbrodni, w praktyce – mdłego dupka. Irytujący jest natomiast Dominic Cooper w roli Henry’ego Sturgesa – dobrego wampira i mentora Abrahama. Porusza się gwałtownie, wszędzie go pełno, chodzi ciągle z groźnie ściągniętymi brwiami, niczym sensei Seagal. Wszystko to zapewne miało przydać mu charyzmy, w praktyce jednak dało efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego. Jako jedyny w pamięci widza na dłużej zostaje Marton Csokas w niewielkiej roli zabójcy matki Lincolna, ale to niestety wszystko.

Pomimo mnogości wad jest kilka rzeczy w tym filmie, które sprawiły mi odrobinę satysfakcji. Podobały mi się dekoracje, kostiumy i zdjęcia. Widać, że twórcy włożyli dużo pracy, aby ożywić tamten świat, tamtą rzeczywistość. Sceny akcji, choć nie pasujące kompletnie do reszty filmu, są rzetelne, tworząc autonomiczną całość za sprawą efektowności i fantazyjnej choreografii. Ostatnią zaletą filmu są same wampiry. W czasach „Zmierzchu” miło jest zobaczyć krwiopijców nie sprowadzonych do ról cierpiących na nieustającą melancholię kochanków, ale pokazanych jako bezwzględne, choć nie pozbawione ludzkich odruchów, maszyny do zabijania, którymi były od zawsze. Byłoby jednak lepiej, zarówno dla nich, jak i dla nas, widzów, gdyby pojawiały się w filmach zgrabniejszych niż „Abraham Lincoln: Łowca wampirów”.
„Abraham Lincoln: Łowca wampirów 3D”. („Abraham Lincoln: Vampire Hunter”). Reżyseria: Timur Bekmambetow. Scenariusz: Seth Grahame-Smith. Obsada: Benjamin Walker, Dominic Cooper, Rufus Sewell, Marton Csokas i in. Gatunek: horror / fantasy / film akcji. Produkcja: USA 2012, 105 min.