Wydanie bieżące

1 listopada 21 (213) / 2012

Przemysław Pieniążek,

MIŚ I JEGO CHŁOPIEC

A A A
Seth MacFarlane jest dobrze znany miłośnikom nietuzinkowych seriali rysunkowych. Absolwent animacji na Rhode Island School of Design pierwsze kroki w zawodzie stawiał w Hanna-Barbera Productions (dziś funkcjonującej pod nazwą Cartoon Network Studios), gdzie zajmował się pisaniem scenariuszy i opracowywaniem koncepcji wizualnej takich tytułów, jak „Krowa i Kurczak” (1997-1999) oraz „Johnny Bravo” (1997-2004). W jego CV można odnaleźć także etat w Walt Disney Animation, gdzie przygotowywał skrypty kolejnych odcinków „Jungle Cubs” (1996), czyli swoistego spin-offu „Księgi Dżungli” (1967). Ale największą popularność przyniosły mu kultowe dziś cykle „Głowa rodziny” (1999) oraz „Amerykański tata!” (2005).

Jednym z najnowszych projektów kontrowersyjnego autora (dla którego kwestia poprawności politycznej jest jedynie pustym frazesem) miał być animowany serial opowiadający o perypetiach pewnego trzydziestolatka, którego nieodłącznym kompanem jest nad wyraz żywotny pluszowy miś. MacFarlane doszedł jednak do wniosku, że ów koncept powinien posłużyć za kanwę jego pełnometrażowego kinowego debiutu reżyserskiego. Amerykanin zaprosił do współpracy swoich dobrych znajomych z planu „Głowy rodziny”, scenarzystów Aleca Sulkina i Wellesleya Wilda. Tak narodziła się historia Johnny’ego Bennetta (Bretton Manley), małego outsidera, który dzięki życzeniu wypowiedzianemu w wigilijną noc Anno Domini 1985 zyskał wymarzonego przyjaciela w osobie wyjątkowo wygadanej przytulanki.

Oczywiście nadprzyrodzony status ontologiczny misia od razu wzbudził powszechną sensację, czyniąc z Teddy’ego rasowego celebrytę. Teraz, pod dwudziestu siedmiu latach znajomości, John (Mark Wahlberg) stoi u progu szansy na życiową stabilizację: właśnie otwiera się przed nim możliwość awansu na kierownicze stanowisko w wypożyczalni samochodów, a trwający cztery szczęśliwe lata związek z piękną Lori (Mila Kunis) aż prosi się o wprowadzenie na poziom narzeczeństwa. Niestety, bohater nie potrafi i nie chce pożegnać się z jedynym towarzyszem dziecięcych zabaw, ze swoim „ziomkiem piorunochronkiem” (wszak panowie dzielnie wspierają się w czasie znienawidzonych burz), który po niespełna trzech dekadach stał się cynicznym oraz wulgarnym osobnikiem, niestroniącym od mocnych używek. Ważąc na szali swoją (coraz bardziej niepewną) przyszłość z Lori oraz uporczywą świadomość destrukcyjnego wpływu, jaki wywiera na niego imprezowy miś, Bennett decyduje się na radykalne posunięcie.

„Ted” to bezkompromisowa, choć niewątpliwe prześmieszna komedia fantasy (w której można odnaleźć także elementy filmu obyczajowego, sensacji, a nawet thrillera), oferująca widzom wielopoziomową, intertekstualną grę z cytatami rodem z muzycznych szlagierów, kultowych produkcji telewizyjnych, filmowej klasyki oraz barwnego świata mediów. Ale równocześnie debiutancka fabuła Setha MacFarlane’a dobrze sprawdza się jako nieuznająca żadnych tematów tabu satyra na etos męskiej przyjaźni (bromance), diagnozująca znamienny dla dzisiejszych czasów syndrom Piotrusia Pana. Ted (przemawiający głosem Setha MacFarlane’a), którego osobowość kształtowała się na równi z personą Johna, pełni dość niewdzięczną rolę zarazem kozła ofiarnego, jak i powiernika oraz kusiciela. To dzięki niemu Bennett może (do czasu!) bezkarnie uciekać przed koniecznością podejmowania wyborów, wywiązywania się z danych obietnic oraz dźwigania ciężaru odpowiedzialności, coraz bardziej tracąc z pola widzenia to, co w życiu uchodzi za najważniejsze.

Obok niebanalnego scenariusza oraz sprawnej reżyserii, atutem „Teda” jest solidne aktorstwo. Mark Wahlberg z lekkością i wdziękiem wciela się w nieporadnego bohatera, którego przemianie widz może sekundować. Na uwagę zasługuje także nieco ornamentowy, lecz niewątpliwie zauważalny występ Mili Kunis, która przez trzynaście lat współpracowała z MacFarlane’em przy „Głowie rodziny”, udzielając głosu postaci Meg Griffin. W roli Donny’ego – targanego obsesjami (psycho)fana Teda – świetnie sprawdził się Giovanni Ribisi, natomiast swoistymi wisienkami na torcie są epizodyczne, choć zapadające w pamięć występy Nory Jones, Toma Skerritta czy Ryana Reynoldsa, nie mówiąc już o specjalnym udziale Sama „Flasha Gordona” Jonesa oraz Patricka Stewarta pełniącego obowiązki niestroniącego od mocno subiektywnych dygresji narratora opowieści. Oczywiście, nie sposób pominąć także brawurowego występu samego Teda (animowanego przez Setha MacFarlane’a dzięki zastosowaniu techniki motion capture), który pomimo swej rozczulającej pluszowatości pozostaje postacią szalenie ludzką – z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dopracowany pod względem wizualnym (zdjęcia Michaela Barretta, laureata nagrody Amerykańskiego Stowarzyszenia Autorów Zdjęć za „Kryminalne zagadki Miami”) film świetnie współgra z nostalgiczną oprawą muzyczną przygotowaną przez Waltera Murphy’ego (czterokrotnie nominowanego do Emmy za „Głowę rodziny”).

Zwariowana produkcja spotkała się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem ze strony zachodniej krytyki, stając się jednym z największych tegorocznych hitów sygnowanych logiem wytwórni Universal, przynosząc na całym świecie wpływy grubo przekraczające sumę 400 milionów dolarów. Nie dziwi więc, że w kuluarach już mówi się o potencjalnej kontynuacji. Czyżby miś o bardzo dużym… apetycie na życie miał jeszcze ochotę na małe co nieco?
„Ted”. Reżyseria: Seth MacFarlane. Scenariusz: Seth MacFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild. Obsada: Mark Wahlberg, Mila Kunis, Seth MacFarlane, Joel McHale, Giovanni Ribisi i in. Gatunek: komedia fantasy. Produkcja: USA 2012, 106 min.