Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Katarzyna Szkaradnik,

SKARGA PROTESTANTÓW A PROTESTY SKARGI, CZYLI KTO SKARŻY, NIECH PYTA

A A A
Wydanie monograficzne: Skarga - religijny agon kultury.
Ręce desperackim gestem poderwane w górę, posępne i zadumane oblicze starca, rozwiane szaty natchnionego profety – obraz ten, nieustannie reprodukowany w podręcznikach historii i języka polskiego, trwale wrył się w naszą pamięć, chociaż najpewniej słyszeliśmy, że słynne kazania księdza Skargi nigdy na forum sejmowym nie zostały wygłoszone. Cóż, taka potęga wizualności… Czy słowa XVI-wiecznego jezuity mają dzisiaj podobną siłę? One same być może nie (niebywale poczytne przez wieki „Żywoty świętych” zachowały popularność chyba już tylko w wąskich kręgach), lecz jego postać najwyraźniej pozostaje żywa, a przynajmniej usiłuje się ją wskrzesić. O własnych siłach Skardze – makabrycznie pochowanemu żywcem – nie udało się „powstać z martwych”, Sejm RP postanowił jednakże przywrócić go światu, mianując autora „Kazań sejmowych” patronem roku 2012. Mimo (z powodu?) nietypowej jednomyślności naszych parlamentarzystów tu i ówdzie rozpoczęła się szamotanina, która – można by sądzić – próbuje dramatyzmem dorównać beznadziejnej walce, jaką Skarga toczył w swej trumnie. Wybór takiego patrona zdaje się kolejnym włożeniem kija w mrowisko, przy czym mrowiskiem byłby Kościół katolicki, wokół którego roją się coraz liczniejsze pretensje i zarzuty.

Krytycznych głosów dotyczących wewnętrznych grzechów tej instytucji oraz ich skrzętnego tuszowania nie muszę przywoływać. Bez wątpienia fakt, że duchowni są na cenzurowanym, ośmielił wiele osób, które niczym advocatus diaboli zaczęły wysuwać argumenty przeciwko decyzji sejmu, dopatrując się w intencjach zwolenników „kandydatury” Skargi m.in. planowej kampanii środowisk integrystycznych. A może jednak wybór był po części przypadkowy: jakichś patronów „wypada” wszak mieć, nie wypada natomiast wciąż powtarzać tych samych, „odkopano” więc kontrowersyjnego kaznodzieję i postawiono w dość przypadkowym szeregu z Kraszewskim i Korczakiem.

Gdyby pozostać przy ogólnikach rodem z encyklopedii, trzeba by go określić jako patriotę (choć interes Kościoła stawiał ponad interesem kraju), myśliciela, filantropa, fundatora oraz przełożonego szkolnictwa tudzież (niedoszłego?) reformatora życia politycznego. Należy też przyznać, że spod jego pióra wyszły i takie iście uniwersalne zalecenia, jak te z „Kazania siódmego”: „Gdyż to jest nawiętsze szczęście każdego królestwa, gdy ma w sobie ludzie w poczciwości się kochające, wstyd i trzeźwość, i mierność [umiarkowanie – K. Sz.] miłujące, posłuszne, karne, mądre i mężne, a miłością jeden ku drugiemu zaprawione. Do tego wszytkie prawa, jako do celu, skłaniać się i zmierzać mają (…)”. Inne znowu wyimki z owego kazania wydają się potwierdzać to uzasadnienie decyzji o uczynieniu Skargi patronem roku, zgodnie z którym „miał odwagę nazwać po imieniu największe polskie przywary”. Czyż nie pasuje do nas wyjątkowo diagnoza à propos mnożenia przepisów i zaostrzania nieegzekwowanych kar: „Prawo też to żadnego pożytku nie niesie, które się dobrą egzekucyją i pilnym wykonanim nie opatrzy i potężnością do przymuszenia nie przyprawi. Piszem prawa, a więcej tych, które żadnego wypełnienia nie mają. Karty mażem, a papier ukazujem, a po staremu w nierządzie żyjem. Na czym to królestwo i ludzie w nim barzo chramie [kuleje – K. Sz.]”?

Przede wszystkim jednak jest Skarga znany jako zażarty przeciwnik innowierców, nic zatem dziwnego, że synod Kościoła ewangelicko-augsburskiego „wyraził zaniepokojenie” decyzją sejmu, zwłaszcza, że motywowano ją nie tylko owym „patriotyzmem”, ale również gorliwym działaniem na rzecz kontrreformacji. Będąc wrogiem swobody wyznania, pełnym pogardy dla „heretyków” i rzucającym najgorsze obelgi na protestantów propagatorem „nawracania” ich siłą „dla ich dobra”, utrzymującym, że lepiej, by zginęli, niżby mieli żyć w błędzie – jezuita ten jawi się w ich oczach jako szerzyciel nienawiści; zresztą jeden z wielu, którzy podburzali wtenczas lud do tumultów przeciw ewangelikom. Z drugiej strony jednak warto pamiętać, że także protestanci zwalczali swych oponentów (nie tylko Słowem Bożym), przekonania Lutra na temat Żydów mogą dziś luteranów mocno żenować, a wszystkie wyznania – solidarnie! – potępiały braci polskich, którzy wydają się najbardziej nam współcześni poglądami: wprost nowoczesnym demokratyzmem, pacyfizmem, naciskiem na moralność praktyczną, ideą równości i kosmopolityzmem przy jednoczesnym poszanowaniu ojczyzny.

Ostatnio usłyszałam od pewnego dobrze wykształconego starszego człowieka, że jest ateistą, niemniej szanuje i ceni ewangelików, ponieważ to – cytuję – „otwarte umysły”. Zrozumiałam, że podziela zdanie rosnącej grupy osób, uważającej katolików za ślepo posłusznych arbitralnie przyjętym dogmatom i swoim „pasterzom”. Tymczasem mamy tutaj typową generalizację – ateista nieraz wszak bezgranicznie zawierza nauce (albo… ezoteryce), wierzący katolik bywa krytyczny i otwarty, ewangelik zaś często nie zna pism reformatorów, tylko szczyci się swą wyższością z racji odrzucenia pewnych tez czy praktyk, np. uznanego za relikt pogaństwa kultu świętych. Obecnie preferowany jest krytycyzm, podważanie pozornych oczywistości, za którymi dostrzega się opresyjną machinę zniewolenia; niełatwo jednak (czytaj: zbyt łatwo) ze współczesnych stanowisk oceniać postacie takie jak Skarga. Nie głoszę jednak absolutnej nieprzekładalności perspektyw czasowych – zbrodniarz pozostanie zbrodniarzem, a bohater bohaterem, chociaż… ileż było już rewizji pierwotnych ocen! Kiedy historia definitywnie nas osądzi? Kiedy zapadnie ów Heglowski zmierzch, po którym wylatuje sowa Minerwy? Czy dopiero, gdy nadejdzie ostateczna ciemność? Ale kogo wówczas ten osąd będzie obchodzić?

Niewątpliwie uczony kaznodzieja miał dobre intencje i nigdy by nie przypuszczał, że może być nimi piekło wybrukowane. Z jednego powodu piętnował protestantów i dyzunitów oraz zabraniał „maluczkim” samodzielnego studiowania Biblii: „Bo póki te nieszczęśliwe sekty między wami nie były, pótyście byli jako jeden mąż, jednego serca i wolej jednej; i doma, i na sejmach, gdyście potrzeby Rzeczypospolitej obmyślali. Katolicy jeśli się powadzą, kapłani je i ołtarz zgodzi, od którego heretycy uciekli, żadnego na niezgody sędziego i jednacza mieć nie chcąc” („Kazanie trzecie”). Współcześnie samych katolików kler nie tylko nie łączy, ale wręcz dzieli; podobnie jedność ojczyzny sprawia wrażenie podejrzanej, a zwłaszcza ojczyzny narodowej, utożsamianej z polskimi resentymentami, cierpiętnictwem, mitomanią.

Skarga pożądał jedności, choć czasy renesansu otwarły uniwersalistyczną dotąd Europę na wielość – wielość odrębności narodowych, wielość lądów i ludów, wielość nieznanych praw nauki, czy wreszcie – jak u Bruna – nieskończoną wielość bytów we wszechświecie. Co zaś odróżnia ową wielość od teraźniejszej, to, moim zdaniem, nawiązanie ad fontes – radosna pewność, czerpana od starożytnych, że człowiek jest miarą wszechrzeczy. I było to źródło potencjału, zanim stało się źródłem lęku, wyrażanego już przez Skargę. Dziś także wskazuje się na bodaj nieograniczone możliwości samokreacji, jakie przyniosły nasze czasy, chociaż większość osób woli (i musi) w wielu sprawach zdać się na innych, bo nie wszystko można unieść samemu – zmagania z powszednimi kłopotami wystarczą, po cóż jeszcze absolutnie indywidualne rozstrzygnięcia etyczne i metafizyczne!? Poszukuje się autorytetów, ale zwykle poza zdewaluowaną instytucją Kościoła, który postawiwszy barykadę przeciw wszelkiemu relatywizmowi, jeszcze silniej odizolował się od ludzi. Sytuacja robi wrażenie patowej.

Mogłabym szczególnie się tym nie przejmować, a jako ewangeliczka wręcz chlubić brakiem związków z katolicyzmem; na dodatek żyjąc nie w diasporze, lecz na Śląsku Cieszyńskim, nie muszę dopominać się o swoje prawa i codziennie udowadniać, że nie należę do sekty i nie jestem antychrystem. Co mnie jednak martwi, to przekładanie się nastrojów antyklerykalnych na zwątpienie religijne. Bynajmniej sama od tego zwątpienia nie jestem wolna, „wadzenie się z Bogiem” uważam za niezbywalny element samoświadomości i przypuszczam, iż – inaczej aniżeli Kasprowicz – nie przestanę się z Nim wadzić aż do śmierci. Tyle że „wadzenie się z Bogiem” to co innego niż wadzenie się z ludźmi i ze sobą, a tak zjawisko, o którym tu piszę, zazwyczaj się przejawia.

Skarga przeciwko Skardze jest skargą przeciw ciasnocie myślenia, negacji pluralizmu i przez niektórych wyraźnie podkreślanym staraniom o podporządkowanie państwa Kościołowi. Sam bohater tego tekstu zdaje się tylko figurą obrazującą owe tendencje. Nie sądzę, by powołanie go na patrona roku (którego większość już przecież za nami) okazało się niebezpieczne i np. nasiliło niechęć wobec mniejszości wyznaniowych (przydałyby się tutaj dokładne badania). Protestujących przeciwko Skardze warto natomiast przestrzec przed zbytnią zapalczywością, żeby go na tym polu przypadkiem nie prześcignęli; aczkolwiek słusznie wykorzystano jego postać – niejako na przekór jemu – do podjęcia dyskusji i przypomnienia Polakom o innych wyznaniach. Przy okazji dobrze byłoby wrócić do pism jezuity, aby wyłuskać z nich to, co mówił o obłudnej, zapatrzonej w siebie szlachcie (choć na podstawy krytyki jej przywilejów nie sposób obecnie przystać: elekcja jest niepotrzebna, skoro król to pomazaniec Boży, a nietykalność szlachcica należy znieść w celu umożliwienia karania za konwersję) i aby zapytać siebie, jak traktujemy prawo i swoich podwładnych, ale także – znowu biorąc autora za antywzorzec – czy nie zakorzeniła się w nas nietolerancja, do której tak trudno nam się przyznać.

Chodziłoby zatem o lekturę bądź co bądź wybiórczą. Jak jednak wyglądała sprawa naszych czołowych romantyków i ich mesjanistycznych „aberracji”? Tu „Pan Tadeusz” – taki wybuch (zmitologizowanego wprawdzie) realizmu, a tu towiańczycy i podejrzane życie osobiste… To właśnie kolejna kwestia: co innego poglądy, co innego życie. Z podsuniętego wzorca czerpać więc trzeba te inspiracje, które… trzeba. Ze Skargi być może troskę o Polskę, pracowitość, samozaparcie, ale nie zaślepienie czy fanatyzm. Łatwo powiedzieć: „wybieraj”. Po cóż nam wzór, którego myśli musimy traktować wybiórczo? Niemniej z większością „ideałów” rzecz ma się podobnie; człowiekowi po prostu nie jest dana nieskazitelność. Wyborów dokonujemy zresztą na każdym kroku: Czy ten film ukazuje agresję dla niej samej (dla zabawy), czy może czemuś ona służy? Czy powinniśmy postępować jak ci skorumpowani, pozbawieni godności politycy? „Trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę” – wyznawał wieszcz znający wszak udręki twórcze. Skarga z pisaniem ksiąg raczej nie miał problemu, w każdym razie prezentuje się jako świetny retor. A co z jego ksiąg możemy wydobyć, żeby „dzień dobrze przeżyć”? O tym musimy zdecydować sami. Patron został wytypowany, teraz do nas należy decyzja, czy całkiem odrzucimy jego kontrowersyjne tezy, czy któraś – choćby na zasadzie sprzeciwu, ale przemyślanego – okaże się dziś ważna.

W rozważanym wypadku wybór można jednak ostatecznie uznać za stosunkowo jasny. Co natomiast, gdy w grę wchodzą bardziej złożone kwestie światopoglądowe? Dobrze byłoby się poradzić, lecz jak przypomina Sartre, już wybór doradcy jest wyborem rozstrzygnięcia dylematu, bo udając się do księdza, spodziewamy się usłyszeć coś innego niż od niego, Sartre’a. Jesteśmy skazani na wolność – konstatował ów „papież egzystencjalizmu” jeszcze przed zapanowaniem ponowoczesności. Tyle że powinniśmy być właściwie przygotowani do umiejętnego dokonywania wyborów dzięki edukacji otwierającej horyzonty myślowe, a nie zakleszczonej w tabelkach z danymi czy „kluczach odpowiedzi”. Nie ma klucza odpowiedzi do życia, do stosunku wobec innych. Myślimy nieraz, że „drzewiej” wszystko było prostsze, wszak tradycyjne społeczeństwa zapewniały swoim członkom przewidywalne trajektorie losu. Człowiek jednak zawsze musiał decydować: dziewczyna mogła zostać przymuszona do poślubienia kogoś, ale nikt jej nie zmusił do żywienia wobec małżonka określonych uczuć i zachowywania w owym związku zniuansowanych, częstokroć niedostrzegalnych z zewnątrz relacji. Współczesność przyniosła nam autonomię bardziej formalną, tj. popartą prawem, lecz refleksję nad tym, czym się kierować lub kogo uważać za autorytet, każdy musi wciąż od nowa podejmować w głębi siebie. Podobnie było w czasach księdza Skargi. Zresztą – skoro i o sferze wiary była mowa – ponoć zaczęło się już w ogrodzie Eden.
    Zrealizowano w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz dzieki wsparciu finansowemu: Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury