Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Maciej Stroiński,

WYMIERZYĆ

A A A
Wydanie monograficzne: Skarga - religijny agon kultury.
Walter Benjamin przypomina Jacques’a Derridę w tym, że jest filozofem o skrzywieniu literackim i że ciężko czytać jego pisma samotnie. Obaj w tym przypominają Talmud, bez Rasziego niestrawny. Urodziny mieli tego samego dnia, nie tylko w kalendarzu gregoriańskim (15 lipca, 20 tamuza). Bendżi – jak na niego mówią w branży – urodził się trzydzieści osiem lat przed Żakim, ale jego pięć minut przyszło trochę później, po szale na Jacques’a. Derridomania już się skończyła, został pęk niezłych „wykładów” o obiekcie manii, bez których „nie sposób”. Szczytowanie Benjamina też będzie niedługo over, skoro osiągnięto właśnie szczyt polskiego benjaminoznawstwa. Krzywda by się stała, gdyby tylko nasi mogli to przeczytać. Oto zadanie tłumacza.

Benjamin miał za życia tak, że doceniali go tylko inni wybitni, reszta go – czasem agresywnie – olewała. Można powiedzieć, że pisał skomplikowane teksty, a można, że wysilone i fundamentalne. Z tym byśmy zostali, moda by się wyczerpała. Istnieje wszak na świecie Lipszyc, jeden z tych innych wybitnych, który uczy nas doceniać i uczy rozumieć. Jest to fakt sprawdzony empirycznie, że zdolności dydaktyczne Adama są nadzdolnościami, lecz nie trzeba widzieć go na żywo, by wiedzieć to samo. Las przekładów, który wyrąbał (zasadził?), „pomocniczek” z filozofii żydowskiej („Ślad judaizmu w filozofii XX wieku”), gdzie ta tęga głowa jest na tyle skromna, aby nie przyćmiewać i dać głos swoim „obiektom”, zbiór esejów z „literaturoznawstwa pierwszego” („Rewizja procesu Józefiny K.”), doktorat z Harolda Blooma („Międzyludzie”), a teraz habilitacja – cicho!, żeby nie zapeszać – ze spuścizny Benjamina. Lipszyc ma uporczywą zdolność, która zazdrość wzbudza: bierze tekst i czyta. Nie rozprasza się i nie daje szantażować „lepszej wiedzy” minionych czytaczy. Rzadko chwali się, że ich zna (ich, to znaczy, teksty; to nie Jacob Taubes), co nie znaczy, że ich nie zna („lektura od zera”). „Przerobi” dokładnie, co ma przed oczami, zreferuje, opracuje i wyłoży, zanim odda się pracy wolnych skojarzeń. „Robi w tekście” zamiast błyszczeć. Cóż, rzetelność. Książka „Sprawiedliwość na końcu języka” nosi podtytuł „Czytanie Waltera Benjamina”. Po angielsku to będzie „Benjamin: Just Reading”, po niemiecku „Benjamin: Sprache vor dem Gesetz”, po francusku: „Justice, Benjamin, langage: ménage à trois”, a po hebrajsku: „ולטר בנימין: תגיד את זה לבית המשפט”.

To dobrze, że Benjamin nie kojarzy się z jednym flagowym pomysłem, ponieważ miał więcej niż jeden. Lipszyc je kataloguje (nareszcie porządek!) jako strategie mesjańskie, tzn. działania – by nie rzec: akcje – które mają oddać i wymierzyć sprawiedliwość temu tu naszemu światu, aby go wykończyć. Oddać i wymierzyć, spełnić i wykończyć. Nie jest bowiem tak, żeby cały ten świat – jak w opinii Mefistofelesa – do wytępienia tylko się nadawał. Po prostu: nie tylko. Jak widać, u Benjamina to, co jest, nie po prostu „jest”, ale „jest jakieś” i dlatego jest ocenialne. „Ogniska owej elipsy, jaką jest myśl Benjamina, stanowią pojęcia języka i sprawiedliwości. Ściślej rzecz ujmując, będę dowodził, że całość dzieła Benjamina należy odczytywać jako zapis szeregu splecionych ze sobą prób, zmierzających do wypracowania właściwej koncepcji czegoś, co można określić mianem sprawiedliwego aktu językowego. Przedstawiam Benjamina jako myśliciela, który w swoich pismach krzyżuje perspektywę »zwrotu językowego«, czyli przekonanie o językowej mediatyzacji całości ludzkiego doświadczenia, z perspektywą »etyki jako filozofii pierwszej«, czyli przekonaniem, że zasadniczymi kwestiami filozoficznymi nie są – istotne, lecz pochodne – pytania o naturę bytu i wiedzy, lecz pytania o sprawiedliwość ludzkich działań”. Z powyższego jasno wynika, że myśliciel Benjamin myślał nie po grecku. W Grecji jako raju filozofii byt i prawda – jako nieskrytność bytu, odsłanianie się bytu, czyli w sumie pochodna bytu – są sprawami pierwszorzędnymi i dlatego Heidegger, udający Greka, „nigdy nie napisał swojej etyki”. Wolał ontologię, rzecz jasna, fundamentalną. Od czasu świętego Pawła jest jakoś tak, że jak coś jest niegreckie, to jest żydowskie. „Nie ma Żyda, ni Greka” – to musiał napisać Żyd.

Jak powiada Lipszyc, myśl Benjamina – jak innego z „reszty Jisraela”, Barucha Spinozy – jest projektem etyki. Nie opiera się jednak na postulacie dopieszczania świata. Etyka Benjamina jest bardzo gwałtowna, oczyszczenie świata polega na jego sczyszczeniu. Wielki potop jako wielka mykwa. „Proponowałem przyjąć, by całe to dzieło odczytywać jako wielki, nie zawsze spójny kodeks czy katalog działań sprawiedliwych, działań, w które sprawiedliwość wpisana jest nie tyle jako cel, ile jako forma aktu. Działania te starałem się zaprezentować jako działania mesjańskie – i to w sensie apokaliptycznej idei zbawienia, która odpowiada w moim przekonaniu zasadniczemu wyobrażeniu Benjamina o świecie jako bycie stworzonym, a zarazem upadłym. Odpowiednio do tej zasadniczej cechy, wszystkie działania sprawiedliwe w ujęciu Benjamina musiały mieć charakter okrutny i niszczący”.

Z moich amatorskich wypadów w stronę Benjamina i z lektury kierowanej (Lipszyc) wynika, że centralnym manewrem tego myśliciela jest dialektyczne przejście. Pokazowy przykład mamy we „Fragmencie teologiczno-politycznym”, gdzie dążenie do szczęścia wprawdzie pcha w stronę upadku, ale upadek pcha w stronę zbawienia, czyli dekadencki hedonizm obfituje w przeciwne konsekwencje. Dzięki zdolności dialektycznej może Benjamin zapośredniczyć materializm z teologią i zbudować myśl, która chce zbawić zwłaszcza to, co najbardziej zbawienia potrzebuje, czyli odpady od sensu, czyli czystą materię. To tradycyjnie żydowskie zagranie (dzisiaj jakby zapomniane nieco w polskim judaizmie, więc warto przypomnieć, że to nie Benjamin jest rewolucjonistą, to polski judaizm jest reakcjonistą): szukać iskier dobra, które świecą, lecz do wewnątrz, i kryją się pośród obcego ognia, jak to mówią muzułmanie: pośród dżahilii (tak mnie uczył Gilles Kepel). Rodzi się pytanie, czy „sprawiedliwi” (cadikim) wciąż potrzebują zbawienia, anyway, potrzebują go mniej od „upadłych” i to żaden zaskok, że właśnie w tej sferze operuje Walter Benjamin. Jeśli ktoś z mesjanizmu materii wyczyta miłość do pieniędzy, to co ja poradzę. Inną parę dialektyczną, która Lipszyc wykłada at length, jest małżeństwo sprawiedliwości z przemocą. Przemoc kojarzy się raczej z samosądem, czyli niesprawiedliwością. Tutaj rzecz wygląda inaczej: sprawiedliwość dlatego jest gwałtowna i przemożna, że to nie ona zaczęła. Zaczęła otchłań mitu, która więzi iskry w immanencji (i w ogóle wszystko więzi), więc trzeba je wyrwać. Gwałt musi się gwałtem odciskać; nic by nie zdziałała sprawiedliwość, gdyby skazała się na pobożną niemoc i czystą bezbronność. A że tępienie mitu (z jego kartelem: los, tragedia, niewyróżnicowanie) jest sprawiedliwością, to bierzemy za aksjomat, którego dowodzić nawet nie wypada. Przemoc, siła wpierw zniewalająca (przemoc mitu), wyzwala (boska przemoc). Tak wygląda dialektyka.

Pióro Lipszyca ma moc: ma poczucie humoru. Autor ma więc wszystko, czego potrzeba filozofowi. Niby wszyscy się zgadzają, że filozofię, jaką uprawiamy „u nas na Zachodzie” (!), wymyślił Sokrates. A więc jeśli tak, to nie da się filozofować na sposób kapłański bez popadania w sprzeczność performatywną. Sokrates był wszystkim, tylko nie kapłanem. To nie znaczy, że myśliciele muszą robić sobie wieczne jaja. To znaczy, że muszą mieć a sense of humor, nos do ironii i żarci węch. Kto nie łapie dowcipów, nie myśli. Do katalogu mesjańskich ruchów zbawiennogennych – Lipszyc wyróżnił dziesięć, ale sam podkreśla, że nie czuje magii tej liczby, więc można zawęzić lub poszerzyć, jeśli ktoś potrafi – możemy dopisać zadanie kawalarza, który śmiejąc się z tego świata, jest i nie jest w świecie. Śmieje się ze świata, czyli „ze świata”, ale jednak „śmieje”. Możliwe zresztą, że dowcip jest w ogóle nadfigurą wszechmesjańską: Mesjasz będzie potrafił się śmiać, czyli nie będzie głupi i ograniczony. Przeczytałem o tym w „Imieniu róży”. Teksty Adama są dużo trzeźwiejsze od tekstów Waltera. Inaczej bym nie wpadł na humorystyczny trop, bo Benjamin pisze gęsto, czyli zawiesiście. Chyba Hannah Arendt napisała, że Benjamin pisał wyłącznie punchline’y, co by się zgadzało, przecież trudno się go czyta i czytelnik nie wie, kto tu kogo wystawia na próbę. Benjamin potrzebował swojego wieku XXI, żeby do nas dotrzeć.

Książkę Adama Lipszyca kończy słowo „pokój”. Podobnie w Talmudzie, który wybrzmiewa w finale hasełkiem szalom (na marginesie: gdy Jezus aka Chrystus powiada „Pokój wam!”, np. Jan 20,19, mówi zwykłe szalom, czyli „hejka”). To na pewno nie jest nieświadomy wybór, to na pewno jest wybór po prostu. Mamy więc na końcu pokój, ale właśnie: na końcu, po tej całej awanturze. Wcześniej rozejm to był tylko skisły kompromis trzymany szantażem, czyli żaden pokój, a zwykła niewola. Święty spokój, a nie pokój. Trzeba było rozbić naczynia, to znaczy uświadomić wszem i wobec, że są już i tak rozbite. Mesjańskie pojednanie zakłada poróżnienie, żeby nie stać się zjednaniem. Gdybym „Sprawiedliwość na końcu języka” chciał pokazać w kalamburach, zrobiłbym jak Mozart w „Amadeuszu” prezentujący demo swego „Figara”: upadł na kolana przed wielebną widownią, ale nie po to, by jej oddać honor, lecz po to, by wymierzyć pokój.

Po stosownie wzniosłym finałowym boom następuje w „Summie beniaminologiae” pustka biała kartka. To już może być jednak wynik błędu składu, skoro tekst dojeżdża do dolnej krawędzi. Enter mógł przeskoczyć.
Adam Lipszyc: „Sprawiedliwość na końcu języka: czytanie Waltera Benjamina”. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2012 [seria: „Horyzonty Nowoczesności”, t. 97].