Wydanie bieżące

15 listopada 22 (214) / 2012

Agata Stronciwilk,

ZWYCIĘSTWO PIOTRA KMITY

A A A
Na wystawie „Winning” Piotr Kmita przyjmuje pozycję obserwatora. Jest to szczególnego typu obserwacja przeniknięta dozą ironii i szyderstwa. Co jednak najistotniejsze, ów prześmiewczy rys może realizować się tylko z pozycji dystansu. Jak jednak zdystansować się wobec świata sztuki, którego jest się częścią? Wydaje się, że chcąc pozostać autentycznym, artysta ma tylko jedno wyjście – objąć swym ironicznym spojrzeniem także samego siebie. Mając świadomość tego, że pozorne spojrzenie z zewnątrz jest rodzajem samooszustwa, Kmita umieszcza samego siebie w centrum krytyczno-ironicznego dyskursu, jakim jest wystawa „Winning”.

Jak pisze Paweł Jarodzki, paradoksalnie bardziej niż o zwyciężaniu ekspozycja opowiada o niemożliwości zwycięstwa. Pierwsze miejsce na podium znajduje się ponad poziomem naszych możliwości. Nie jest to jednak oczywiście czynnik, który mógłby nas zniechęcić do walki o wygraną. W ostateczności pozostają nam zawsze marzenia. Sen o zwycięstwie to także pragnienie posiadania określonej tożsamości, to marzenie o wyjątkowości – wszak zwycięzca jest tylko jeden. Chodzi o bycie dostrzeżonym, wyrwanie się z monotonnej masy przegranych ku błyskającemu fleszami i cekinami uniwersum pięciominutowych celebrytów. Chęć zwycięstwa to chęć stania się „kimś”, w przeciwieństwie do codziennego, potocznego i banalnego egzystowania jako „nikt”. Społeczno-ideologiczny konstrukt, jakim jest „statystyczny Polak” lub „przeciętny obywatel”, jest wiecznym przegranym. Nigdy w życiu nie osiągnął spektakularnego sukcesu, tym bardziej więc kusi go wizja wygranej. Jakiejkolwiek. Nie liczy się dyscyplina, sposób, miejsce – ważne, aby zwyciężyć. W świecie płynnej ponowoczesności wygrana daje gwarancję „twardej”, ściśle określonej tożsamości. Zajęcie pierwszego miejsca może stać się fundamentem swoistej prywatnej mitologii. Nawet jeśli jest to konkurs na najlepszą potrawę z karpia, wygrana staje się podstawą poczucia własnej wartości. Ostatecznym celem jest „wygranie” życia, co w konsumpcyjno-hedonistycznym społeczeństwie oznacza przede wszystkim życie przyjemne i pozbawione nerwowego przerzucania spojrzeń pomiędzy portfelem a kalendarzem. „Wygranie” życia to praca w korporacji, egzotyczne wakacje i mieszkanie na strzeżonym osiedlu. Społeczny ideał „wygranego” życia jest bardzo prosty i przejrzysty, właściwie sprowadza się do czynników ekonomicznych. Wygrana staje się rodzajem autotelicznego fetyszu.

Pęd do podium wpajany jest nam od samego początku. Jeszcze nie będąc tego świadomi, stajemy się obiektami dziwnego „wyścigu” umiejętności – kiedy wypowiadamy pierwsze słowo, siadamy, uczymy się chodzić. Już na tym etapie możemy przecież być powodem dumy rodziców – jesteśmy lepsi od innych, szybciej się rozwijamy. Tak zaczyna się nasz niekończący się pęd do wygranej, zapoczątkowany nie przez nas, czasem wręcz wbrew naszej woli. Chcąc nie chcąc, musimy jednak w nim uczestniczyć, inaczej skazujemy się na los wiecznych przegranych, na ciągłe bycie „w tle”. Miarą naszej wartości stają się nieustanne konkursy i oceny; w końcu sami zaczynamy wierzyć w fikcję, którą tworzą. Fikcję, która mówi, że tylko zwycięzca jest cokolwiek wart i że ten, który zwycięża, jest rzeczywiście najlepszy. W efekcie poczucie naszej wartości budowane jest na wygranych lub miażdżone przez kolejne porażki.

W zbanalizowanej czarno-białej wizji świata nie ma miejsca na szarości i półtony – można tylko zwyciężyć lub przegrać, nie ma nic pomiędzy. There is nothing between – mówi „guru” zwyciężania, Charlie Sheen. Co więcej, zarówno zwycięstwo, jak i przegrana są jasno dookreślone i przejrzyste. Skąd można wiedzieć, czy należy kogoś zakwalifikować do jednej bądź drugiej kategorii? To proste – dla uważnych obserwatorów jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Nawet jeśli nie zaliczamy się do szlachetnego grona wygranych, możemy stwarzać takie pozory, korzystając z całego repertuaru wizualnych znaków i fasad.

Zwyciężanie staje się nie wyborem, lecz życiową koniecznością, bowiem sama odmowa brania udziału w rywalizacji postrzegana jest jako przegrana. Ci, którzy wypadli z torów konsumpcji, skazani są na funkcjonowanie na marginesach jako „ludzie na przemiał”. Pozbawieni szacunku, a czasem wręcz statusu człowieka, jednocześnie stają się podstawą istniejącego porządku i hierarchii.

Pęd do wygranej nie omija także artystów. Jasno wyznaczone kryteria określają zarówno tych „wygranych”, jak i przegranych. Podstawą tworzenia statystyk są oczywiście ceny prac osiągane na aukcjach oraz ilość ekspozycji. Piotr Kmita w ironiczny sposób odnosi się do publikowanego na łamach „Art&Business” Kompasu Sztuki, prezentującego listę najlepiej sprzedających się polskich artystów. Szkodliwe dla sztuki jest utożsamienie jakości dzieła z jego wartością rynkową. Jest to bezpośrednie przeniesienie prawa ekonomii rynku „wyższa cena = lepszy towar (lub lepsza marka)” na grunt myślenia o dziele sztuki. Wiara w to, że im dane dzieło jest droższe, tym wspanialsze, pozwala poruszać się po obszarach rynku sztuki kolekcjonerom-laikom, którzy nie posiadają wiedzy potrzebnej do oceny wartości dzieła. Jedynym kryterium zakupu staje się wyrobiona marka – „nazwisko”, którego pozycja pozwala wierzyć w pewny zysk. Nie można oszukiwać się, iż zmiana tej sytuacji będzie kiedykolwiek możliwa. Piotr Kmita projektuje dla artystów z rankingu Kompasu Sztuki dyplomy. Ich kiczowata estetyka przywodzi na myśl wyróżnienia, które rozdaje się dzieciom. Przypominają się nam czasy, w których rodzice eksponowali te dyplomy jako symboliczny dowód wartości swych dzieci. Stały się one wyznacznikiem „jakości” dziecka, wizualnym potwierdzeniem jego wyjątkowych zdolności. Tym samym Kmita sprowadza najważniejszy ranking polskich artystów do poziomu dziecięcej zabawy. Wyróżnieni otrzymują dyplomy, które w ironiczny sposób podkreślają ich samozadowolenie. Zestawienie kiczowatej estetyki z pompatycznym tytułem instalacji „Artyście – naród” potęguje komiczny wydźwięk całości.

Konieczność ciągłej rywalizacji uczy nas jednego – nawet jeśli przegrywamy, nie możemy dać po sobie tego poznać. Nie ma żałośniejszego widoku niż wyraz rozczarowania na twarzy tego, który spodziewał się wygranej. Wiedzą o tym doskonale aktorki, które nie otrzymały Oscara. Kmita w instalacji „When he’s gone” pokazuje nagrania z gali wręczenia Nagród Akademii Filmowej. Aktorki starają się ukrywać swoją złość, smutek i żal, prezentując sztuczne uśmiechy. Przegrana nie jest przegraną, dopóki się jej nie zaakceptuje. Co więcej, najważniejsze, żeby inni nie postrzegali mnie jako przegranego. Dopóki to nie nastąpi, mogę udawać, iż wciąż jestem na szczycie (wygrywam).

Kmita prezentuje zdjęcia Lance’a Armstronga z sentencjami w stylu Jima Rohna, Henry’ego Forda i Paulo Coelho. Wszystkie dotyczą sukcesu, wydają się mniej lub bardziej patetyczne oraz absolutnie banalne. Serwowane są w poradnikach jako „złote rady” na udane życie, z którymi nikt nie wie co zrobić. Zestawienie wybranych przykładów eksponuje ich bezsensowność i pustkę.

Tylko zwycięstwa warto pamiętać i utrwalać. Rafał Drozdowski zauważa to w kontekście tworzenia fotografii: „Nie warto przecież utrwalać osobistych porażek. Nie warto dokumentować własnego nieprzystawania do społecznego wzoru sukcesu ani dotkliwie odczuwanego dystansu pomiędzy tym, «czego by się chciało», a tym, co jest i «co być musi». Bycie hobbystą obrazów jawi się w tej sytuacji jako rezultat osobistego spełnienia i zarazem jako ostentacyjna autoprezentacja siebie w masce tego, który już wygrał, wygrywa i będzie wygrywać” (Drozdowski 2009: 36). Porażki, które jawią się jako życiowy bagaż, muszą zostać jak najszybciej zapomniane, abyśmy mogli „zacząć od nowa”.

Cykl filmów „Bajki” odnosi do „bajek” rozumianych klasycznie – jako krótkie opowieści z morałem, w których często głównymi bohaterami są antropomorfizowane zwierzęta. Podobnie jak w przypadku bajek dziecięcych, przekaz tych filmów jest przejrzysty, niemal „łopatologiczny”, a ich morał łatwy do odczytania. Zamiast do relacji międzyludzkich, bajki Kmity odwołują się jednak do współczesnej sceny politycznej i stosunków międzynarodowych. Krótkie filmy stają się rodzajem zabawnego komentarza dotyczącego „wygranych i przegranych” zmian zachodzących we współczesnym świecie.

Kmita eksponuje także cykl „autoportretów” nawiązujących do twórczości najbardziej znanych polskich artystów. Pokazuje w ten sposób, iż ich rozpoznawalny „styl” jest w istocie bardzo łatwy do skopiowania i powielenia. Być może bardziej więc zasługuje na określenie go mianem „stylistyki”. Łatwość, z jaką Kmita przechodzi od „pikselowych” obrazów Paweli do charakterystycznej formy Maciejowskiego, pokazuje, że ich oryginalność wynika raczej z pomysłowości, a nie unikalnego stylu. Artysta pyta więc o to, czy w ogóle istnieje coś takiego jak styl, który nie daje się podrobić i powielić. Kmita wpisuje siebie i swój obraz w stylistykę innych artystów. Niczym pasożyt żywi się „ciałami” innych obrazów. Dopisane obok rymowanki kojarzą się z dziecięcymi złośliwymi wierszykami. Owe rymowanki mają podkreślać wyższość artysty nad twórcami, których naśladuje. Wypracowawszy swoją stylistkę i rozpoznawalność, artyści zamykają się w nich – jest to element budowania „nazwiska”, które posiada wartość rynkową. Zmiana sposobu malowania oznaczałaby niejako konieczność zaczynania „od zera”, mogłaby też wzbudzić niezadowolenie odbiorców. Na coś takiego mogą sobie pozwolić tylko ci artyści, którzy mają „nazwisko” wyrobione do tego stopnia, iż będą się sprzedawać bez względu na to, co i jak malują.

Kmita niemalże z dziecięcą bezpośredniością zdaje się stwierdzać: „Ja też tak umiem!”. Jednocześnie stawia pytanie o to, czym tak naprawdę jest oryginalność i co oznacza bycie „wyjątkowym” we współczesnym świecie sztuki. Dziecięca bezpretensjonalność i szczerość pozwalają mu na zachowanie autentyczności. Artysta pokazuje, że potrafi się świetnie bawić, wyśmiewając innych, a jednocześnie i samego siebie. Przyjęcie postawy dziecka pozwala mu na nieskrępowaną niczym krytykę. Dziecko posiada niejako kulturowe przyzwolenie na wykraczanie poza normy i reguły. Istnieje jednak obawa, że jego głosu nikt nie potraktuje poważnie. Nawet jeśli mówi prawdę, dziecko łatwo jest zignorować.

Wystawa Kmity stawia wiele istotnych pytań. Poczucie humoru i dystans artysty sprawiają, iż mamy do czynienia z innego typu „krytyką” niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Pozbawiona patosu i rysu moralizatorskiego, krytyka Kmity jest jednocześnie otwarta – nie prezentuje gotowych, pewnych rozwiązań. Bardziej diagnozuje i obserwuje, niż poucza. Nikt nigdy nie będzie w stanie dowiedzieć się, kto jest zwycięzcą, a kto przegranym. Wbrew temu, co próbują udowodnić popularne media, nie istnieją żadne kryteria, które pozwoliłyby rozstrzygnąć konkurs na życiowych wygranych i przegranych. Chyba że chodzi o Piotra Kmitę. W wykreowanym przez siebie świecie zawsze wygrywa.

LITERATURA:
R. Drozdowski: „Obraza na obrazy. Strategie społecznego oporu wobec obrazów dominujących”. Poznań 2009.
Piotr Kmita: „WINNING”. 05.10–23.11.2012, Galeria Awangarda, BWA Wrocław.