Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Joanna Soćko,

NIKOGO NIE MA W DOMU

A A A
Wydanie monograficzne: Skarga - religijny agon kultury.
Kiedy Łucja z książki C. S. Lewisa przechodzi przez drzwi szafy do zaczarowanej, skutej lodem krainy, napotyka tam na książkę o niepokojąco dziwacznym tytule: „Czy człowiek jest mitem?". Książka ta okazuje się symptomem nieludzkości nawiedzanego przez nią świata, który zmrożony złymi czarami zapomniał już o istnieniu człowieka. Pytanie, od którego zaczynamy podróż w głąb najnowszej książki Tadeusza Sławka brzmi na pozór równie niedorzecznie, ale znacznie bardziej dramatycznie. Schizofreniczne: „Kim jesteśmy?" obnaża istnienie terenów nieludzkich i wyklętych nie tyle w człowieku – w jego fizjologii, więzi z naturą – ile w samym sercu jego orzekania o własnej tożsamości; w porządku symbolicznym, w którym człowiek schronił się przed dzikością tego, co niepojmowalne. Sławek z właściwą sobie precyzją dzieli wyrazy, odchyla litery i rozszerza odstępy między pojęciami, żeby pokazać grozę, podszywającą język, jakim mówimy sami o sobie. Narracją zespoloną z ekspresjonistycznymi frazami Trakla autor stara się wniknąć w tę nie-ludzką, nawiedzoną przestrzeń, stawiając tezę, że „nowoczesność jest do pomyślenia w kategoriach filozoficznej powieści gotyckiej" (s.66).
Książka rozpoczyna się od wstrząsu wywołanego dostrzeżeniem zjawy, wymykającej się porządkom, w obrębie których zwykliśmy umieszczać nasze istnienie. To właśnie owo kłopotliwe i złowieszcze „widziadło", drażniące percepcję i kwestionujące (samo)wiedzę, wprowadza nas w „topografię pytania". Warto zatrzymać się przy tym sformułowaniu. Widoczne w nim zespolenie języka i miejsca powracać będzie niejednokrotnie podczas lektury Traklowskiej poezji. Orzekanie o własnej tożsamości widziane jest tu jako rodzaj zadomowienia, które – jako pytanie – zostaje zakwestionowane. Wyzierające z poezji Trakla zjawy sprawiają, że język, który miał być domem, staje się rodzajem nawiedzonego zamczyska. Niby własnym, ale przecież niczyim, opuszczonym przez domowników prześladowanych nieuchwytną obecnością widma. Natomiast poprzez wnikliwą interpretację Sławek zdaje się sprawdzać, co zostało w tym miejscu i czy aby na pewno nie da się tutaj zamieszkać z duchami.
Miejsca po człowieku nie da się zmierzyć – rozrasta się ono do niespodziewanych rozmiarów, zostaje bowiem oparte na tym, co pozbawione jest stabilności materii. W tym miejscu czas „nie jest liniowym następstwem chwil i dat, lecz skłębieniem się wszystkich możliwych przebiegów wydarzeń" (s.209). Przez owo „domostwo" wieje „nieziemski" wiatr, który „drąży korytarze" i „uświadamia nam, że jesteśmy wydani na działanie sił obcych" (s.18). Nic nie wygląda tu tak jak wcześniej – ojczyzna przestaje być konsolidującym symbolem jednoczącym wokół marzenia o idealnym świecie, a staje się niepokojącym pytaniem o początek, o pierwszy ślad – o znamię urodzenia i jego znaczenie. Myślenie, z którym zwykliśmy wiązać nadzieję na odpowiedź, okazuje się dręczone chorobą, nie daje poczucia familiarności, oparcia w tym, co pewne, ale staje się czynnością nicującą: wypacza to, co znane i wskazuje drogę do tego, co nie-swoje; myślenie ma wywlec na powierzchnię odwrotną, nieznaną stronę rzeczy. NICowanie jest zresztą jedną z ulubionych kategorii Sławka, która w różnych wariantach pojawia się tu na każdym kroku i odmawia stabilności wszystkim pozornie stałym rzeczom.
Owo nicowanie zastanej rzeczywistości sprawia, że znajome dźwięki i obrazy zostają wyparte przez „słyszała" i „widziadła", a ich widmowa obecność wymaga od nas wzmożonej czujności i natężenia uwagi – nieustannego nasłuchiwania i uważnego patrzenia. Wchodzimy tutaj w specyficzny moduł istnienia, znany już z innej książki Sławka – jest to tryb u-bywania, czyli taki sposób domowego przebywania (przebywania w środku), w którym nasze ubytki otwierają nas na działanie tego, co zewnętrzne, poszerzając tym samym rejony gościnności. U-bywając, jesteśmy wyłączeni z porządku ekonomicznego i politycznego, jesteśmy coraz bardziej wydziedziczani z siebie i zdani na własną niewystarczalność.
„My", ponieważ jesteśmy w tym razem. Sławek nieustannie podkreśla dwugłos tego kluczowego, wyjściowego pytania. Drugi głos nie spełnia jednak roli miłego towarzysza: rozlega się z wnętrza mojego orzekania o sobie, a więc jeszcze bardziej mnie „wy-domawia": „Tonacja »drugiego« głosu jest w istocie de-tonacją –pisze Sławek – zburzeniem tego, co domowe" (s.15). Jeśli drugi podtrzymuje na duchu, to tylko w tym sensie, że zmusza do nieustannej konfrontacji z nawiedzającymi to miejsce zjawami, sam zresztą również będąc wyjętym z porządku stabilnego świata zjawisk. Okazuje się, że to dzięki Bliźniemu tak naprawdę „przeżywam grozę bycia" (s.16), zamieszkuje on bowiem tu, gdzie „upatrywałem dotąd własnej siedziby" (s.25) i staje się „znakiem rozbieżności" pomiędzy mną a światem.
Obecność Bliźniego jest wyjątkowo niepokojąca. Jest on bowiem „obecny jako ofiara" (s.23), obecny niepełnie, a więc widmowo; głos drugiego usłyszymy bowiem dopiero po wkroczeniu w świat zjaw i widziadeł, a więc wtedy, gdy „rozstaniemy się z nachalną filozofią kumulacji obecności" (s.23); kiedy drugi przestanie być użytecznym dobrem i zaczyna „mieszkać we mnie raną". Zanurzając się wraz z nim w przepastne korytarze nawiedzonego zamczyska, odkrywam więc ze zgrozą, nie tylko to, że mój towarzysz krwawi (jest „obecny jako ofiara”), ale też że jego obecność rani również mnie – że wchodzenie w relację (o czym nikt mnie przecież nie uprzedził) to gotowość na to, że „w każdej chwili bez naszej wiedzy i woli możemy zostać ofiarowani" (s.24). Ta ofiarniczość wprowadza dzikość w nawiedzane przez nas miejsca (kolejny „nieludzki” wymiar naszego istnienia) – ofiara „wprowadza dzikość do naszego domowego porządku” (s. 24), daje nam poczuć smak krwi, który okazuje się zbawienny jedynie do pewnego stopnia, o czym za chwilę. Wyciekająca z nas krew jest symptomem odrzucenia „powierzchniowych tożsamości" i zejścia do ciemnego szybu, którego drążenie powoduje ruchy sejsmiczne doprowadzające do powstawania szczelin i pęknięć powierzchownego obrazu, z którym się utożsamiam, a który okazuje się jedynie lustrzaną grą światła. Krew wyciekająca z powstających w ten sposób zranień sączy się z mrocznego źródła naszego realnego, fizycznego życia i wybawia nas od egzystencji sprowadzonej do refleksów odbijających się w nieskończoność symulakrów. Godząc się na zranienie, musimy jednak liczyć się z osłabieniem, a ostatecznie z wykrwawieniem.

Potykając się o poezję Trakla, która w ujęciu Sławka re-konfiguruje nasze miejsce zamieszkania w dziwnie skoncentrowaną czasoprzestrzeń, dochodzimy tu do momentu, w którym nie pozostaje nam nic innego, jak oczekiwać zbawienia. W napięciu potęgowanym przez gnostycką scenerię, oczekujemy spełnienia obietnicy ratunku. O obietnicy Sławek pisał już wiele w swojej poprzedniej książce – była ona wówczas (po
derridiańsku) odsunięta za horyzont. Jej oddziaływanie na „tu-i-teraz” było ściśle związane z jej niedostępnością. Obietnica była „przebłyskiem świata innego niż nasz” (T. Sławek: „Ujmować. Henry David Thoreau i wspólnota świata”, Katowice 2009, s.93). Gdy jednak nasz świat umiera, gdy wykrwawiamy się w agonalnej egzystencji, nad
którą jak fatum wisi los domu Usherów – świat inny niż nasz pozostaje jedyną nadzieją. Liczymy na to, że przybędzie „ten-którego-nie-ma-tutaj-w-domu” (s.40) albo zmartwychwstanie Bóg, którego zdążyliśmy już pogrzebać.

I rzeczywiście: przychodzi do nas zmartwychwstały Bóg. W omszałej ciszy murów, w obrębie których porost jest jedyną formą wzrostu, a jedynym przejawem procesu życiowego jest gnicie, Bóg powstaje z martwych, pozbawiając nas tym samym wszelkiej nadziei. Bóg bowiem, raz uśmiercony, jest już teraz żywy tylko trochę: tak naprawdę jest śmiertelnie ranny – zupełnie jak my. Z jego otwartych stygmatów nadal sączy się krew. „Zmartwychwstały” Bóg nie wybawia nas od agonii, ale też nie pozwala nam się wykrwawić, podtrzymując nasze nieustannie dogorywające życie. Królestwo Boże wyrasta w samym środku gotyckiego zamczyska, a zbawienie okazuje się być trwaniem w u-bywaniu, egzystowaniem w trybie czuwania, któremu nie ma końca.

Jest to stan, w którym odczuwamy nawet najdrobniejsze drgania Boga i Bliźniego, ponieważ dotykamy ich otwartymi, niezabliźnionymi ranami, łącząc się z nimi w mroku krwi ("»kochanie« to związanie się z drugim w tym-co-dzikie" s.118-119). Zbawienie dokonuje się więc w intymności doznawania dotkliwego bólu (pojawia się tu znowu powtarzana przez Sławka fraza: „dotykania do żywego”): „Zmartwychwstanie dokonuje
się wtedy, gdy Eros (siła najbardziej prywatna i intymna) zaczyna zstępować w historię wielkich idei, narzucającą generalny porządek i kierunek postępowania. Tylko pozostające w silnej więzi jednostki powstają z martwych” (s.115). Wspólnota rodzi się więc ze wspólnego doświadczania bólu, któremu pozwalamy na to, by przenikał nas „do
żywego”.

Pytanie, czy rzeczywiście jest w nas jeszcze coś żywego? Wydaje się, że tak i, paradoksalnie, stymulatorem życia okazuje się to, co na początku można było wziąć za zwiastun śmierci. Jest to zjawa, duch, który, nawiedzając miejsce naszego zamieszkania, przekształcił zasiedziałe twierdzenia w tymczasowe kwatery pytań. Duch
występuje tu nie tylko jako tchnienie – jako to, co podtrzymuje przy życiu materię krwawiącego ciała, ale przede wszystkim jako płomień. Niczym refren dociera do nas fraza Trakla: „Bóg wypowiedział płomień łagodny w jego serce: Człowieku!”. Tchnienie Boga okazuje się wiec słowem, z którym się utożsamiamy. Jest to jednak „nagie osobiste
słowo” (termin Balthasara), które jest „ukryte pod warstwami wypowiedzi” (s.101). Jest to w dodatku słowo, które płonie i – nie miejmy żadnych złudzeń – dotkliwie parzy. Nie jest więc dobrym miejscem do zamieszkania, wręcz przeciwnie – na zawsze pozbawia nas prawa własności: „»duch« jest tym, dzięki czemu »żarzymy się«, lecz – przede wszystkim – dzięki czemu przestajemy przynależeć do dotychczasowego świata, przestajemy mieszkać, jesteśmy innymi niż dotychczas, nie należymy do siebie" (s.205-206).

Duchowość, zgodnie z którą Sławek proponuje nam przemyślenie miejsca i kondycji człowieka jest specyficzna – religijna, ale na pewno nie ortodoksyjna. Bóg –malowany tutaj sugestywnie obrazami Trakla, przypomina trochę Boga Kierkegaarda: jest Bogiem wstrząsającym, wywłaszczającym, burzącym ustalony porządek. Co gorsza, jest Bogiem, który umiera i – w sensie, jaki zazwyczaj nadajemy temu słowu – nie zmartwychwstaje: „Bóg Trakla jest Bogiem bez zmartwychwstania, gdyż istnienie nie broni się przed śmiercią” (s.57).

Sławek odbiera nam pośmiertny horyzont nadziei, zmuszając do zmierzenia się z tym, co jest nam dane „tu-i-teraz”. Nihilując, czy może raczej uchylając świetliste perspektywy przyszłości, każe nam radzić sobie z teraźniejszym mrokiem, poprzez wymacywanie Boga i Bliźniego w półcieniach i nieoczywistościach, nieprzystających do obrazów życia społecznego, które karmi się obietnicami spektakularnych sukcesów. Realne, a zarazem etyczne, życie społeczne polegałoby w tym kontekście na uczestniczeniu w tym, co zostało nam dane i jest zakorzenione w zbawczym wspólnym przeżywaniu bólu okaleczonych relacji.
Tadeusz Sławek: „Kim jesteśmy? Fragmenty do poezji Georga Trakla". Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego&Agencja Artystyczna PARA, Katowice 2011.