Wydanie bieżące

1 listopada 21 (213) / 2012

Marzena Boniecka,

SPOWIEDŹ KRÓLOWEJ POEZJI

A A A
Rozmowa z laureatką, która miała miejsce podczas tegorocznej gdańskiej „Literaturomanii”, ujawniła kilka istotnych kwestii dotyczących jej poezji. Dyskusja o powracających w wierszach kategoriach baśni, fantazji, dzieciństwa, dosłowności i rzeczywistości stanowiła wspaniałe wprowadzenie do literatury, która rozprawia się sama ze sobą. Marta Podgórnik wykorzystuje bowiem bajkowe elementy, rymowanki, wyliczanki, by wypowiedzieć pewien autentyzm przeżyć. I jednocześnie ukazuje czytelnikowi naturalny językowy paradoks: to samo tworzywo służy fikcjonalizacji oraz staraniom w konstruowaniu prawdy. Dlatego raz mówi poetka, a raz kobieta, choć oczywiście oba głosy równolegle się na siebie nakładają.

Trudno się nie oprzeć wrażeniu, że owa metajęzykowa perspektywa służy również wyznaniu, stając się dla kobiety pamiętnikiem, domem i obszarem bezbrzeżnej samotności, wydziedziczenia. Stąd dobrze wszystkim znana zadziorna, stylistyczna kokieteria Podgórnik, która nieustannie balansuje na tych dwóch poziomach, uzasadniając przy tym dwuznaczny mechanizm tworzenia historii prawdopodobnej, możliwej, ale nie wiadomo, czy rzeczywistej. Być może (ostrożna będę wobec ostatecznych twierdzeń) to właśnie strategia „przyłapywania” czytelnika (krytyka także!) na gorącym uczynku; w miejscu, w którym język podpowiada, że mówi się prawda, jedynie od czasu do czasu zmącona literacką fikcją. Teksty Podgórnik zadają cios (z zaskoczenia) wszystkim tym, którym wydaje się, że odnaleźli w nich tę cienką granicę pomiędzy mitem a realnością.

Stąd (jakby nieco prowokacyjnie) „Rezydencję surykatek” otwiera komentarz na temat „My life” – biografii Isador Ducan, reformatorki tańca, skandalistki, kobiety wyzwolonej. Czytamy w nim: „Pamiętnik jej, którego szczerość gwarantuje oczywisty brak samokrytycyzmu, jest zarazem baśnią i dokumentem. Szczery był niewątpliwie stosunek autorki do sztuki”. Łatwo skojarzyć portret artystki z postacią królowej, galerią licznych (tworzonych przez Podgórnik) poetyckich wizerunków kobiet z jej twórczością, wreszcie osobą samej poetki... I właśnie owa „łatwość” prowadzi nas w ślepy zaułek insynuacji, autofikcyjnych kontekstów i biograficznych naleciałości. Liryczna strategia Podgórnik – wykorzystanie m.in. formy wywiadu, dialogu, zeznania świadków, zapisków wyciągniętych jakby z zeszytu wspomnień – igra sobie, gra, kpi z ludzkiej/czytelniczej naiwności, stając się przestrzenią rozrachunków i rozliczeń. Pytanie: „tylko z kim/czym?” należy podczas lektury postawić na równi z pytaniem: „kto ich dokonuje?”. W tym momencie musimy liczyć się z porażką. Przyjąć jej nieuchronność i śledzić, jak królowa poezji opowiada swoją historię. Jedną. Na wiele sposobów.


Bajka o martwej królewnie, pijanym królewiczu ze skrobanką w tle

„Rezydencja surykatek” rozpoczyna się od przeglądu snów. Oniryczna, lekko psychodeliczna aura wiersza wprowadza w klimat pozostałych utworów. Rysuje pewną hierarchię na linii on/ona: „Jak wygląda to miejsce (nazwij je) na jawie? / Jak wygląda (nazwij to miejsce) w Twoim śnie? / Tak. Kiedy zrobiłam skrobankę, chodził w tę i z powrotem. / Podobno po zabiegu straciłam przytomność; / upierał się, że będzie prowadził. / Czy lubisz to miejsce ze swojego snu, czy nie? Odpowiedz jakbyś relacjonował fakty, nie scenerię.” („Przegląd snów w grupie”). Żeńsko-męski dialog (czy wielogłos) przybiera w wierszach różne proporcje, ale kiedy ona opowiada o sobie, mówi wiele, choć w istocie nie mówi nic. Wydaje się, że wspomniana terapia ma na celu uzdrowienie „jego” traumy, „jego” potrzaskanej rzeczywistości. Kobieta umieszcza niekończącą się dla niej stratę, „bolenie” (ten poetycki konstrukt Świetlickiego wydaje się tutaj jak najbardziej na miejscu) pomiędzy wersami. Tam zaczyna się historia właściwa. Dramat. Trzeba wejść głębiej w metaforę zdania, nie dać się zwieść mirażowi zdarzeń, odrzucić blichtr szczęścia i sławy, żeby spod sterty bibelotów, wspominek, ironii i kiczu usłyszeć znaczącą ciszę. Nie znajdziemy tutaj charakterystycznych dla wcześniejszej twórczości Podgórnik odwołań do kobiecej cielesności: plamień, cieczy, upływów. Nie znajdziemy tutaj ciała. Naga intymność została schowana. Negocjacje zostały zakończone. Pozostał martwy płód i lingwistyczna śmierć, która, o „ironio, (...) jest grzechem śmiertelnym” („Gorzkie żale”). Wyczerpanie. Nie przystoi poetce/poecie? – zdaje się pytać autorka.

Teatr poezji i życia

Sen, baśń, fantazja. Snute w dzieciństwie marzenia małych dziewczynek (być może tych z okładki) o byciu matką, o rycerzu na białym koniu, rodzinie itd. Oczywistym jest, że z reguły nie przystają one do realności. A może inaczej? – podpowiada Podgórnik. Może to nie problem przystawania człowieka do rzeczywistości, ale rzeczywistości do człowieka. Rzeczywistości dziejącej się bezwiednie, z naszym udziałem, ale jakby bez nas. Brak – o tym poniekąd jest również ten tom. O kosmicznej pustce niewyrażalności, międzyludzkim dysonansie komunikacyjnym: „mój ukochany, mamy jeszcze trzydzieści pięć godzin. kiedy wychodzisz ze mnie, robi mi się smutno, i nagle mam w pamięci to, co się wydarza. potem już jest jutro, i bardzo piękny spacer dookoła cmentarza. a moja mama zawsze chciała mieć norkowe futro. mówi się «futro z norek», ale moja mama nigdy nie mówi o tym, czego pragnie. więc w sumie się nie miałam od kogo nauczyć” („Międzynarodowy dzień bez nas”).

Podgórnik często odwołuje się w „Rezydencji...” do motywu sceny. Wystawiania się człowieka na pokaz, realizowania od dziecka wyuczonych ról. Przekonania, iż życie i tekst to podobne konstrukty, w których nic nie stanowi ostatecznej prawdy. Dlatego z poezji królowa próbuje się „wytłumaczyć” – to znaczy z właściwą sobie przekorą obiecuje pisać bardziej „czytelne” wiersze, a także bez cienia skromności podsumowuje swój dorobek: „Nie ma jeszcze trzydziestki, a ma już zapewnione miejsce w pierwszej dziesiątce swojej generacji. Wszystko, czego się podejmie, wykonuje świetnie. Sprawdza się jako recenzentka, tłumaczka, redaktorka, prowadzi warsztaty twórczego pisania, juroruje w konkursach, bryluje w panelach krytycznoliterackich, błyszczy dowcipem i niewymuszoną erudycją w wywiadach dla czasopism literackich, jak i dla wysokonakładowej prasy. Właśnie składa do druku wymarzoną powieść. (...) Tymczasem jej pozycja literacka zwyżkuje nieubłaganie. Przy najważniejszych nagrodach może czuć się niesłusznie pominięta. Powstaje pierwsza, trzecia, osiemnasta praca magisterska licencjacka, wreszcie doktorska na temat jej twórczości” („Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta”). Podobnych „wyznań” znajdziemy w tomiku wiele. Ich nagromadzenie w wybuchającym od czasu do czasu poetyckim słowotoku powoduje, że czytelnik znowu wpada w pasmo sugestii: królowa poezji posiada gdzieś swój rzeczywisty odpowiednik czy to wyłącznie wytwór wyobraźni? Tylko czyjej? Poetki, podmiotu, samej królowej? To ślepa uliczka. Choć przecież głos autorki zdradza się w wierszu dla Marcina Sendeckiego. A może nie? Figura literackiej celebrytki ukrywa (chyba jedyny w tym tomie) fakt: „Cóż, wygląda na to, że nie wiesz; nic o mnie i tak / już zostanie” („w przedziale”).
Marta Podgórnik: „Rezudencja surykatek”. Biuro Literackie. Wrocław 2011.