Wydanie bieżące

1 listopada 21 (213) / 2012

Marek Doskocz, Dorota Kozińska,

MOJA KSIĄŻKA JEST PROTESTEM

A A A
Marek Doskocz: Jakie były Pani wyobrażenia o Afganistanie przed wyjazdem na misję?

Dorota Kozińska: W moich myślach rysował się bardzo zróżnicowany obraz tego kraju, złożony po części ze wspomnień znajomych, którzy pamiętali go jeszcze z czasów monarchii, ale też z całkiem niedawnej przeszłości – z lat wojny domowej, reżimu talibów i krótkotrwałego okresu względnego spokoju, który poprzedzał bezpośrednio naszą misję. Do wyjazdu przygotowywaliśmy się bardzo skrupulatnie, na podstawie rozmaitych lektur, raportów organizacji pomocowych, rozmów z orientalistami i korespondentami prasowymi. Siłą rzeczy był to jednak obraz wyrywkowy, mocno nacechowany męską perspektywą, nie uwzględniający skomplikowanych relacji między kobietą z Zachodu a tamtejszą społecznością, zarówno męską, jak i żeńską, do której mężczyźni z naszej kultury nie mieli po prostu dostępu. Zdawałam sobie sprawę, że niektórych reakcji nie da się przewidzieć, że wielu zasad współżycia będziemy się uczyć na miejscu, przede wszystkim zaś – że musimy przestrzegać pewnych reguł, nawet kosztem naszych osobistych przyzwyczajeń i nawyków, by nie narażać gospodarzy na niebezpieczeństwo grożące im ze strony konserwatywnie usposobionych członków wspólnoty. Nasza misja nie miała precedensu w tej okolicy: mieszkańcy Andchoj nigdy przedtem nie musieli obcować tak długo z przedstawicielami obcej kultury. Było to z pewnością krępujące dla obydwu stron i choćby z tego względu musieliśmy pójść na pewne ustępstwa, żeby przekonać miejscową ludność, że nie chcemy jej narzucać swoich wartości na siłę. Żeby nieść pomoc w tak trudnym terenie, trzeba przede wszystkim zrozumieć punkt widzenia Afgańczyków, uszanować ich sposób myślenia, rozpoznać ich prawdziwe potrzeby. Nie obyło się, rzecz jasna, bez gaf, ale gdyby nie wiedza zgromadzona przed wyjazdem, trudno byłoby poradzić sobie z permanentnym stresem, wynikającym choćby z potrzeby całkowitego wyzbycia się prywatności.

M.D.: Jakie sytuacje były szczególnie trudne dla Pani?

D.K.: Większość z nich opisałam w „Dobrej pustyni”. Sporym obciążeniem, z którym musieliśmy się zmagać na co dzień, a które w książce pominęłam, uznawszy je za mniej istotne dla narracji, było poczucie ciągłego nadzoru. Z rozmaitych powodów – przede wszystkim obyczajowych, ale też z oczywistych względów bezpieczeństwa – musieliśmy się oswoić z nieustanną obecnością „bodyguardów”, którzy towarzyszyli nam na każdym kroku. Nie było mowy o żadnych samotnych spacerach, a tym bardziej wycieczkach po okolicy, niemal cały czas wolny spędzaliśmy w domu, na długich rozmowach z członkami goszczącej nas rodziny. Nawet kilkusetmetrowy odcinek drogi, jaki dzielił nas od szkoły, musieliśmy pokonywać samochodem, żeby nie burzyć spokoju afgańskiej ulicy swoim odmiennym wyglądem, obcą mową i sposobem zachowania. Szczytem swobody okazały się cowieczorne wypady na „dobrą” pustynię w towarzystwie najstarszego syna gospodarza. Na czas misji trzeba było się wyzbyć naturalnej w naszej kulturze potrzeby samotności. Nam się udało – mimo przejściowych kryzysów. Kolejni wolontariusze mieli z tym znacznie więcej kłopotu.

M.D.: Wspomina Pani w swojej książce o potrawach, które Pani nie smakowały. Zapytam więc o dania, które Pani smakowały? Były takie?

D.K.: Moja książka nie jest typową relacją z podróży, w której narrator skrupulatnie wylicza napotkane po drodze doznania. O paskudnych pierogach mantu – które rzeczywiście były niesmaczne, ale tylko dlatego, że spędziliśmy tamten wieczór w kiepskiej restauracji – wspomniałam po to, żeby podkreślić nastrój niepewności przed dalszą drogą na północ Afganistanu. Z tym środkowoazjatyckim specjałem, który trochę przypomina w smaku rosyjskie pielmienie, tyle że przyrządzane z jagnięciny, mieliśmy później wielokrotnie do czynienia. I bardzo w nim zasmakowaliśmy, bo żona naszego gospodarza była świetną kucharką. Afgańska kuchnia jest bardzo prosta i dość monotonna, co zrozumiałe w kraju, który boryka się z ciągłymi niedoborami żywności. Niektóre smaki zapadają jednak w pamięć na całe życie. Wciąż tęsknię za podpłomykami nan, które wypieka się na bardzo wolnym ogniu w glinianych piecach tandyr. O soczystych melonach i arbuzach wspominał już Aleksander Wielki, twierdząc, że tak aromatycznych nie uprawia się nigdzie indziej na świecie. Niektóre potrawy przypominają w smaku dania polskiej kuchni – choćby serwowana nam niemal codzienne tłusta zupa pomidorowa z cebulą, gotowana na kościach baranich. Od święta jedliśmy kebab i wspaniały pilaw, zwany tam palau, czyli rodzaj baraniej potrawki z warzywami, najczęściej krajaną w słupki marchewką, podawany z ryżem, którego gotowanie stanowi cały rytuał, przekazywany kobietom z pokolenia na pokolenie. Popularnym dodatkiem do potraw jest w tym regionie pigwa, używana jako przyprawa do duszonego mięsa, znakomicie maskująca nieprzyjemny posmak baraniego tłuszczu. Uwielbiam afgańskie słodycze: prażone migdały w cukrze, zwłaszcza zaś lokalną specjalność o nazwie szirpira, czyli rodzaj rachatłukum z kleiku mącznego, cukru i wody różanej z dodatkiem pistacji lub innych orzechów.

M.D.: Czym dla Pani jest książka „Dobra pustynia”?

D.K.: Przede wszystkim eksperymentem literackim – próbą przedstawienia rzeczywistości Afganistanu w taki sposób, żeby czytelnik wchodził w nią stopniowo, dzieląc ze mną wszelkie troski, wątpliwości i poczucie obcowania z nieznanym. Dlatego z początku narracja jest poszarpana – fragmenty przypominające „zwykły” reportaż mieszają się z dygresjami historycznymi, pozornie luźne wspomnienia znajdują swoje odbicie w bieżących doświadczeniach, kontrapunktem do moich przemyśleń są „komentarze” tajemniczego głosu z zewnątrz, który dopiero w dalszym toku relacji zaczyna zyskiwać wyraźną tożsamość. Później opowieść się uspokaja, oddaje tempo codziennego życia na afgańskiej prowincji, do którego stopniowo wkrada się niepokój, coraz większe napięcie, osiągające kulminację w całkiem niespodziewanym, tragicznym finale naszej misji. To nie są wspomnienia z podróży, to nie jest dziennik naszych poczynań w afgańskiej szkole, to próba opisu, jak rodzi się więź z Obcym i jak niewiele potrzeba, żeby tę kruchą relację zniszczyć bezpowrotnie.

M.D.: Właśnie do tego chciałem nawiązać. Pani książka jest niezwykle skondensowana, poszarpana narracja może razić część osób, które sięgną po „Dobrą pustynię”. W związku z tym chciałem zapytać o taką rzecz – czy „Dobra pustynia” dla Pani nie jest rodzajem katharsis? Oczyszczeniem, uporządkowaniem wrażeń z pobytu w Afganistanie?

D.K.: Katharsis z pewnością, ale nie uporządkowaniem wcześniejszych wrażeń – przeciwnie, po tragedii, do jakiej doszło pół roku po naszym powrocie do Polski, wszystkie wrażenia, które zdążyły się już złożyć w pozornie składną całość, uległy całkowitemu przewartościowaniu i nie dało się już z powrotem ustawić ich w schludną narrację, jaka stanowi podstawę klasycznego reportażu. Ta historia jest wciąż otwarta, wciąż się w niej roi od znaków zapytania, które powinny skłonić wszystkie osoby zaangażowane w działalność pomocową do głębszej refleksji nad celowością podejmowanych misji, nad tym, jak postępować, żeby pomoc trafiła tam, gdzie jej potrzebują, jak przekonać miejscową społeczność, że zmiana jest niezbędna, nie wystawiając przy tym na szwank ideałów i podstawowych wartości kultury, której często nie rozumiemy bądź nie chcemy zrozumieć. Moja książka nie jest opowieścią o szoku wywołanym spotkaniem z Innym – jest raczej protestem – aczkolwiek ubranym w kształt osobistej elegii – przeciwko instrumentalnemu traktowaniu przedmiotu naszych poczynań. Pojechaliśmy do Afganistanu, żeby nieść kaganiec oświaty ludziom, którzy zdaniem naszych mocodawców powinni byli nas przyjąć z bezwarunkową wdzięcznością. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Mieliśmy do wyboru skupić się wyłącznie na naszej misji – zaplanowanej z punktu widzenia ludzi Zachodu – albo spróbować wejść we wspólnotę i doszukać się źródła błędu w samym założeniu przedsięwzięcia. Niestety – o czym wspomniała Linda Polman – „przemysł” pomocowy stał się już piątą co do wielkości siłą ekonomiczną na świecie i często funkcjonuje na granicy czynienia dobra i szkody. Konkurencja jest tak ogromna, że czasem trzeba sztucznie „generować” obszary zainteresowania mediów i opinii publicznej. Śmierć afgańskiego współpracownika organizacji pozarządowej, zamiast skłonić do rzetelnej analizy dotychczas podjętych działań, może niestety posłużyć jako cyniczny argument, by skierować w te rejony jeszcze większą liczbę nieodpowiednio przygotowanych wolontariuszy. Decydując się w „Dobrej pustyni” na pozornie nieuporządkowaną narrację, unikając ferowania wyroków, uchylając się od łatwych odpowiedzi, chcę skłonić czytelnika do myślenia, zachęcić go, żeby sam wyciągnął wnioski z naszych niejednoznacznych doświadczeń.

M.D.: Wracając do Pani wcześniejszej odpowiedzi – można mówić o Obcym, czy raczej o Innym?

D.K.: Oczywiście, że można, nawet trzeba, zważywszy na okoliczność, że reprezentujemy kulturę Zachodu, a pojęcie Innego jest jednym z kluczowych konceptów naszej filozofii. Konfrontacja z Innym pomaga nam określić własną tożsamość. „Inny” nie jest konstruktem czysto filozoficznym, pojawia się też w rozważaniach ekonomistów, politologów, socjologów i psychologów. Zderzenie kultur, światopoglądów i sposobów myślenia pogłębia naszą wiedzę o świecie, pomaga zrozumieć jego rozmaitość, uszanować ludzi wyznających odmienne wartości. W sformułowaniu „Inny” albo też „Obcy” – stosowanym przez niektórych kulturoznawców – nie ma nic deprecjonującego. Prawdziwe spotkanie z Innym uczy nas pokory. Lekceważenie odrębności Obcego, próba narzucenia mu wyznawanego przez nas systemu etycznego jest jednym z głównych źródeł współczesnych konfliktów, swoistą odmianą mentalnego kolonializmu.

M.D.: Na koniec naszej rozmowy proszę mi powiedzieć, jakie są Pani przyszłe plany?

D.K.: W tej chwili pracuję nad kolejnym reportażem z Azji – zanim zbiorę wszystkie materiały i usiądę do pisania, czeka mnie jeszcze długa podróż, ale na razie wolałabym nie zdradzać szczegółów. Wciąż mam nadzieję, że uda mi się kiedyś wrócić do Afganistanu i dokończyć tragicznie przerwaną opowieść, którą podzieliłam się z czytelnikami w „Dobrej pustyni”.

M.D.: Dziękuję za rozmowę.