Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (215) / 2012

Weronika Górska,

NAJCZARNIEJSZA CZERŃ AFRYKI

A A A
Afryka w wyobrażeniu Europejczyków jawi się jako Czarny Ląd, miejsce niesamowite i pełne kontrastów. Z jednej strony, kontynent ten jest wiązany z imponującą fauną i florą, całkowicie odmienną od europejskiej, oraz z poczciwymi, barwnie ubranymi tubylcami tańczącymi w rytm bębenków. Z drugiej zaś kojarzy się go z problemami, jakie pozostawili po sobie dawni kolonizatorzy, z wojnami między poszczególnymi plemionami, z przepaścią cywilizacyjną pomiędzy miastem a wsią, z epidemią AIDS i z głodem.

Belgijska dziennikarka Lieve Joris daleka jest od sielankowego ukazywania Czarnego Lądu. Na kartach „Godziny rebeliantów” przedstawia Afrykę taką, jaką znamy z wiadomości telewizyjnych – biedną, zarządzaną przez skorumpowanych polityków i wewnętrznie skonfliktowaną. Kto jednak oczekuje, że utwór ten pomoże mu zrozumieć, co dzieje się na tym odległym kontynencie, chociaż trochę rozjaśnić jego mroczną przestrzeń, ten się srodze rozczaruje. Książka Belgijki bowiem raczej pokazuje ogrom niewiedzy na temat Czarnego Lądu. Zaplątany w obco brzmiące nazwy państw, miast, plemion oraz imion własnych europejski czytelnik z ulgą porzuca ową sieć wraz z ostatnią stroną dzieła i wraca do oswojonego, jasnego świata. Poza ulgą odczuwa jednak również niepokój. Trudno bowiem zapomnieć o tym, co się zobaczyło w Afryce, nawet jeżeli wizyta ta trwała tylko tyle czasu, ile potrzeba, aby przeczytać niecałe trzysta stron.

Tytułowa godzina rebeliantów kończy się tylko po to, aby zaraz rozpocząć się na nowo. Główny bohater książki, Zikiya Assani, przerywa studia, aby wyruszyć na wojnę i już nigdy z niej nie wrócić, walcząc po różnych stronach, raz solidaryzując się ze swoim ludem, Tutsi, to znowu ze swoim krajem, Kongiem.

Joris wybiera w swojej książce gatunek graniczny między powieścią a reportażem. Dialogi oraz opisy stanów emocjonalnych bohaterów zbliżają utwór do beletrystyki i sprawiają, że czyta się go jednym tchem, mimo towarzyszącego lekturze poczucia dyskomfortu, wynikającego z atmosfery beznadziei świata przedstawionego oraz z odkrywania kolejnych obszarów własnej niewiedzy. Natomiast rzadkie, jakby nie pasujące do całości fragmenty, w których autorka ujawnia, który z pobocznych bohaterów historii dostarczył jej informacji o Assanim, nie pozwalają zapomnieć, że „Godzina rebeliantów” oparta jest na faktach. Nie oznacza to jednak, iż Lieve Joris jest pewna autentyczności przytaczanych relacji. Zresztą, sami jej informatorzy nie zawsze są w stanie odróżnić prawdę od konfabulacji czy może zwyczajnej pomyłki, co widać zwłaszcza w sytuacji, gdy Assani dwa razy opowiada swojej przyjaciółce, Claudine, o pieniądzach otrzymanych od prezydenta, za każdym razem wymieniając inną kwotę (s. 202).

Autorka nie zabiega o współczucie dla swoich bohaterów. Nauczona przez długoletnią praktykę dziennikarską budować krótkie, treściwe wypowiedzi, potrafi poruszyć odbiorców samym przytaczaniem faktów, obywając się bez patetycznego komentarza. Czytelnik dostaje w ten sposób szansę, aby samodzielnie domyślić się mniejszych i większych dramatów, kryjących się za zdawkowymi informacjami, jak na przykład: „Wcześniej był zawsze najlepszym uczniem, ale teraz miał trzy tygodnie zaległości i wyprzedziła go najmądrzejsza dziewczynka w klasie. W następnym roku urosły jej piersi i przestała chodzić do szkoły – nadszedł moment, by wydać ją za mąż” (s. 32), „Czasami wróg był tak blisko, że żołnierze kąpali się rano na przeciwległych brzegach rzeki, a w południe z sobą walczyli” (s. 186), „Chłopca położono na trzcinowym podeście przed budynkiem. Następnie docinano mu po kolei usta, członek, ręce, stopy i głowę, a na koniec wyrwano serce. To wszystko na oczach jego ojca i brata, podczas gdy tłum gapiów klaskał w dłonie, a chór z sąsiedniej wioski tańczył i śpiewał” (s. 183).

Lektura „Godziny rebeliantów” czyni Czarny Ląd jeszcze czarniejszym dla europejskich czytelników. Jednocześnie jednak Joris stara się pokazać go oczami Assaniego i jego rodaków, którzy nie mają możliwości ucieczki do jasnej, bezpiecznej przestrzeni. Dokonane przez głównego bohatera porównanie Konga do Jugosławii pokazuje zaś, że afrykańskie wojny są tak samo niezrozumiałe i tak samo brudne, jak wszystkie inne. Może zatem czerń nie jest barwą typową dla Afryki, ale raczej – dla przemocy?
Lieve Joris: „Godzina rebeliantów”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012 [seria: Proza świata].