Wydanie bieżące

1 listopada 21 (213) / 2012

Maciej Duda,

PALIMPSESTY CHEREZIŃSKIEJ

A A A
„Trzy młode pieśni" zamykają cykl „Północna Droga”. Miało być siedem tomów, są cztery. Po narracjach matek i ojca przyszła kolej na opowieści ich dzieci. Na uzupełnienia, ale i na odmianę, na inne historie. Ostatni tom tetralogii, tak jak sugeruje tytuł, spaja w sobie trzy osobne punkty widzenia, trzy narracje personalne, które to z powodzeniem mogłyby stanowić trzy osobne tomy. Miast tego Cherezińska związała je w jedno, dzięki czemu otrzymaliśmy tom spory, ale też bogaty w kontrapunkty, co sprawia, że lwią część z sześciuset stron czyta się z olbrzymią fabularną ciekawością. Zmiany perspektyw dają naturalną retardację i jednocześnie dopełnienie, przez co nowa książka Cherezińskiej staje się palimpsestem i to w dwójnasób. Po pierwsze dlatego, że wciąż nadpisuje opowieści w granicach samej siebie, tak iż narracje Gudrun, Brojrna i Ragnara nie tylko toczą się równolegle, ale też dopełniają, w odpowiednich miejscach zazębiają, nawarstwiając kolejne emocje, jednocześnie nie zacierając poprzednich; po drugie dlatego, iż „Trzy młode pieśni”, dokładnie w ten sam sposób, uzupełniają i kontynuują historię opowiadaną w trzech poprzednich tomach „Północnej Drogi”.

I tu pojawia, lub pojawić się może zgrzyt, ponieważ ktoś, kto chwyci „Trzy młode pieśni” bez lektury „Sagi Sigrun”, „Ja jestem Halderd” czy „Pasji według Einara” odniesie wrażenie, że autorka jest niesprawiedliwa, że interesuje ją tylko pierwszy plan, a tło, plan drugi zostaje ledwie naszkicowany, niedokończony. Że tytułowi bohaterowie poprzednich tomów w „Trzech młodych pieśniach” zostali potraktowani niesprawiedliwie, psychologicznie uproszczeni, papierowi. Rzeczywiście takie wrażenie podskórnie towarzyszy czytelnikowi ostatniego tomu. Należy jednak pamiętać, że wszyscy ci, którzy teraz pozostają w tle, wypowiedzieli się już w poprzednich tomach. To od nich zaczęła się historia „Północnej Drogi”. W ten pokrętny sposób Cherezińska zmusza nas do sięgnięcia po tomy wcześniejsze, do odświeżenia pamięci, albo do lektury tego, czego nie wymazała, a co dopełniła kolejnymi warstwami opowieści. Tak właśnie działa palimpsest. Jest opowieścią, spod której coś wystaje, jakieś fragmenty, kawałki, które wymagają dopełnienia, jakieś wcześniejsze wersje. W tym przypadku możliwość owego dopełnienia dana jest każdemu czytelnikowi i czytelniczce.

Tyle w kwestii całości. Pochylając się nad samymi „Pieśniami”, ma się nieodparte wrażenie, że ostatni tom „Północnej Drogi” powstawał równolegle z wydaną kilka miesięcy temu „Koroną krwi i śniegu”. Powyższa obserwacja nie jest zarzutem, takie zestawienie doskonale zobrazuje sposób konstruowania świata przez autorkę. Ujawni to, co kręci samą Cherezińską. Niezmiennie jest to historycznie zgodny detal oprawiony ludzkimi emocjami, lękami oraz pozaziemskimi fantazjami czy wierzeniami. Tym razem ponownie wracamy do norweskiego średniowiecza, do jarlowskich grodów, choć znaczna część opowieści Bjorna i Ragnara toczyć się będzie poza stałym lądem, w czasie ich morskich wypraw. Nie moim zadaniem jest tutaj streszczenie historii składającej się z trzech narracji, wspomnę tylko, że „Pieśni” opiewają moment dorastania, wyborów i prób, kształtowania się trojga bohaterów, a zamiast tego upomnę się o to, co Cherezińska proponuje nam pozafabularnie.

Zdaje się, że pod ręką autorki wszystko nabiera podwójnych znaczeń, brak tu jednoznaczności. Symbolicznie oddaje to moment, w którym para głównych bohaterów w czasie nocnej wyprawy do lasu podgląda sowę. Wówczas widzą jej „Dwie twarze. Prawdziwą z przodu, fałszywą z tyłu” (s. 81). Tę z dziobem i oczami oraz tę, w którą układa się wzór upierzenia na tyle jej czaszki. Ta obserwacyjna nieoczywistość, pytanie, która twarz jest prawdziwa, towarzyszyć będzie czytelniczym tropom do ostatnich stron „Trzech młodych pieśni”. Cherezińska transponuje tutaj opowieść o „Północnej Drodze”, robi to po to, by zarysować pewien koniec i początek, pewien przełom. Koniec naszego i początek Innego, pisanego wielką literą, świata. Co to oznacza? Wielopłaszczyznowość i wielotorowość narracji odsłania nam kilka ścieżek, które w pewnym momencie i tak się przetną. Możemy iść tropem historii oraz wyznań i skupić się na wątkach współzależności i konkurencji wierzeń pogańskich oraz chrześcijańskich. Możemy także użyć klucza politycznych wpływów lub wytrychu esencjonalnie przedstawiającego światy mężczyzn i kobiet. Powyższe, stosowane pojedynczo, niewiele nam dadzą, ponieważ wątek mitologiczny, chrześcijański, wątki walki/gry o władzę oraz braterstwa, siostrzeństwa, cielesności czy esencjonalności będą się tutaj na siebie głęboko nakładać. Przez to, każdorazowo, wytrącać nas będą z raz obranego kursu. Cherezińska doskonale wie, że mielizny służyć mają czytelniczej refleksji, a skały kojarzyć z niebezpieczeństwem i niewygodą. To budzić ma ciągłą czytelniczą gotowość do weryfikacji własnych sądów. Odbiera nam jedną wykładnię – interpretacyjną hegemonię, w zamian daje anarchię. Nie bez przyczyny jarlowskie krzesło jest za małe, albo niewygodne i uwiera bohaterów. Nie bez przyczyny kolejni bohaterowie wypełniają swój los, jednocześnie umiejąc z nim walczyć, naginając go. Podobnie dzieje się w kwestiach wiedzy – jesteś „zbyt mądra, by być w pełni szczęśliwa” (s. 277) powie matka do córki. W ten sposób Cherezińska wyrazi swoje zdanie na temat koligacji wiedzy i władzy; każda z nich nas zniekształca i obciąża, wciąga w orbity zależności i hierarchii. Ciąży bohaterom (i nam), bardziej niż los, który możemy odmienić.

Autorka „Sagi Sigrun” często wykorzystuje cechy przyległe eposowi. Na rozległe dzieje jednego z rodów nakłada działania wielu bóstw i bogów. Co więcej, płaszczyzna boska i ludzka mogą zostać powiązane obustronnie. Ludzie nie muszą biernie uczestniczyć w grze bogów. Nie tylko bogowie mogą ingerować w losy ludzkie, ale także te, które posiadły wiedzę na temat właściwości odpowiednich ziół, wieszczki czy wiedźmy, pokierować mogą losem innych, lub zawrzeć pakt z tymi, w których istnienie wierzy lud. Jak zwykle u Cherezińskiej granice między obiema warstwami zatrzeć mogą ci, którzy są wykluczeni. Jednak, jak wszystko u autorki „Ja jestem Halderd”, owo wykluczenie jest tylko pozorne, pozorowane, ponieważ, paradoksalnie, jakiekolwiek sprawstwo leży właśnie po stronie tych, którzy są na marginesie. To oni zyskują głos i to od nich zależeć będzie kształt Innego świata. „Dwóch synów Odyna da początek nowemu rodowi bogów. I dwoje ludzi od nowa zaludni ziemię.” (s. 148). Tak mówi norweska przepowiednia.

Mitologiczne wątki co rusz pojawiające się w opowieściach i pieśniach, którymi inkrustowany jest tekst „Trzech młodych pieśni” wymagają głębszego odczytania specjalistów znających norweską mitologię. Mnie, póki co, pozostaje zająć się cielesnością, korporalnością, którą równie mocno, co mitologię wyzyskuje w swojej narracji Cherezińska. Zarówno świat męsko- i żeńskocentryczny oparty jest tutaj na cielesnym doświadczeniu. Ciało jest nie tylko narzędziem, ale też znakiem, przekaźnikiem i pewnym zbiorem możliwości, który w stosunku do amplitudy naszych społecznych przyzwyczajeń jest szerszy i to nie przez nadużycia. Autorka „Gry w kości” już na płaszczyźnie językowej unika ślepych uliczek, które innym twórcom wytyczają kulturowe uwiązania. Jej język cielesności jest prosty i skuteczny. Nie ma jednak nic wspólnego z infantylizowaniem, wulgaryzowanie czy medykalizowaniem ciała, cielesności i seksualności. Nawiązania do średniowiecznej sztuki walki, wykorzystanie nazw elementów średniowiecznego uzbrojenia oraz ubioru dają zaskakujący efekt opisowy w scenach erotycznych i seksualnych, bez względu na płeć bohaterów i ich poszczególne konfiguracje. Cherezińska przekracza heteronormatywne uwarunkowania a towarzyszące temu emocje oddaje właśnie przy użyciu wyżej wymienionego kodu lub personifikacji herbowych znaków poszczególnych rodów. Podobny zabieg znamionował narrację „Korony krwi i śniegu”, w obu przypadkach doskonale oddaje on emocje bohaterów i bohaterek. Synekdocha i metonimia stają się odpowiednimi figurami, przy pomocy których rozwarstwiona zostaje społeczna i płciowa esencjalność trojga młodych bohaterów ostatniego tomu „Północnej Drogi”. Te same pozwalają także zadać pytanie o odpowiedniość oraz potrzebę siostrzeństwa i braterstwa, zastanowić się nad rolą wspólnoty i możliwością zaistnienia Innego świata.

Zanim jednak nastanie Inny świat (jeśli nastanie), stwierdzić należy, że świat, a właściwie światy Cherezińskiej są do siebie bardzo podobne. Bez względu na to, czy autorka zagłębia się w norweskie, czy polskie średniowiecze, zawsze pochyla się nad momentami, kiedy równolegle i równoznacznie funkcjonowało kilka wizji świata i zaświatów. Przenikanie się i konkurencja starej i nowej wiary, starej i nowej władzy, świata natury i chrześcijaństwa, zacieranie oczywistych granic i krawędzi, to elementy, które budują narrację Cherezińskiej. To także elementy, które każdorazowo odnoszą się do teraźniejszości, uniwersalizują przekaz, a historię czynią jedynie maską, zadając nam kolejne pytania bez odpowiedzi.

Skoro jednak nowego-innego świata nie widać, a fabuły pozwalam sobie w tym szkicu nie omawiać, to po co czytać Cherezińską, jak ją sfunkcjonalizować? Nie idzie mi tu o ładunek słusznych idei, których od literatury się domaga. Ja się nie domagam. Zastanowić się jednak należy, jak odnieść tę tetralogię do rzeczywistości, do tu i teraz? Odnieść można ją w prosty sposób – jeśli chce się wypowiadać na temat kultury tu i teraz, należy się cofnąć do jej początków. Tyle robi Cherezińska. Nie po to, by szukać błędów, z których istnienia wszyscy zdają sobie sprawę, a po to, by oddać głos kobietom, dzieciom, tym, którzy seksualnie i społecznie znajdują się poza mainstreamem, by zastanowić się nad ich kulturowymi kategoriami i rolami, nad ich początkiem oraz wczorajszą i dzisiejszą potencjalnością. Tak zrozumieć można walkę czy próby układania się z własnym losem, jako pochodną aktywności, działania, które samo przez się w pewnym momencie musi przełamać schemat, wyjść poza pierwotnie nakreślone ograniczające ją pole. Szkoda tylko, że może to zrobić dopiero w Innym świecie, ale to już gorzka i pozbawiająca złudzeń refleksja na temat teraźniejszości.
Elżbieta Cherezińska: „Trzy młode pieśni”. Zysk i S-ka. Poznań 2012.