Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Radosław Wiśniewski,

MIĘDZY APOKALIPSĄ I APOSTAZJĄ

A A A
Wydanie monograficzne: Skarga - religijny agon kultury. religia zabija poezję bóstwo analne 2009-01-10 14:59:26 (anonimowy wpis u progu trzeciego tysiąclecia w serwisie literackim www.nieszuflada.pl pod wierszem dedykowanym Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II
1. Ilekroć trafiam na cytat z serwisu podpisany przez rzekome „bóstwo analne”, zastanawiam się, skąd ten zdumiewający frazeologizm, jakimi ścieżkami biegła myśl, żeby ułożyć się w trzy słowa, z których każde przegląda się w pozostałych i samo siebie nie rozumie? Czy jeżeli religia zabija poezję, to co ta zbrodnia mówi o religii? Co ten akt mordu (założycielskiego? oczyszczającego ofiarowania?) mówi o poezji zabijanej doświadczeniem religijnym? Czy poezja jest tak wątła, że nie unosi doświadczenia religijnego? A być może chodzi o rozumienie religii jako ostatecznego doświadczenia ludzkiego życia, wobec którego wszystkie inne tracą blask, pękają dotychczasowe formy komunikacji – a zatem także i poezja traci sens? W koncepcji peak experience Abrahama Maslowa (ale także w badaniach Grofa i innych) jednym z cech doświadczenia szczytowego miała być niewysławialność. Być może zatem „bóstwu analnemu” chodzi o skrajnie odmienne rozumienie religii – nie jako świata poruszeń ludzkiego ducha, ale strupieszałych struktur scholastyki, zbioru sądów, dogmatów, rytuałów, które wkradają się w świat ludzkich doświadczeń granicznych i zarazem go wykradają? Tam kędy duch wiał, wprowadzają skostnienie, podczas gdy poezja, wedle prawdopodobnego, rekonstruowanego poglądu „bóstwa analnego”, jest tym poruszeniem, które próbuje niewypowiedziane zachować w języku.

Czy rzeczywiście nie ma żadnej przestrzeni – szczególnie języku polskim – wolnej od dogmatu a przyjaznej, żyznej dla doświadczenia ostatecznego, granicznego, jakim jest doświadczenie transcendencji? A jeżeli tak, to czy nie jest owa przestrzeń w stanie udźwignąć chociażby głodu transcendencji – skoro obecność tej ostatniej unieważnia wszystkie kody? Czy notatnik poszukiwawczy, diariusz podróżnika do głębi nie mógłby mieć postaci wiarygodnego, komunikatywnego i nie popadającego w banał, odpustową siermiężność – wiersza? Z jednej strony religia jest zdana na język mało subtelnych kazań pasterzy do trzody w zagrodzie, na scholastyczne i retoryczne popisy funkcjonariuszy i urzędników od pana Boga, czy – co nie daj sam Panie Boże – emfatyczny język kilku audycji, gdzie łańcuchy tautologii i kilka pojęć jak cepy. To przywodzi skojarzenia zupełnie innego systemu, innych czasów. A z drugiej strony, czy poezja jest zdana rzeczywiście tylko na zajmowanie się tym, co wsobne, wyprowadzone z języka dla języka? Za próbą ogarnięcia odpowiedzi na te pytania stoi intuicja, że polska poezja i religia bywają znacznie dojrzalsze niż to się wydaje przy pobieżnej refleksji i są zdolne do rozmów. Świadomie piszę „rozmów”, stosując ten rzeczownik w liczbie mnogiej. W dzisiejszych warunkach nie ma jednej, wszechobejmującej rozmowy, jednego dyskursu. Być może kiedyś był, ale do takiego stanu chyba nie wrócimy. Nie da się poskładać jednej debaty, ale są rozliczne spory, rozmowy, stanowiska, plotki, echa, gaworzenia. Warto dodać, że często są one jawne i ukryte, rozpoznane i nierozpoznane. Warto pokusić się o zrekonstruowanie tych obszarów, w których dokonują się negocjacje, przesunięcia między słowami objawienia a słowami objawionymi. Tam, gdzie szanse konfliktu lub synergii nie są na razie widoczne, warto spróbować postawić chociażby wstępne prognozy albo rozjaśnić obraz. Opis zjawiska przecież zależy nie tylko od tego, jakie jest zjawisko samo w sobie (pozostawiam tę filozoficzną kwestię do osobnej medytacji), ale jakich narzędzi się do opisu użyje. Opis morza inny będzie, gdy posłużyć się szumonamiernikiem, echosondą, a inaczej, gdy się je obserwuje z pokładu statku przez lornetkę. Nie bez znaczenia jednak obok tej próby nakreślenia możliwych stanowisk wobec religii, religijności, transcendencji jest także rzut oka na tworzącą się, kiełkującą mapę organizującą dyskursy w obrębie nowej poezji.

2. Czynniki pozaliterackie mają spory wpływ na formowanie się grup, programów i nurtów. Sprawy, które dla teorii literatury, historii idei nie są pierwszoplanowe, być może odgrywają wcale niepoślednią rolę w kształtowaniu procesów, które wydają się być autonomiczne. Pojawienie się głośnego pisma, manifestu, tekstu, narracji, sprawia, że głosy do tej pory rozproszone dają się słyszeć jako chór. Inne z kolei, mimo że silne z osobna, pozostają słabym, rozmytym echem projektu, koncepcji, która kiedyś, być może, okaże się żywotna. Prawdopodobnie nawet jest żywotna, ale nie umie znaleźć nośnego, wspólnego mianownika, nie ma rezonatora, nagłośni, która by obwieszczała światu jej istnienie. Nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje i nie jest chyba do końca jasne, jakim prawem emblematem dla pokolenia roczników 60-tych stały się „bruLion” i opozycja „klasycyści – barbarzyńcy”, skoro nie były to wcale propozycje jedyne, absolutne. Są to przecież sposoby opisu wielokrotnie krytykowane, wyszydzane – a jednak trzymają się mocno w narracji o tym, co nam się wydarzyło w literaturze, szczególnie zaś w poezji po roku 1989. Być może prawem inercji, samolubnego memu, będącego odpowiednikiem samolubnego genu – a być może dzięki zejściu się w swoim czasie wielu warunków, które jednej grupie pozwoliły się wynurzyć na chwilę spośród płyt tektonicznych literatury, a innych pozostawiły ciekawymi, ale jednak odszczepionymi głosami. Ostatnich co najmniej dziesięć lat w poezji polskiej (a być może literatury) nie dopracowało się takiego nośnego, chociażby i krytykowanego, emblematu, jak przywołane powyżej. „Roczniki Siedemdziesiąte”, „pokolenie Nic” nie okazały się nośnymi figurami, a być może za tymi etykietami istotnie nie stało nic szczególnie ciekawego. Ot, kolejne marszbataliony w drodze na front, rozpraszane chwilę przed wejściem na scenę, pozbawiane chwilowej ułudy zbiorowości losu i doświadczenia. Rzeczywistość, mimo że była wielokrotnie zaklinana przez krytyków, dziennikarzy, pozostała mglistą i niedookreśloną. Istnieje podejrzenie, że warunki zewnętrzne nie sprzyjały formowaniu się jakichkolwiek programów i zwartych, spójnych pomysłów na poetyckie czy literackie chóry, a towarzyszy temu inne podejrzenie – że pogłębiającej się mizerii uwarunkowań okołoliterackich towarzyszyła mizeria w propozycjach tak od-krytycznych jak i od-autorskich. Propozycja taka musiałaby bowiem być nośna, mieć znamiona literackiej rzetelności i trafności w wyczuciu ducha miejsca i czasu. Być może dlatego zupełnie nie przyjęły się pomysły „odrabiania lekcji” literatury czy kultury zachodniej proponowane przez „Ha!art” i „Krytykę Polityczną” i dopiero być może w ostatnich latach proponowane: lewicowość, alterglobalizm, eko-literatura i neolingwizm znajdą w nowych pomysłach Stokfiszewskiego, Sierakowskiego, Mareckiego i Lipszyca, podkład pod formację, która przynajmniej będzie mogła przejść do zbiorowej świadomości jako coś wyrazistego.

Przykład przytoczony powyżej może wskazywać, że żadna z szans na stawanie się nowego nie została zaprzepaszczona, a jedynie ich ujawnianie się jest niemiłosiernie spowalniane. Gdy do tworzenia literatury nie wystarcza pomysł, ale potrzebny jest też przemysł, gdy autorzy stają się zarazem dystrybutorami i egzegetami własnych wytworów, łącząc czasem z większym, czasem z mniejszym wdziękiem rozliczne role – krytyków, wydawców, animatorów, recenzentów, autorów, jurorów, selekcjonerów – proces krystalizowania się pozycji i postaw może trwać dłużej niż zazwyczaj, ale nie ustaje. Nie ma rzeczy niemożliwych, chociaż znacząco się opóźniają. Być może ujawniają się na raty, w dużych odstępach czasowych, nie od razu zyskują ripostę, nie od razu budzą sprzeciw i bunt, ale to nie znaczy, że w podziemnych korytarzach nic nie wzbiera, że nie trzeszczy tama. Media domagają się jasnych, wyrazistych postaci i postaw. Spokojnie, może niebawem.

Ukazujące się od zimy 2008 roku pismo apokaliptyczne „44” wydaje się może nie nową okolicznością, ale kolejnym ruchem głębinowym, tektonicznym przesunięciem w obrębie światopoglądów i estetyk, który być może wywoła nowe przemieszczenia w obrębie widocznego pola literatury. Nie chodzi o to, że bezkompromisowa retoryka neomesjanistów wypełnia treścią miejsca do tej pory puste. Nie istnieje jeszcze zresztą zbyt duża pewność, że po pierwsze neomesjanizm, apokaliptyzm przetrwa, a po drugie okaże się dosyć płodny i atrakcyjny. Istnieje zawsze zagrożenie, że z perspektywy czasu omawiane wystąpienie pozostanie jedynie efemerycznym post-manifestem w coraz bardziej post-literackim świecie. Manifest neomesjanistyczny przypomniał i swoją ekstremalnością niejako odtworzył (a może wręcz stworzył) biegun przeciwstawny do bieguna literatury formującej swoje pozycje wokół „Krytyki Politycznej”, „Ha!artu”, dawnej redakcji „Mebli”. Jak wspomniałem, nie wypełnia treścią pola, które było puste, ale tak jak magnes przyłożony do szyby, na której leżą opiłki żelaza, organizuje tę z pozoru bezkształtna masę, tak i jakiś projekt apokaliptyczno-mesjanistyczny może spowodować, że głosy do tej pory rozszczepione, chociaż zauważalne, tęsknoty metafizyczne, na które poezja zdawała się nie dawać odpowiedzi, zaczną się ujawniać w formach bardziej czytelnych, zorganizowanych. Piszę w czasie przyszłym, niedokonanym, bowiem mowa tutaj o procesach rozciągniętych w czasie i przestrzeni. Nie chodzi zatem o powoływanie sztucznej formacji, generacji czy grupy, ale przyjrzenie się, jak w perspektywie religii, konfesji, owej tillichowskiej troski ostatecznej można czytać niektóre (całkiem liczne) teksty powstałe w obrębie zjawisk nazywanych zbiorczo nową poezją polską; jakie projekty na ich podstawie można zrekonstruować; jakie kategorie zaprząc do pracy na rzecz zrozumienia. Zrozumienia często wykraczającego poza intencje autorskie, poza zamierzony zakres znaczeń i motywów zakładanych pierwotnie. To swoisty eksperyment z kilkoma pomysłami pojęciowymi, próba sprawdzenia, czy w tych soczewkach widać coś ciekawego, inspirującego w poezji; czy świat poprzez pryzmat tej poezji nie rozbija się na widma fascynujących barw i kolorów. Nie chodzi o nurty (w każdym razie nie w ściśle definiowanym ujęciu) ale o motywy, nie o grupy literackie, ale ukryte archetypy szukające sobie pozornie chaotycznie kanałów ekspresji. Archetypy są – jak chce Jung – wieczne, niezmienne, ukształtowane w toku tysiącleci rozwoju rodzaju ludzkiego. Zmieniać się może jedynie treść, jaką się wypełniają.

3. Jest dla mnie zaskakujące, że w Polsce, kraju deklaratywnie w 90% katolickim, nie ma zbyt wielu liczących się, zauważalnych poetów kojarzonych z opcją katolicką i (często, chociaż nie zawsze) konserwatywną, prawicową wizją świata. W każdym razie jest ich nieproporcjonalnie mniej niż zdeklarowanych katolików. Powiedzieć o tych autorach, że stanowią zwartą grupę, byłoby przesadą, chociaż wiadomo z grubsza, gdzie ich szukać na mapie literackiej Polski. Pogranicze pomiędzy poezją jawnie konfesyjną a apokryficzną w rozumieniu, jakie pojawi się za chwilę, będzie zapewne szerokie, a wszelkie zdecydowane próby przyporządkowania do ujawnianego projektu będą wywoływały odruchy protestu ze strony żywej materii poezji, poetów oraz poetek. To, co by charakteryzowało propozycję wiersza konfesyjnego, to swoista spolegliwość wobec epifanii, pokora i szukanie dobrego, czasem pięknego uzasadnienia dla tego, co objawione; raczej poszukiwanie w sobie odpowiedzi na iluminację niż poszukiwanie własnego objawienia. W jakimś sensie będzie to również wyczulenie na ciągłość, tradycję, nawiązanie. To znaczące ustalenie akcentów budujących napięcie tego, co w wierszu się wypowie. Nie oznacza to, bynajmniej, że tego napięcia brakuje, bądź że walka, jaka pozostaje do stoczenia, jest z góry przesądzona. Bynajmniej – powiedzą poeci apostolaci, poeci liturgiści i egzegeci – bowiem wiara jest zmaganiem się z własnymi słabościami. Z faktu, że wiem dokąd jadę, idę nie wynika, że droga przestaje istnieć i nic nie kosztuje. Jednak to, co kluczowe, zostało już powiedziane, wskazane. Roboczo tę wiązkę tekstów nazywam apostolską i egzegetyczną, aczkolwiek z zaznaczeniem, że nie dyskutując z dogmatami, a czasem nawet trochę do dogmatyki dorzucając, ta realizacja okazuje się wybrzmiewać na wiele sposobów.

W tym nurcie niewątpliwie dałoby się opisać i pomieścić specyficznie polskie zjawisko piszących kapłanów, księży i zakonników, „facetów w czerni”. Zapewne im też najbliżej by było do tego, co można nazwać wierszem liturgicznym, chociaż specyficzne przypadki ks. Jana Sochonia czy najbardziej poczytnego poety polskiego ostatnich 20 lat – ks. Jana Twardowskiego, będą od skostnienia daleko, mimo że żaden z nich na wyżyny awangardyzmu nie miał ambicji się wspinać. Dla obu zadaniem do przetrawienia literackiego będzie natura, ciało, świat zmysłów. To zagadnienia w języku codziennym kościoła zbywane, odtrącane, niezrozumiane. W tym sensie więc realizowałby się rebeliancki cel poezji oddawania głosu (głosów) temu, co (lub kto) nie jest dość słyszalne we wspólnocie, dawania pola głosom marginalizowanym, niepokojącym, dorzuconym pochopnie. W tym przypadku będzie chodziło o wspólnotę ludzi wierzących po katolicku albo chociaż po chrześcijańsku. Warto też zauważyć, że ten nurt, a osobliwie ks. Jan Twardowski, bywał lekceważony także przez krytykę literacką. Brak dyskusji w tym wypadku należałoby uznać za lekceważenie. Poezja księdza Twardowskiego zaś w czasie jakoby dla poetów marnym była fenomenem, który zdawał się przeczyć opisowi zjawisk, jaki wyjawiał się ze środowiskowych dyskusji i chociażby dlatego mógł/powinien być kiedyś dokładniej opisany.

W tych samych rejestrach języka poetyckiego swoje miejsce znalazłby wreszcie Papież-Poeta Karol Wojtyła i jego rozliczne medytacje rozpisane na wersy. Wreszcie na swoim miejscu, wpisywałby się On w rolę nadającego ton, patronując licznym apostolskim próbom literackim, mniej lub bardziej udanym, od klasycznych – jak Wojciecha Wencla „Imago Mundi”, po zupełnie chałupnicze, radiomaryjne, parafialne odruchy wspólnotowego i indywidualnego myślenia wierszem. Zaznaczę tylko, że nie chodzi o porównywanie jakości wykonania, a o wyakcentowanie światopoglądu ewokowanego wierszami. W tym nurcie, aczkolwiek bliżej obrzeży (zatem bliżej umownego centrum, przestrzeni wyznaczanej z jednej strony przez „Krytykę Polityczną” i „Ha!art”, a z drugiej „Frondę” i „44”), mieściłyby się mówienia wierszem o Bogu i tych sprawach Tadeusza Dąbrowskiego („Te deum”), Artura Nowaczewskiego („Commodore 64”), Wojciecha Wencla (m.in. „Zamieszkać w katedrze”, „Oda na dzień św. Cecylii”, „Imago Mundi”), Jarosława Jakubowskiego („Ojcostych”), Szymona Babuchowskiego („Sprawy życia, sprawy śmierci”, „Czas stukających kołatek”, „Wiersze na wiatr”). Zapewne gdzieś na pograniczach tego nurtu jawiłby się także Marcin Cielecki ze swoim debiutem „Czas przycinania winnic”, a także przygotowywanym drugim tomem, „Ostatnie Królestwo”, i – last but not the least – Krzysztof Koehler ze znakomitym post-smoleńskim tomikiem „Od morza do morza”. Perspektywa konfesyjna nie wyczerpuje wachlarza lirycznych zainteresowań wymienionych poetów, co warte podkreślania, bowiem nieopatrzne zdanie pozbawione tego doprecyzowania mogłoby skrzywdzić odczytania ich twórczości. Ich wiersze, przy zastosowaniu innej, na inne pojęcia nastawionej optyki, mogą wynurzyć się zupełnie niespodziewanie i zabłysnąć innym blaskiem.

4. Na tle wątków i nurtów egzegetycznych jaskrawie widać dwie kontr-orientacje światopoglądowe, słowo „nie” rzucone w twarz obrazowi Boga. To gest często bolesny, rozdzierający, którego źródłem może być cierń jak z wiersza Tadeusza Różewicza, a może być nim coś wręcz przeciwnego: afirmacja życia i żywotności w jego wszelkich przejawach, jak u Jacka Podsiadły. Szczególnie ten ostatni, który w ogólnym rozlirycznieniu, zapamiętaniu w życiopisaniu, pozostawał – i pozostaje – wyraźnie zbuntowany wobec instytucji życia religijnego i wszelkich jego doktryn. Nie można powiedzieć, żeby nie pisał własnej wersji zdarzeń, co stawiałoby go momentami blisko także bieguna apokryfu, jednak gdyby zapytać podmiot o religię – odpowiedziałby być może cytatem z wiersza „List do Jana Pawła II”: „Jak radzi pan sobie z dogmatem o nieomylności, gdy zdarzy się panu pomylić w rachunkach? Poza chęcią kpiny ten problem prawdziwie mnie zajmuje. Starałem się lubić pana, chociaż wiersze pana nie są zbyt udane a wasi kapłani, mówiąc bez ogródek, wpychają ryj wszędzie”. Złośliwy przypomniałby może Podsiadle, że dogmat o nieomylności dotyczy tylko kwestii wiary (a nie rachunków) i tylko w przypadku nauczania kościoła ex cathedra, ale zdaje się, że to tylko przyczynki, bowiem Podsiadło niezrażony ciągnąłby zapewne dalej tak: „Za pacyfistów nikt was nie uważa. Pokoju nie czyni się strojeniem min. Proszę zabrać swoich misjonarzy z Afryki i Azji. Kiedy milczeć wystarczy by kłamać, mówić »wiem« jest zbrodnią”.

Wśród nowych realizatorów tego pomysłu na ustawienie się wobec konfesji na pierwszy plan wybijają się wielcy kpiarze, którym brakuje wprawdzie pasji i żarliwości Jacka Podsiadły, ale którzy niezgorzej poczynają sobie w konwencji drwiny, ironii i egzystencjalnego sarkazmu, dekonstrukcji. Mam na myśli Piotra Macierzyńskiego (tomiki „Dance macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu” oraz „tfutfu”) i Adama Pluszkę (szczególnej uwadze polecić można zbiór wierszy „Zwroty”). Oni bowiem w swoim czasie powiedzieli generalne „sprawdzam” wszystkiemu, co w poezji poważne, i wyszło im na to, że zostało jeszcze trochę pola do zgrywy i zabawy konwencją, która pozwala stworzyć na przykład tasiemcowy jak telenowela tekst „48 moich grzechów głównych” (Macierzyński) czy ukryty, środowiskowy intertekst „O Boże przejechałem szczura” (młody Pluszka), w których język wiary zostaje strywializowany do granic śmieszności, staje się po prostu sztafażem, poręcznym wytrychem przy pomocy którego obaj poeci włamują się do magazynu zbiorowej pamięci i robią tam niezły bałagan.

Poetyka drwiny i groteski, która posługuje się językiem religii, czyni to tylko po to, by dobrze się zabawić, ale nie rewiduje światopoglądu; ten ma diametralnie inny i tylko przemyca go przy pomocy poręcznych narzędzi. Tuż obok tego nurtu pojawia się zjawisko instrumentalizacji, zawłaszczenia tonu sakralnego, za którym nie stoi wprawdzie żadna próba wchodzenia w kontakt z transcendencją (w każdym razie tak się wydaje), ale chęć upłynnienia opowieści, nadania jej dobrego, rozpoznawalnego rytmu, na przykład opartego na biblijnej składni. To nie jest jakieś dramatyczne zmaganie się z Najwyższym (kimkolwiek on, ona, ono jest), nawet nie jest to wydrwienie prawd wiary. To w zasadzie uznanie, że język, w tym język sakralny, to zestaw dobrych gadżetów waloryzujących powszechnie znane i dostępne modele do sklejania. W tę stronę chyba prowadziły wędrówki kilku poetów śląskich, a wśród nich Pawła Lekszyckiego („Wiersze przygodowe i dokumentalne”, „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”) i Wojciecha Brzoski („Przez Judasza”), którym nie można zarzucać drwiny, ale którzy poprzez rejestry mowy odświętnej, sakralnej realizują zupełnie inne cele. Zgoła świeckie.

5. Zupełnie osobnym głosem będzie w tym rozeznaniu to, co mówi poprzez nieobecność. To podobny na pozór głos do antyteizmu, czy chociażby zwykłej rebelii przeciwko hierarchicznemu strupieszeniu instytucji wiary i rytuału, jednak mówi przezeń przede wszystkim głód metafizyki. To rodzaj agnostycyzmu, który szczerze przywołując głuchotę, wydaje się być zarazem jedną z bardziej żarliwych modlitw o to, by jednak istnienie Tego Który Jest zostało jakoś zaznaczone, bowiem świat wydaje się bez tej wizji pozbawiony sensu, pozbawiony nadziei. Prorokiem tego typu poezjowania z jednej strony będzie Stanisław Barańczak ze zbiorem „Sztuczne Oddychanie” i zamieszczoną w nim anty-modlitwą „NN próbuje sobie przypomnieć słowa modlitwy” („…Ojcze nasz, którego nie ma, / Którego imienia nikt nawet nie wzywa / prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej litery, bo świat / radzi sobie bez Ciebie, / bądź…”). Z drugiej strony tym wyrazistym mówcą umarłego Boga (bo w tej perspektywie Boga nie ma, chociaż dobrze by było, gdyby jednak był), będzie Karol Maliszewski, znany bardziej jako krytyk ,a z wierszy raczej ceniony za językowe szaleństwo i dzikość. Dojrzenie w jego wierszach perspektywy transcendentalnej, uznanie tego tonu za istotny (a jest on istotny i licznie obecny), pokazuje tego poetę w zupełnie nowym świetle. Gdy mowa o głuchocie, która nazwana, świadoma przestaje nią być, warto przytoczyć w tym miejscu wiersz „Głuchy czerwiec” z tomu „Rok w drodze” z roku – nomen omen 2000:


„Iwonie i Antkowi Matuszkiewiczom”
„... żeby rzucać carmina w przestrzeń
sakralnych jaskiń...”
Cz. Miłosz

Kaplice jak ptactwo,
co obsiada miedze
i wydaje głuchy krzyk
słyszany przez nielicznych
przez nielicznych tak bardzo.
Urodziłem się w okolicy pozbawionej
katedr – luster wyższej wiary,
pośród wzgórz kręcących się w kółko
nasiąkałem pustką, niedzielą
bez znaczeń. I teraz nie słyszę,
co w powietrzu drży
i dlaczego; za moją głuchotę pomódl się
czytelny, jasny i wytrwały

Jak wiele melodii może zabrzmieć w uszach człowieka, którego otoczenie – i on sam – uznaje za głuchego jak pień. Niczemu nie przeczy, tylko z pokorą wyznaje, że nie słyszy, bo za dużo się podziało gdzieś po drodze. Coś popękało i nie chce się złożyć w obraz pełni, w obraz zacisza wiary graniczącej z pewnością. Jest w tym wierszu rodzaj pokory wobec tych, którzy słyszą, ale i żarliwość, odprysk wewnętrznej walki, w której podmiot, ten który mówi przez wiersz, ostatecznie uznaje się za pokonanego. Gestowi poddania, bo ten wiersz jest gestem opuszczenia bezradnie rąk, wobec czegoś, co przerasta zwykły rytuał, wobec wiary zapośredniczonej w dostępnej formule religijnej – temu gestowi blisko jest do gestu oddania, to zwierzenie na granicy zawierzenia drugiemu człowiekowi. Głuchy czuje, że coś drży w powietrzu, tylko poplątały się książki szyfrowe, zgubił się gdzieś język, którym by można było mówić o sprawach ważnych, straciła się prostota, chociaż paradoksalnie wiersz wydaje się być pisany językiem do bólu prostym. Jest w nim środkowoeuropejska pustynia, a pustynia to miejsce, na które prędzej czy później trafia każdy, kto poważnie i odważnie poszukuje. Obraz z pierwszej strofy przywołuje konotacje staffowskie i nie chodzi mi tutaj o dźwięczność (może nawet toniczność), którą przesiąknięty jest cały tekst. Mieszkając w tym kraju, znając kaprysy nieba nad nami, można już zobaczyć te wszystkie kapliczki, jak wrony jakieś, przyszarzałe wróble późną jesienią, osmętniczą, mglistą, wczesną wiosną. Tonacja dżdżysta; przestrzeń opisana kilkoma słowami, bez imaginacyjnych sztuczek nabiera cech klaustrofobicznych. Zarazem jednak tkwi w tych słowach, gdy je przeczytać na głos, z zachowaniem wersyfikacji i interpunkcji, rodzaj wewnętrznego, modlitewnego zrytmizowania. Nie ma tutaj intelektualnej gry w ciuciubabkę, filozoficznych dywagacji, samopotwierdzającej się prawdy jakiejś-tam-wiary. Jest wyznanie i prośba, byś Ty, który znasz, doświadczasz prawdy, albo zdaje Ci się, że doświadczasz, który znasz jasność, lub chociażby wytrwale do niej dążysz – opowiedział w codziennej modlitwie o bracie swoim, który tam, w rozmiękającej dolinie, padł na kolana w bruzdy jesiennych pól, w ciszę, oniemiał od tajemnicy, do której nie pasuje żadne z dostępnych rozwiązań. Nie opowiadaj mi, zdaje się mówić podmiot liryczny, a w oczach ma ślad rozdarcia większego niż on sam, o dźwiękach, których nikt nie nauczył mnie słuchać, nie pouczaj mnie, nie dziw mi się, że nie widzę tego, co być może i ślepy by dostrzegł. Wątpliwość, uprzykrzona starsza siostra wiary, zaprosiła się do mnie dzisiaj. Wysłuchaj mnie i znieś te kilka słów tam – wyżej. A przecież wiara nie jest pewnością kalkulacji, tylko szalonym, irracjonalnym aktem oddania. Tylko w ciemnościach są nieograniczone przestrzenie dla światła. Chcąc wyśpiewać swoje racje, zapomina się o prawach i tym, co mają do powiedzenia głusi, niemi. A przecież każdy człowiek nosi w sobie opowieść, droga zbawienia wiedzie zawsze przez twarz drugiego człowieka. Szacunek i dialog, wbrew pozorom, nie zachodzi wtedy, kiedy Ty chcesz coś dać mnie.

Wokół tego paradoksu – nieznośnej ciszy i pustki po umarłym Bogu, nierównowadze świata domagającej się zrównoważenia w innej przestrzeni będą się obracać niektóre wiersze Mateusza Wabika, Macieja Woźniaka, Dariusza Pado, późne wiersze Jarosława Klejnockiego, wczesne i twarde liryki Ryszarda Będkowskiego. W różnej temperaturze pisane, z różnym natężeniem i tonacji. Tutaj też pojawi się młody Wojciech Brzoska, z czasów ciekawego tomu pod rodzącym rozliczne skojarzenia tytułem „Niebo nad Sosnowcem”. Późniejsze tomy, wcale nie gorsze, poszły jednak w stronę zinstrumentalizowania języka religijnego, co wydawać się może naturalną koleją rzeczy. Być może wokół tej przestrzeni wyłoni się w zupełnie innym świetle poezja Romana Honeta, w której wiele będzie „zaglądania do trumny”, a zarazem pytania o drugą przestrzeń wyrażonego być może nie wprost, ale wyraźnie.

6. W tej opowieści o możliwych archipelagach poezji zderzającej się z konfesją nie może zabraknąć tego wszystkiego, co obce domyślnemu głównemu, rzekomo pierwotnemu nurtowi polskiej tradycji. To niewielka, ale zwarta grupa projektów lirycznych wyłaniających się z obszarów innowierczych. To pewna nowość w polskiej poezji o tyle, że wcześniej jeżeli pojawiały się nawiązania do innych wiar, innych tradycji religijnych – to miały one charakter zewnętrzny, były częściej obserwacjami, wykorzystywaniem rekwizytów. Ale świat nie stoi w miejscu i obok pytań o przestrzeń ostateczną zadawanych w języku dobrze znanego systemu obrazów, archetypów i symboli coraz częściej pojawiają się próby wyprowadzenia wiersza tak, aby odnajdywał się w nim język i doświadczenie zapośredniczane przez buddyzm różnego autoramentu – zen, karma kagu, gelugpa. Wyjątkowo tutaj pojawią się także eksperymenty formalne wychodzące naprzeciw poezji zen, poetyce wschodnich sutr i instrukcji medytacyjnych. To w tej niszy (chociaż zarazem ją przerastając) odnajdzie się poezja Edwarda Pasewicza (chociażby „Drobne! Drobne!”), Dariusza Adamowskiego („Adamowo”, „Skraj”, „Gub trać”), Jarosława Gruzli („Smak teraz”) czy Jacka Mączki. Poprzez podejścia synkretyczne dadzą się w tym ujęciu czytać Ewa Sonnenberg, Marzanna Kielar, Antoni Matuszkiewicz, Michał Fostowicz. To też pewna warta zauważenia nowość w tym, co drga metafizycznie w nowej poezji. Tego wcześniej w tej skali i też w takim wykonaniu nie było.

7. Wreszcie gdzieś poza tymi jasno zdefiniowanymi biegunami odnajdą się autorzy i teksty bliskie dominującej konfesji i konfekcji literackiej, ale żarliwie próbujący odnaleźć i odzyskać własny głos, własną formę mówienia o sprawach ważnych. Ta grupa nie ma jednego mianownika, spójni, chociaż dzieje się tak być może tylko dlatego, że nikt kreski nie zdecydował się wykreślić i nazwać. A imię jej – apokryf. Może nawet – neoapokryf. Neoapokryfista zadaje te niewygodne pytania, których nie zadają poeci apostołowie i egzegeci, ci bowiem tkwią w zgodzie na wszystko, co przynosi objawienie – takie ich prawo i łaska. Ale co mają począć ci, którym owa łaska pańska na pstrym koniu nie była dana? Co ma począć niesforna dusza Mateusza Lewity z Bułhakowa, Barabasza z Lagerkvista, która każe pytać o to, skąd zło, o sens winy, zbiorowej odpowiedzialności, o granice wolnej woli i wszechmocy Najwyższego; każe pytać Jezusa – jak Judasz z rock-opery Tima Rice’a i Andrew Lloyd Webera – dlaczego wybrał dziwne czasy, skołatany, peryferyjny kraj zamiast pysznej współczesności. Zarazem apokryficzne ujęcie tematów wiary w wierszu wydaje się być zdumiewające bliskie duchowi papieskiego „Gaudium et spes”, ale także encykliki „Redemptor Hominis”, nie wspominając już o „Liście do artystów” z roku 1999. Współczesny apokryfista każe upatrywać roli sztuki, literatury nie tyle w uzasadnianiu prawd objawionych, ale w dyskusji z objawieniem poprzez badanie możliwych innych wersji prawdy i piękna. Ta poezja mieszka w nieciągłościach narracji, współcieszy się z wątpliwością i z niej wyprowadza pytania, mniej troszcząc się o odpowiedzi. Zarazem neoapokryfista nie jest ani ewangelistą, ani misjonarzem, ale szczególnego rodzaju poetą profetycznym. Może się poczuć adresatem listu do tych, którzy z pasją i poświęceniem poszukują epifanii piękna (czyli „Listu do artystów”), ale bardziej gdy chodzi o epifanię niż o piękno. Nie wie, czy sztuka jest od wzbudzania zachwytu i nie za bardzo wierzy kanonom piękna, bowiem w każdym kanonie wietrzy opresję. Poezja w jego ujęciu ma służyć nie zachwycaniu, ale wzbudzaniu, wybudzaniu, powinna grać na trąbce-sygnałówce tuż nad uchem. Najpierw wstrząsnąć, wytrącić z rytmu i oczywistości, rozhuśtać zmysły, percepcję, wyobraźnię, poszukać tego, co jest niewyrażalne w kilku prostych słowach. Rolą tego poety jest wchodzenie w cudze buty i opowiadanie, chociażby i sobie samemu kolejnej, nowej wersji zdarzeń z nowej perspektywy. Kto sprzedał gwoździe, kto je kuł, kto oprawił młot („czy nie wypadał czasem trzonek? Trzeba lepiej go zaklinować wystruganą drzazgą, namoczyć w wodzie, wtedy drewno pęcznieje”). Trzeba szukać tej szczeliny, jaką zostawił po sobie Kreator („Looking for to fill that God shaped hole…”), wejść w nią i tam uparcie drążyć słowa, znaczenia, obrazy, ikony. Tak, poezja jest komunikacją, w tym sensie, że ktoś, kiedyś znajdzie tę notatkę, zapiski i być może poczuje się zmuszony poszukać w sobie na wiersz odpowiedzi. Znacznie częściej – nie. A zatem drążę, bo wierzę, że okaże się sens drążenia, jeżeli podejdzie się do nieciągłości bez wstępnych narzędzi. Wiara przecież nie daje odpowiedzi.

Wiersz apokryficzny poprzez stosy potłuczonych skorup próbuje dojść pierwotnego kształtu stągwi, w których woda zamieniała się w wino. Nie przyjmuje jednak niczego na wiarę do końca. Szuka czegoś, co znacznie uwiarygodniłoby tę historię sprzed dwóch tysięcy lat. Owszem, taka poezja to spór przyjaciół. Szanuję, dlatego pytam, rozmawiam, sprawdzam. Konfirmacja, powtarzanie innymi słów wyznania wiary nie jest ciekawe i inspirujące dla jurodiwego, bowiem on nie szuka uniwersalizujących reguł i formuł, on szuka żywiołu i doświadczenia, graniczącego czasem z szaleństwem. Cóż z tego – odpowie zapewne jurod – szaleństwo w znacznej mierze jest opowieścią o tym, kogo i dlaczego uznano arbitralnie normalnym, a kogo wykluczono i w każdym czasie szaleństwo jest czym innym. Neoapokryf nie ma być instytucjonalnym aktem strzelistym, z ducha jest raczej komunikatem odrzucanym, niepewnym, wieloznacznym, niepokojącym, ukrytym nurtem języka, zapomnianą narracją. Nie ustanawia, ale pyta. Jeżeli doznaje epifanii, to jest to list z ziemi niczyjej, raport snajpera zaginionego, zaczajonego między liniami frontów. To jest żywioł i teren nowego apokryfu. Traktaty są dobre dla teologów. Ci są w swoim słowie bliżsi idei, boskości. Poezja, której mogę i chcę zaufać, będzie bliżej człowieka. Nie będzie negocjować z teologią istoty swojego przekazu, bowiem ma mało czasu i musi być nie tylko apokryficzna, ale i profetyczna, to znaczy objawiać drugiej stronie dialogu – człowieka. To zaś będzie wielokroć siało zgorszenie, niezgodę i złość. O ile profetyzm w ujęciu ściśle biblijnym był rodzajem przekazu z góry na dół, od Najwyższego do ludzi, to neoapokryfista swoją rolę quasi-prorocką widzi – jeżeli w ogóle ją widzi – w głoszeniu człowieka wobec najwyższego. Tego właśnie który „nazwany jest drogą kościoła”. Pojedynczy i samotny jak człowiek z apokryficznej piosenki U2 „Wake up dead man”:„Jesus, Jesus help me / I'm alone in this world / And a fucked up world it is too / Tell me, tell me the story / The one about eternity / And the way it's all gonna be”.