Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Krzysztof Środa,

PODRÓŻE DO ARMENII I INNYCH KRAJÓW (FRAGMENT)

A A A
Nie, nie twierdzę wcale, że kiedy jest się w Paryżu, nawet po raz dziesiąty, jedyną rzeczą, jaką można robić, jest ratowanie ulotnych konfiguracji niedopałków porozrzucanych przy kawiarnianych stolikach. Można na przykład, tak jak sam to tym razem zrobiłem, zobaczyć jakąś wystawę – nigdy ich tu nie brak.

Instytut Świata Arabskiego mieści się w nowoczesnym budynku nad Sekwaną, dokładnie na wysokości Wyspy Świętego Ludwika. Jest to jeszcze jedno z przedsięwzięć mających przybliżyć nas – znów bez pomocy Boga – do świata przedstawionego na tych pokrzepiających obrazkach, na których wszędzie rośnie zielona trawa, a na niej odpoczywają ludzie różnych ras i różne gatunki zwierząt. Już samo to wystarcza, żeby się nim zainteresować.

„Napoleon w Egipcie” – wielki plakat zapowiadający wystawę zauważyłem na budynku Instytutu już w czasie poprzedniej wizyty w Paryżu, dlatego następny pobyt zaplanowałem tak, żeby móc ją obejrzeć. Nie chodziło mi o Napoleona. Nie interesował mnie też – wstyd przyznać – ani Egipt jako taki, ani świat arabski w ogólności. Chciałem zobaczyć wystawę, ponieważ rok lub dwa lata wcześniej, poszukując w internecie starych rycin przyrodniczych, natknąłem się na stronie francuskiej Bibliotheque Nationale na kolekcję wyjątkowo pięknych ilustracji przedstawiających florę i faunę Egiptu. Jedną z nich, czarno-białą, z podobiznami trzech smutnych, bo pewnie nieżywych już ryb o dziwnych kształtach, skopiowałem na swój komputer. Ale po jakimś czasie wróciłem na stronę biblioteki, żeby obejrzeć je raz jeszcze. I wtedy, szukając informacji o ich autorze, dowiedziałem się, że powstały w czasie wyprawy francuskich wojsk, które pod wodzą młodego Bonapartego najechały rządzony przez Mameluków Egipt.

Byłem pod wrażeniem. Byłem pod wrażeniem, ponieważ wyobraziłem sobie młodego francuskiego oficera, który pozostawiony gdzieś na brzegu Nilu na zapomnianym przez armię posterunku – jak, nie przymierzając, Kevin Costner w filmie „Tańczący z wilkami” – ratował się przed bezczynnością i nudą, rysując wyłowione z rzeki ryby, przysiadające nad nią ptaki, a także owady, muszle mięczaków, liście i kwiaty. A w chwilach rozpaczy nawet minerały. Nie zastanawiałem się, skąd brał arkusze papieru, gdzie w swoim żołnierskim bagażu znalazł miejsce na piórka, pędzle oraz tusz i farby do kolorowania rycin, ani nad tym, kiedy i od kogo nauczył się rysunku oraz maniakalnej dbałości o przedstawienie najdrobniejszych szczegółów egzotycznych organizmów. Zamiast tego rozmyślałem, naiwnie i nie bez zazdrości, o czasach, kiedy wojny odbywały się w tak powolnym, dostojnym wręcz tempie, że pozostawiały czas na refleksję i bezinteresowne oglądanie świata – o czasach, kiedy wystarczało pojechać do banalnego dziś Egiptu, by móc odkrywać nieznane nauce gatunki roślin i zwierząt.

Nie po raz pierwszy myliłem się i nie myliłem zarazem. Minęło trochę czasu, zanim z zupełnie innych powodów zapoznałem się z relacją o nieudanej z militarnego punktu widzenia egipskiej ekspedycji Napoleona. Wśród wielu informacji do niczego mi niepotrzebnych znalazłem wzmiankę o tym, że poza żołnierzami uczestniczyła w niej pokaźna, bo licząca blisko dwieście osób grupa uczonych, którzy mieli zbadać i opisać ów kraj o wyzywająco długiej historii. Byli wśród nich matematycy, inżynierowie, przyrodnicy, chemicy i geolodzy. I rysownicy. To właśnie wtedy pewien młody oficer odnalazł słynny kamień z Rosetty, dzięki któremu dwadzieścia kilka lat później Jean- François Champollion zdołał odczytać egipskie hieroglify. Wtedy też naturalista Étienne Geoffroy Saint-Hilaire odkrył w wodach Nilu Polypterus bichir, niezwykłą rybę z rodziny wielopłetwcowatych – jedną z tych, które tak mnie zafrapowały, gdy oglądałem je na znalezionej w internecie rycinie. Wciąż byłem pod wrażeniem.

To wyjaśnia w zupełności, dlaczego – prawdę mówiąc, wbrew swoim zwyczajom – wybrałem się na tę wystawę. Po części wyjaśnia również, dlaczego wyszedłem z niej rozczarowany. Owszem, można tam było zobaczyć – również na rycinach z epoki – nieco egipskich starożytności. To zawsze jest ciekawe. Ale generalny zamysł organizatorów ekspozycji polegał na przedstawieniu ilustrowanej opowieści o spotkaniu dwóch kultur – tak jakby przeczytali za dużo tych tak modnych dziś książek o odkrywaniu obcego. Dlatego dorobek naturalistów towarzyszących przyszłemu cesarzowi Francji został niemal całkowicie pominięty.

Niemal – bo w jednej z mnóstwa ogrodzonych prowizorycznymi ścianami salek znalazło się jednak miejsce dla kilku przyrodniczych rycin. I jednego wypchanego ptaka. Nieco większy od szpaka i mniejszy, a przy tym wyraźnie szczuplejszy od wrony, siedział na suchej gałęzi zwisającej nad jedną ze szklanych gablot. Jego niebieskozielona głowa przecięta była czarną przechodzącą przez oko opaską. Reszta upierzenia – na gardle, piersi i skrzydłach – mieniła się różnymi odcieniami różu i czerwieni. Intensywny błękit powracał dopiero na spodzie ciała u nasady ogona.

Ta ekstrawagancka kombinacja barw nic mi oczywiście nie mówiła i może minąłbym ptaka, nie zwracając na niego szczególnej uwagi, gdyby nie to, że dostrzegłem coś znajomego w jego sylwetce. Wysmukłe ciało, długi ogon, no i ten cienki, lekko zagięty dziób – tak, to była żołna. Podszedłem bliżej, żeby przeczytać informację na przyczepionej do gałęzi karteczce. Merops nubicus – czyli żołna nubijska, po polsku, jak się później dowiedziałem, zwana karminową.

Zapisałem nazwę w moim podróżnym notesie – czasem jednak udaje mi się zrobić z niego jakiś użytek – i nie zatrzymując się już niepotrzebnie w kolejnych salach, opuściłem wystawę. To wystarczało, by móc sobie powiedzieć, że godzina spędzona w Instytucie Świata Arabskiego nie była czasem straconym.

Dowiadywałem się więc o żołnach coraz więcej. Na szczęście wiedza ta nie wprawiła mnie w ornitologiczną zarozumiałość. Przeciwnie. Natknąwszy się na informację o istnieniu trzeciego już gatunku reprezentującego tę rodzinę, zaniepokoiłem się, że tych, o których wciąż nie mam pojęcia, może być jeszcze więcej. Okazało się, że niepokoiłem się słusznie – że poznawcza pokora, której nauczał Sokrates, jest podejściem właściwym nie tylko w naukach filozoficznych, lecz także przyrodniczych.

Kiedy kilka tygodni później usiadłem przed komputerem i wpisałem słowo „żołny” w okienko wszechwiedzącej wyszukiwarki, od razu trafiłem na artykuł, z którego wynikało, że barwna rodzina Meropidae liczy aż dwadzieścia sześć gatunków – niestety w większości żyjących w Afryce.

Wyczytałem w nim również, że wśród zjadanych przez te ptaki owadów – głównie błonkoskrzydłych – blisko trzydzieści procent stanowią pszczoły. Jest to możliwe, ponieważ żołny potrafią po schwytaniu zdobyczy – a przed jej zjedzeniem – usunąć z drobnego ciała żądło i jad. Co obok dezorientująco barwnego upierzenia i zdolności do beztroskiego śpiewu jest jeszcze jednym powodem, by się nimi zachwycić.

Nie mam pewności, czy ta myśl pojawiła się już wtedy, kiedy po wyjściu z gmachu Instytutu Świata Arabskiego szedłem paryską ulicą. Bardziej prawdopodobne, że zaledwie kiełkowała. Otóż od pewnego czasu dochodzę do wniosku, że ornitologia – wraz z entomologią – są naukami, które powinno się wykładać w akademiach teologicznych i seminariach duchownych. Po pewnym wahaniu do tych dwóch nauk dodałbym trzecią – ichtiologię.

W kontekście spraw ludzkich nie ma żadnego znaczenia, czy przelatująca żołna ma pierś błękitną, czy zieloną. Czy – jak w przypadku tamtego wypchanego ptaka, który nigdzie już nie poleci – szkarłatną. Tak jak nie ma żadnej potrzeby, by ustalać, tym bardziej że to niełatwe, czy maleńki niebieski motyl siedzący na źdźble trawy to pospolity modraszek ikar, czy rzadko spotykany modraszek lazurek.
"artPapier" objął książkę Krzysztofa Środy patronatem medialnym.