Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Maciej Stroiński,

ES WAR

A A A
Z podtytułu – „mój dziadek zginął w Auschwitz, a mój był esesmanem” – nie wyczytamy tylko tego, że „nadtytułowa” para jest parą małżeńską. Poza tym, zdaje się, wszystko wiadomo. Będzie Holokaust, będzie afektacja, będzie happy end we łzach. Dlatego tytuł jest dobry i jest niedobry, ponieważ zapowiada treść książki i nie zapowiada. Można powiedzieć krócej, że zdradza treść, czyli trochę ją wyjawia, a trochę wykrzywia. Jest Holokaust i jest happy end we łzach, ale nie ma afektacji. Autor, Uwe von Seltmann, wystrzega się – scoverujmy Brzozowskiego – „męczeństwa na pluszowym krzyżu”, „polsko-niemieckiego Oberammergau”, tego wiecie jakiego dreszczyku, który potężną masakrę obraca w la petite mort. Von Seltmann nie jest Michelem Foucault ani James Wanem, czytaj: nie uprawia pornografii śmierci. Nie wali po gałach ani okrucieństwem, ani czułymi słówkami. Uwe wybrał trzeźwość i dlatego czytam.

Punchline z tytułu jest świetnym przykładem tego, co Hegel nazywał dialektyką. „X” jest dialektyczne, jeśli z miejsca przechodzi w nie-„X”, jeśli warunkiem jego zaistnienia jest jego przemiana. Nie-„X” wciąż, jak widać, nosi w sobie „X”, ale już zniesione. Wszystko, co wyznaje autor, samo siebie przezwycięża: dziadek był esesmanem, bum!, jest już tylko dziadkiem, dziadek był ofiarą Auschwitz, bum!, jest już tylko dziadkiem. Kat i ofiara wychodzą poza swą przygodną kondycję, skoro jej już nie ma, to znaczy pozostaną w stanie wojny, tylko jeśli tak ich ustawimy. Można – warto – ustawić inaczej. Wojna, dawno zakończona, jest już tylko widmem, które można odczarować. Się po prostu okazuje, że obaj bohaterzy byli tak zwyczajnie ludźmi, mogliby podać sobie ręce na weselu swoich wnuków. Jeden był mordercą, drugi mordowanym – no i? To jak u Joanny Chmielewskiej, poczytnej i boskiej kryminopisarski. Problem: karaluchy w domu. Rozwiązanie: jeśli nie możesz wytępić, musisz polubić. Fryderyk Nietzsche, poczytny i boski myślicielopisarz, nazywa ten stan amor fati, aktywnym pogodzeniem z losem. „»Było«: tak zwie się najsamotniejsza posępność woli i jej zgrzytanie zębami. Bezsilna wobec wszystkiego, co zostało uczyniony – złym widzem spraw przeszłych jest wola. Nie może chcieć wstecz; nie może złamać czasu i jego żądzy. (…) Furia woli bierze się stąd, że czas nie płynie wstecz; »Byłe« – taką nazwą nosi ów kamień, którego wola nie jest w stanie przetoczyć. (…) Wszelkie »Było« pozostaje ułomkiem, zagadką, przerażającym przypadkiem – dopóki stwarzająca wola nie powie: »Lecz tak chciałam«, »Lecz tak chcę! I tak będę chcieć!«. (…) I jakże bym potrafił to znieść, żem jest człowiekiem, gdyby człowiek nie był też kimś poetyzującym i kimś odgadującym zagadki, i kimś wybawiającym przypadek! Wybawiać przeszłych, a wszelkie »Było« przetwarzać w »Takem chciał!« – dla mnie dopiero to mogłoby się zwać wybawieniem” („Also sprach Zarathustra”: „Von der Erlösung”. Powtórzmy maksymę w oryginale, adekwatnym zwłaszcza przy naszej polsko-niemieckiej okazji: „Die Vergangnen zu erlösen und alles »Es war« umzuschaffen in ein »So wollte ich es!« – das hieße mir erst Erlösung!”. To zabrzmi dogmatycznie jak recepta od lekarza albo przemówienie Margarety Thatcher: there is no alternative. Wojna była i jeśli chcesz, żeby już jej nie było, musisz zrobić tak, by była, to znaczy – zmienić wojnę w przeszłość, wojnę uwewnętrznić i włączyć w historię. W wymiarze praktycznym rozpracował to Sigismund Freud, który zalecił rozgrzebywać, żeby się pogodzić, żeby „rozdzierającą tragedię” przetworzyć w „zwykłe ludzkie nieszczęście”. Kto będzie na tyle pojemny, by pomieścić w sobie wojnę, by ją rozpuścić do wewnątrz, by ją przeżyć jako duże, ale jednak tylko – nieszczęście, tego wojna przestanie przerastać. Tak można by nazwać wspólny projekt Uwego i Gabi: Była wojna.

Uwe się upiera, że jest dziennikarzem. Dobra, dobra, a my wiemy swoje. Otóż, proszę Państwa, Uwe von Seltmann skończył teologię i skończył skutecznie: stał się teologiem. Studiował to w Niemczech, więc nie jest teologem w „naszym” rozumieniu, znaczy: wyznaniowym, ściśle: katolickim. Teolog niemiecki to postać studiująca Biblię, znająca hebrajski, myśląca „zbawieniem”. I tym właśnie jest jego przedsięwzięcie: projektem odkupienia i relacją z tego, jak ten projekt wchodził w życie. Zaczęło się od tego, że Uwe poznał – z dokumentów, z opowieści – swojego dziadka i napisał o nim książkę. Potem poznał Gabi i napisał książkę o jej dziadku. Obie książki dostajemy w polskim wydaniu razem. No, umówmy się, dla mnie Lothar von Seltmann czy Michał Pazdanowski nie są figurami pierwszego zainteresowania. Neither to you, przypuszczam. Gdy taką historię opowiada ktoś pozbawiony zrozumienia dla rzeczywistości, czyli np. ja (dewiza: „tym gorzej dla faktów”), wychodzi żenujący banał. Żył, złapali go, zabili. Żył, dał się wciągnąć, sam się zabił. Szczegóły mnie nudzą, a słuchaczy – ogóły. Heidegger (inny „pozbawiony zrozumienia”, który także unikał tematu) zaczął swoje wykłady o Arystotelesie od wiadomości, że Arystoteles żył i pracował, dopóki nie umarł. Enough said, pozostanę na poziomie abstrakcji, gdzie lepiej widzę. Dla mnie Lothar Seltmann i jego powinowaty liczą się jako typy, żeby nie rzec: archetypy. Patrzę na twarz Lothara i widzę ambicję. O tym potem czytam w relacji jego wnuka. Z ambicją jest jak z solą: łatwo przedobrzyć i urządzić piekło. Ale to tylko ogóły. Przewracam kartki książki i czytam te wszystkie detale, do których nie mam cierpliwości. I przypomina mi się Primo Levi, który tę potrzebę mówienia wyjaśnił w odniesieniu do siebie: chodzi o to, żeby opowiedzieć wszystko, opowiedzieć każdemu, żeby „wyspowiadać” wszystkie szczegóły i okoliczności, żeby wyciągnąć drzazgę po drzazdze. Dla mnie ważniejsza jest ta podtekstowa potrzeba niż tekst sam.

Celem tego rozwiązania języka jest odczarowanie, sprowadzenie na ziemię. Jeśli o obozach, śmierci i otchłani da się opowiedzieć tym samym językiem polskim (niemieckim), którym mówi się o pogodzie… Odczarowanie tę ma wadę, że psuje tragiczną frajdę, radochę z bycia ofiarą, orgazm uprzywilejowania, dreszcz wyjątkowości. Świat odczarowany jest troszeczkę nudny, bowiem jest dorosły i dobrze oświetlony, żadnych kręcących półcieni. To jak zamknąć skręcalnię papierosów i odebrać zaczadzonym codzienną dostawę czadu. Czytasz książkę von Seltmanna i przy każdym zdaniu myślisz: „już dobrze”. Od razu czujesz, że historia się domyka. Wiesz, że autor po nietzscheańsku „wybawia przypadek”, czyli wierzy w życie. To niby bardzo prosta prawda, że – jak u Freuda – „chcemy żyć i być kochani”, ale jednak na tym cmentarzysku, które czas rozkopać, a potem zakopać, trzeba powtarzać banały, niech zombie usłyszą. Tak się niefartownie złożyło, że życie oznacza nieśmierć, w tym polsko-żydowsko-niemieckim (ukraińsko-huculsko…) wypadku oznacza nie-Auschwitz. Auschwitz to poważny przeciwnik (ból, lęk, poczucie winy – kontynuować?), ale come on, my żyjemy, więc wygrywamy jakby w przedbiegach, wystarczy sobie to uświadomić. „Koło się zamknęło. Poczułam ulgę”, pisze Gabi von Seltmann, a ja klaskam uszami. Książka się kończy jak „Andriej Rublow”: przeglądem obrazów. Koniec gadania, na fotografiach żywi ludzie, zazwyczaj się uśmiechają. No wreszcie.

Co to znaczy: żyć po czymś takim, jak obozy śmierci? Mniej więcej to samo, co pływać: wskakujesz i pływasz, nie myśląc za wiele. Tutaj znowu sprawdza się fizjologia Nietzschego: trzeba niejednego nie wiedzieć, trzeba umieć zapominać. Gabi się nie zgodzi, chodzi o to przecież, ażeby pamiętać. W tym jest żydowska bardziej niż ja, który jestem poganinem i wolę Nietzschego. Żydzi mają przykazanie zachor, „pamiętaj swoich wrogów!”: „Pamiętaj, co uczynił ci Amalek w drodze, po wyjściu z Micrajim. (…) Nie zapomnij!” (Księga Powtórzonego Prawa 25,17–19, tłum. Sacha Pecaric). Ale z drugiej strony: „Musisz wymazać wszelką pamięć o Amaleku spod nieba” (tamże). Trzeba ci pamiętać, Jisraelu, i trzeba zapomnieć. Jak zapomnieć i pamiętać? W pojedynkę się raczej nie da, jeśli się wystrzegać groźby schizofrenii. Chyba należy zbiorowo, dlatego jest to nakaz złożony do rąk narodu. Ja wymazuję, a Gabi pamięta. Ménage jest à trois: Uwe, z zawodu dziennikarz, czyli dokumentalista (choć, jak wiemy, nie tylko reporter), i pamięta, i daje zapomnieć: pozwala przemawiać faktom.

Małżeństwo Gabi i Uwego dowodzi „na żywo”, że przeciwwagą dla śmierci jest po prostu miłość, „miłość mocna jak śmierć” (Pieśń nad Pieśniami 8,6). Jest bliskość i problem pryska. Morał z tego wszystkiego jest taki to prosty – znamy go z Nałkowskiej, znamy go z Baumana, znamy go, pośrednio, również i z Gogola – że „to wszystko ludzie”: ludzie zabijali, ludzie umierali. Nie zmagamy się, jak Jakub, z Aniołem Śmierci, zmagamy się z samymi sobą. Więc luz.
Uwe von Seltmann, „Gabi i Uwe: mój dziadek zginął w Auschwitz, a mój był esesmanem”. Przeł. Katarzyna Weintraub. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2012 [seria: „Literatura Faktu PWN”].