ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (214) / 2012

Agnieszka Nęcka,

DOŚWIADCZENIE OBCEGO

A A A
Dziś do trywialnych należy stwierdzenie, że pociąga nas bycie kimś, kim nie jesteśmy. Pragniemy wejść w skórę innych, bo wydaje nam się, że najlepiej jest właśnie tam, gdzie aktualnie nas nie ma. Swoistą możliwość „doświadczenia obcego” oferuje – podążając za myślą Antoine’a Bermana – zawód tłumacza. Ale czy ten, kto zajmuje się przekładem, powinien być przezroczysty? Czy raczej – poprzez rozmaitego typu ingerencje w tekst – staje się, jako współtwórca dzieła, niemal tak ważny jak autor? W jaki sposób traktować takie przypadki, jak „Orpheus” Dona Patersona czy „Tender Taxes” Jo Shapcott? Czy należy mówić o „wolnym” przekładzie, czy raczej o kolejnych wersjach konkretnych utworów? Jak zmienia się rola tłumacza i z jakiego typu kłopotami zmaga się, wykonując swoją pracę? Jak prezentują się Thomas Stearns Eliot i Jane Bowles po polsku? Dlaczego Witold Gombrowicz nie miał szczęścia do angielskich tłumaczeń?

Na takie i tym podobne pytania stara się odpowiedzieć Jerzy Jarniewicz w wydanym właśnie zbiorze szkiców „Gościnność słowa”, na który składa się osiemnaście tekstów dotyczących przekładu literackiego. Książka podzielona została na trzy sekwencje kolejno zatytułowane: „Tłumacz, autor, dzieło”, „Z naszego na obce” i „Z obcego na nasze”, które wyznaczając główne zakresy problemowe, pokazują, że autor „Oranżady” będzie spoglądał na przekład pod wieloma różnorodnymi kątami. Nic w tym jednak dziwnego zważywszy na fakt, że Jarniewicz godzi bycie poetą i krytykiem literackim z pracą tłumacza i wykładowcy literatury angielskiej. W swojej najnowszej publikacji, która zbiera szkice powstające od 1996 roku, łącząc teorię z praktyką i włączając się tym samym w rozmaite dyskusje na temat specyfiki translatoryki, pokazuje zawód tłumacza niejako od podszewki. Choć może jest zupełnie odwrotnie: Jarniewicz, odsłaniając kulisy pracy translatorskiej, jeszcze bardziej ją zasłania? Odpowiedź na tak sformułowaną wątpliwość – na szczęście – nie jest jednoznaczna. Dzieje się tak już choćby dlatego, że autor „Makijażu” nie tylko poddaje pod rozwagę różne zagadnienia z dziedziny przekładu literackiego, ale także analizuje konkretne przykłady tłumaczeń, jakie prezentowali m.in.: Piotr Sommer, Stanisław Barańczak, Leszek Elektorowicz, Andrzej Szuba czy Kazimiera Iłłakowiczówna. Bogactwo przywoływanego materiału prowadzi do ciekawych wniosków.

Jarniewicz, rozróżniając dwa typy tłumaczy: ambasadora i legislatora, zastanawia się m.in. nad możliwościami tworzenia kanonu, przypadłością horror vacui, będącą lękiem przed próżnią, którego konsekwencją jest „poetyka nadmiaru”, nad problemem rodzaju gramatycznego, stereotypu poetyckości czy zabiegami upoetyczniania, wśród których wymienia choćby stosowanie skróconych form zaimków dzierżawczych, rozbijanie i przeszeregowywanie wyrażeń dopełniaczowych, wprowadzanie do przekładu nieistniejących w oryginale konstrukcji dopełniaczowych. Interesuje go relacja między tłumaczeniem a interpretacją; Jarniewicz przekonuje, że „Zadanie interpretatora i tłumacza polega więc nie tyle na wydobyciu gotowego znaczenia dzieła, ile na jego twórczym dopełnianiu”. Tłumacz dookreśla i wypełnia pozostawione przez autora w tekście luki. Jarniewicz przyznaje, że w przypadku przekładu nadmiar jest nieunikniony. „Mamy wtedy do czynienia z różnymi przesunięciami znaczeń charakterystycznymi dla poetyki nadmiaru: od metafory do metonimii, od metafory do porównania i od części do całości. Wszystkie te zamiany mają charakter wyjaśniający, interpretacyjny i wynikają z uzupełnienia schematycznych struktur tekstu wyjściowego. Tłumacz znajduje się między Scyllą nadtłumaczenia a Charybdą niedotłumaczenia. Paradoksem przekładu literackiego jest to, że w tej sztuce »więcej« może znaczyć »mniej«”. Jego uwagę ponadto skupiają kwestie tłumaczenia tytułów dzieł, które stając się swoistą sygnaturą tłumacza, czynią go widzialnym dla czytelników i podkreślają twórczy charakter translatorskiej pracy. Wszystko to zaś po to, by – najoględniej rzecz ujmując – obnażyć ślady istotnego przełomu, jaki dokonuje się w pojmowaniu roli tłumacza we współczesnej kulturze.

W drugiej i trzeciej części „Gościnności słowa” Jarniewicz nie teoretyzuje, a detalicznie przygląda się poszczególnym przypadkom tłumaczeń. Uważnie omawia „Treny” Jana Kochanowskiego w przekładzie Heaneya i Barańczaka, ukazując je jako przekład „bez wątpienia najlepszy, w którym wiele fragmentów to przykłady autentycznej, i autonomicznej, sztuki słowa, broniącej się swą celnością, precyzją, poetycką wyobraźnią”. Polemizuje z tłumaczeniem „Ferdydurke” Gombrowicza w wykonaniu Danuty Borchardt. Ale docenia translację, mającego sławę tekstu nieprzekładalnego „Trans-Atlantyku”, Niny Karsov i Carolyn French, uznając go za „przekład wyjątkowo czujny, zrobiony, można powiedzieć, ze szkłem powiększającym w ręku”. Snuje rozważania na temat „Solaris” Lema i „Małej Apokalipsy” Konwickiego, polskich przekładów „Człowieka tłumu” Edgara Allana Poego, elegii Edgara Lee Mastersa, „Portretu artysty w wieku młodzieńczym” Jamesa Joyce’a czy „Kubusia Puchatka”. Wykorzystuje twórczość Herberta, by pokazać, że sądy na temat przezroczystości języka są mylące i sprowadzają tłumaczy – posługujących się niewłaściwymi synonimami – na manowce.

Jarniewicz – co ważne – komentuje zarówno teksty poetyckie i prozatorskie, takie, które sytuują się w obrębie paradygmatu „wysokoartystycznego”, jak i te należące do obszaru popularnego. We wszystkich składających się na „Gościnność słowa” szkicach widać nie tylko erudycyjność i niebywałe oczytanie, ale żywioł krytyczny. To on sprawia, że najnowszą publikację autora „Znaków firmowych” czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem i przyjemnością. Nie zmienia tego nawet fakt, iż zgromadzone w „Gościnności słowa” konstatacje Jerzego Jarniewicza czasami brzmią nazbyt znajomo. Autor „Listy obecności” uświadamia na przykład to, że przekłada się „nie tylko obce słowa, ale i obcy świat wartości”. Niemniej – jak sądzę – nie chodziło o bycie oryginalnym czy odkrywczym. Zamiarem Jarniewicza mogła być, jak mniemam, próba podsumowania dotychczasowych doświadczeń. Mówię o próbie, bowiem „W przekładzie, jak w literaturze, nic nie jest dane raz na zawsze”. Dlatego przekład może zaskakiwać lub prowokować. Podobnie dzieje się z komentarzami formułowanymi na marginesie pracy translatora. Jarniewicz daleki jest od stosowania przygniatającego dyskursu naukowego. Obce mu są również ambicje dydaktyczne. Być może dlatego najciekawsze, jak się wydaje, są te przykłady, które pokazują, że tłumacze „nie tyle wchłaniają i neutralizują obcość, ile przypominają, że w tym, co uchodzi za ich własne, żyje to, co obce”. Nie inaczej jest, gdy mowa o najświeższym zbiorze szkiców Jarniewicza, który wykorzystuje gościnność słowa, by nie tylko snuć refleksje na temat języka i literatury, ale także czerpać radość z czytania, pisania i konstruktywnego spierania się o to, co w zawodzie tłumacza jest ważne.
Jerzy Jarniewicz: „Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2012.